W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Bettiny, Konrada, Mirosława , 19 lutego 2020

Może to tylko jakaś dziwna plotka?

2020-01-22

W mediach społecznościowych mignęła mnie informacja, że ponoć prezydent wpadł na pomysł sprzedaży Schodów Donikąd. Mam nadzieję, że to nie jest na poważnie, choć do Prima Aprilis jeszcze trochę czasu zostało.

Przeglądałam sobie media społecznościowe, bo miałam trochę czasu rano. Takie tam różne banialuki przeczytałam, aż tu nagle – halo, a co to ma być? Bo nagle mignęła mi pewna sonda, w której zapytuje się uprzejmie PT mieszkańców, co oni sądzą, co my sądzimy, na temat sprzedaży Schodów Donikąd w ręce prywatne. Przyznam, nie zrozumiałam pytania. Bo jak to – sprzedać Schody Donikąd w prywatne ręce? Schody Donikąd? Przecież to jest jednak część parku Siemiradzkiego. Na szczycie tychże zamkniętych od lat Schodów urządzono ostatnio mocno oświetlony punkt widokowy. To przestrzeń publiczna.

Zaraz, zaraz, to chyba niemożliwe? Tak sobie myślałam. A potem przypomniałam sobie, że przecież władzy miejskiej łatwo przyszło sprzedać Zawarciański Zameczek, czyli najpiękniejszą willę fabrykancką wybudowaną przez Hermanna Pauckscha. Najbardziej wartościowy zabytek, jeśli chodzi o schedę po światłych landsberdzkich fabrykantach. Celowo pomijam tu pałacyk biskupów gorzowskich, bo on od zawsze był zadbany przez KK i od zakończenia wojny był właśnie w rękach biskupów.

Skoro więc można było sprzedać właśnie Zameczek, to może tak samo łatwo można sprzedać Schody. Bo po co one miastu? Ano tylko po generowanie kłopotów. Nikt nie ma pomysłu – teraz – co z tym fantem zrobić. Niby zamknięte, ale jednak tętnią własnym życiem. Niby ich nie ma, a jednak są. Bo jednak trzeba będzie kiedyś wydać konkretną kasę na ich remont. Trzeba, bo innego wyjścia nie ma. Można oczywiście dywagować nad pomysłem mojego przyjaciela, redaktora Dariusza Barańskiego, który od lat twierdzi, że najlepiej by było, żeby odejść od pomysłów na reanimowanie Schodów, a wrócić do pierwotnego wyglądu ulicy obecnej Drzymały i zwyczajnie zamknąć pierzeję kamienicami, jak to do 1945 roku było.

Myślę, że tubylcom trudno byłoby takie rozwiązanie przyjąć do wiadomości. Bo lata sprawiły, że działa zasada uzualna. Uzualna, czyli przyzwyczajenie do tego, co jest. A tak się oto składa, że do Schodów przyzwyczaili się wszyscy. I znakomita większość tubylców zwyczajnie chce, aby Schody wróciły do życia.

Dlatego mam zwyczajnie nadzieję, że to jakieś plotki albo niepotwierdzona informacja, iż prezydent chce się tego kawałka przestrzeni pozbyć. Inna rzecz, że skarpa wiodąca do parku mocno zarosła zielenią, już wysokimi drzewami. Może chodzi o to, żeby wygolić tę zieleń. Wyrzucić w kosmos drzewa, bo przecież wszystko ma być zaprasowane w kantkę. Wszędzie beton i kostka, ewentualnie granitowe płyty. Po co komu drzewa w mieście? Przecież to jakiś wymysł. Drzewa – owszem, w lesie, choć ich tam po prawdzie coraz mniej też jest. Straszliwy to scenariusz. A ponieważ ja wierząca w żadne religie nie jestem, ale jestem przesądna oraz wierzę w definicję, że co nie nazwane, nie istnieje, dalej nie będę snuć katastroficznych scenariuszy. Mam nadzieję, że to się zwyczajnie nie stanie. Schody pozostaną, a za jakąś chwilkę znajdą się jednak pieniądze na dobrą rewitalizację. Dobrą bez wycinania zieleni. I wówczas wszyscy będą zadowoleni. Oby tak było.

A teraz z drugiego kątka pod naprędce wymyślonym tytułem – czego to ludzie nie wymyślą, żeby innych maksymalnie rozbawić oraz przy okazji zadziwić. Mam na myśli informację, która się przewaliła przez media o kierowcy z Krzeszyc, który sam z lekka, albo mocno pijany jechał autkiem w Krzeszycach. Wiózł ze sobą pasażera i … pasażerkę – kozę Franię. Przyznam,  że informacja o pijaku i jego poszukiwanym przez policję pasażerze mało mnie rozbawiła. Natomiast informacja o kozie Frani, która ewidentnie była przyzwyczajona do takiego przemieszczania się po drogach, jak najbardziej tak. Widać pan kierowca podróżował nie raz i nie dwa ze swoją kozą w aucie. Bo Frania spokojnie sobie tam siedziała . Znakiem tego, doświadczona samochodowa podróżniczka jest. Szkoda, że my ludzie, nie umiemy czytać języka zwierząt. Pewno Frania niejedno mogłaby opowiedzieć o swoich podróżach niezbyt wielkim autkiem.

Miałam kiedyś psa, mego ukochanego czarnego cocker-spaniela Baszę. I Baszka od szczeniaczka niewielkiego był przyzwyczajony do podróżowania samochodami. Mało tego, wszystkie samochody były postrzegane przez niego jako osobniki zaprzyjaźnione. Oznaczało to ni mniej, ni więcej, a to, że właził do każdego otwartego samochodu i się wygodnie mościł w nogach pasażera obok kierowcy, bo tam zwykle podróżował. Nie raz i nie dwa go z samochodów obcych ludzi wyciągałam. Przepraszałam kierowców za mego psiaka. Po jakimś czasie wszyscy w Skwierzynie wiedzieli, że jak czarny cocker do auteczka komuś wlezie, to za chwilkę będzie przeze mnie wyciągany. Albo przez mego tatę. Nikt się nie obrażał, wszyscy raczej z uśmiechem przyjmowali psa, który lubił podróżować samochodami.

Dlatego też bardzo dokładnie rozumiem kozę Franię. Inna rzecz jest taka, z jakimi stworami ludzie się przyjaźnią i jak je traktują. Pijany kierowca widać bardzo dobrze Franię traktował. Podejrzewam, że pójdzie ostatecznie siedzieć za notoryczne łamanie prawa. Kierowca, nie Frania. Zatem pozostaje otwarte pytanie – kto kozę Franię będzie na przejażdżki samochodowe zabierał? Bo na pewno będzie za tym tęsknić.

Czego to ludzie nie wymyślą, aby sobie i innym oraz swoim zwierzętom rozrywki dostarczyć? Jak widać, wyobraźnia ludzka jest nieogarnięta.