W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Delfiny, Marii, Wirginiusza , 8 grudnia 2019

Wspaniała szwendaczka na Niepodległość

2019-11-12

Ostatnio, jakoś za dwa lata, mam mocno ograniczoną możliwość, żeby po bagnach, łąkach i innych takich wertepach polatać z moim ukochanym klubem. Dlatego tak bardzo się ucieszyłam, że na 11 listopada mogę.

Jest kilka rzeczy, które kocham najbardziej na świecie. To muzyka Jana Sebastiana Bacha (zawsze mnie leczy, zawsze mnie się dobrze robi, kiedy tego luterskiego kompozytora słucham), to teatr, to klasyka muzyczna, to sztuka w bardzo szerokim aspekcie, ale też i łażenie po ziemi. O żużlu nie wspominam, choć też.

No i właśnie trafiła mnie się wspaniała szwendaczka po bagnach i ścieżynkach Parku Narodowego Ujście Warty. Pojechaliśmy wczoraj wczesną porą do Kamienia Małego. Pojechaliśmy, czyli ja, zaczarowany przeze mnie mój super przemiły znajomy Marcin oraz Zygmunt, pociągiem zresztą spóźnionym, do Kamienia Małego. Stamtąd poszliśmy sobie z pewnymi przygodami do Kostrzyna. Pogłaskaliśmy lwa, odwiedziliśmy margrabiego Jana Kostrzyńskiego. I szczęściem nigdzie nie natknęliśmy się na jakieś oficjalne obchody Niepodległości.

Dla nas ta szwendaczka po mokrych drogach była najfajniejszą z możliwości świętowania Niepodległości. Bo Niepodległość to też stan umysłu, stan podchodzenia do różnych trudnych kwestii. Nie oglądaliśmy śmiercionośnego złomu, a jakieś ptaki w locie. Jak wiadomo, ja tylko bociany rozpoznaję, choć rozpoznałam i czaplę siwą, i kaczki krzyżówki i łabędzie…. Oj jaki postęp… Może nawet za chwilkę odróżnię kruka od wrony, choć osobiście w to wątpię, ale może się zadarzy. Kto tam wie?

Nie oglądaliśmy żadnych capstrzyków, żadnych umundurowanych ludzi, za to spacerowiczów z Burkami Pospolitymi Polskimi. Inna rzecz, że ja się burków boję. Dałam radę. Nie śpiewaliśmy Roty, Bogurodzicy ani też żadnych innych patriotycznych kawałków. Niczego nie śpiewaliśmy. Po prostu sobie szliśmy. W twierdzy Kostrzyn trochę się nagadałam. Minęło pół dnia. Zdążyliśmy na pociąg, na który chcieliśmy zdążyć. Marcin zdążył na swoje imieniny. Ja się jeszcze pogapiłam na pociągi do Berlina. Powspominałam sobie czasy, kiedy w Kostrzynie była granica i polscy pogranicznicy wybebeszyli mój bagaż, kiedy jechałam do Niemiec na cudną jak dla mnie wycieczkę – pracę. Trudno im było wówczas zrozumieć, że mała pani z Polski jedzie do Niemiec nie po pracę, a po zdumienia i pewnego rodzaju doświadczenie. Co dziwne, ile razy na tym kostrzyńskim dworcu przesiadam się do niemieckiego pociągu, zawsze sobie sama wspominam to doświadczenie. A przesiadam się często.

W każdym razie, każdemu takiej szwendaczki życzę. Takiej drogi, takiego gapienia się na przyrodę. Takiego właśnie świętowania Niepodległości. Takiego własnego, prywatnego. Bez militarnego złomu, bez zadęcia, bez pozorowanych gestów…

To była dobra szwendaczka… Następnych stu lat kraju!