W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Delfiny, Marii, Wirginiusza , 8 grudnia 2019

Obejrzałam sobie materiał o Gorzowie w telewizji niepublicznej

2019-11-30

Jakoś od dwóch czy też trzech dni trochę się w mieście dyskutuje o prohibicji, jaką uchwałą wprowadziła Rada Miasta. Mnie tam rybka, czy alkohol będzie w sprzedaży całą dobę, czy tylko w wybranych godzinach.

Mam tak, że wstaje rano, parzę kawę, otwieram telepatrzydło na stałej stacji. Tajemnicą nie jest żadną, że to TVN24. Nie lubię się spieszyć, dlatego wstaję na tyle wcześnie, żeby się z wolna rozkręcić. No i wczoraj omal się ową kawą nie zadławiłam z tego oto zadziwienia.

Co było przyczyną? Ano materiał dziennikarski w TVN24 o prohibicji. I wcale nie informacja o samej decyzji, ale sposób pokazania miasta naszego. Bo choć tu mieszkam już prawie 20 lat a pracuję znacznie dłużej i znam różne kątki, to z olbrzymimi zaciekawieniem patrzyłam na to, co TVN24 pokazuje. I choć koledzy dziennikarze starali się bardzo, to jednak pokazali to, co widać gołym okiem. Puste ulice centrum, przebitki na owo pobite szkło, na te malusie buteleczki zwane małpkami. Pusty Kwadrat z jakimś przechodniem, który mówi, że to dobrze, bo będzie spokój. I wszystko byłoby OK, gdyby nie jedno słówko – ponoć. Wyszło bowiem, że pan nie wie, czy jest głośno w pobliżu sklepów, czy też nie, bo sam w takim miejscu nie mieszka.

Powtórzę otwartym tekstem – mnie rybka, czy alkohol będzie reglamentowany czy też nie. Wiem z zmierzchłych czasów, że jak kto chce kupić, to kupi, żaden to problem. Instytucja babek natychmiast się odrodzi. Mnie w tym całym wywodzie chodzi o obraz, który widziałam. Znów widziałam puste miasto, choć w ciasnych kadrach trudno to było zauważyć. Bo tak naprawdę miasta tam nie było. Były obrazki. Paskudne, przyznam, ale tylko specjalnie kadrowane kawałeczki ulic. Tym samym prywatna i największa przy okazji telewizja pokazała puste i umarłe centrum.

Dlatego znów wczoraj, w deszczu i wietrze polazłam do centrum. Okoliczności życiowe sprawiły, że znów tam musiałam być. Miałam trochę czasu, postanowiłam więc go spędzić na przyszłym deptaku. I powiem tak. Szłam przez zrujnowane centrum. Nie miałam gdzie wejść. Bo tam nic nie ma. Szczęściem, są delikatesy Ukrainoczka. Dawno nie byłam, więc dlaczego nie? Skoro nie ma nic innego, to tam. Weszłam i poczułam się jak we Lwowie w małych sklepach, do których rzadko albo wcale nie zaglądają turyści, a ja jak najbardziej tak. Albo też w peryferyjnych sklepach w Kijowie czy innych miastach na Ukrainie, w których bywam, kiedy tam jestem. Charakterystyczny zapach solonych ryb. Tego zwyczajnie nie da się pomylić z niczym. Poczułam się znów jak w moim mateczniku, za który mam nieturystyczny Lwów. Mało tego, przemiła pani z obsługi rozmawiała z klientami po ukraińsku, bo to Ukraińcy byli. Ja się gapiłam na soliankę w słoiku (hit – nie muszę gotować, bo jak zacznę, to nadawać się to będzie tylko do wyrzucenia), ale uchem łowiłam rozmowę. Państwo chcieli kupić skumbrie – ja wierna i zabita fanka Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego miałam natychmiast skojarzenia – skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie oraz pstrąg.

No i proszę, przyszło mi żyć pół wieku oraz pięć lat, żeby się przekonać, że owe poetyckie skumbrie to nie żaden poetycki wykwit niezwykłej wyobraźni, a zwyczajna makrela. Po prostu makrela wędzona. A ten tomat to pomidory. Co prawda makreli w pomidorach nigdy nie widziałam, w Ukrainoczce też ich nie ma, ale w końcu mnie się zagadka literacka rozwiązała.

Pogapiłam się na różne rzeczy w Ukrainoczce, w tym na znane mi od dzieciństwa czekoladki Alionka, które mój ulubiony wujek z Łucka przywoził, na dobre gruzińskie wina, na herbatę, na konfietki i sobie poszłam.

Nie było na tej drodze niczego, co by przebiło delikatesy Iriny. Podziwiam ją za to, że daje radę. Podziwiam.

Szłam pustą, pozbawioną życia ulicą. I robiło mnie coraz smutniej. Nie ma centrum miasta. Nie ma i raczej nic nie wskazuje, kiedy ta pusta i smutna ulica może stać się żywa. No cóż.

Ps. Dziś mija 120 lat kiedy totak zwany park na szańcach został zagospodarowany na całej szerokości od ul. Drzymały do Walczaka i nazwanyQuilitzpark, obecnie Park Siemiradzkiego. Dziś trochę zabetonowany, trochę za mocno oświetlony, jednak nadal ukochany…. Przeze mnie trochę mniej, ale jednak i tak go lubię.

Ps. 2. Bo zwyczajnie muszę. A kto lubi dobrą muzykę, dobre wykonania, lubi folklor, a ominął wydarzenie w FG, niech żałuje i to mocno. Otóż wczoraj w Sali Kameralnej FG wystąpił kwartet folkowy składający się z muzyków FG. Lider – Grzegorz Tobis na klarnecie i kilku innych instrumentach oraz główny kompozytor i aranżer, Paulina Wąsik – generalnie skrzypce, ale też i parę innych instrumentów, Natalia Chmurczyk – generalnie kontrabas, ale tu ukulele i też inne, Mateusz Rzytka – kontrabas i też kilka innych. Muzycy zagrali folk – głównie bułgarski, ale i polski, ale i żydowski. Oj, kto lubi muzykę, a nie był, niech żałuje, bardzo żałuje. Płyty na razie nie ma, a szkoda. Można znajomych zapytać, ale żadne słowa nie oddadzą muzyki. A kto lubi, niech żałuje.