W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Cypriana, Justyny, Łucji , 26 września 2020

Już zaczynam się bać… idzie przebudowa deptaku

2020-02-19

No tak. Decyzja zapadła. Będzie remont Szlaku Królewskiego. Konsorcjum już jest. Kasa na remont też. I zapewnienia, że tym razem nic się nie wydarzy.

Jeszcze dużo wody upłynie w Warci naszej kochanej, nim będzie można przejechać przez Sikorskiego tramwajkami. Bo już autkiem, jak kto się uprze jakoś mocno, to się nawet da. Dużo, bo co i rusz mamy komunikaty, że znów się odwleka termin oddania inwestycji w całości. Dużo, bo ona sobie płynie we własnym tempie i nic na niej nie robią wrażenia kolejne, płonne jak się okazuje, zapewnienia, że to już, to lada momencik, nie piątek z Pankracym się zakręci, ale ruszy pełna komunikacja na najważniejszej naszej ulicy. Wolałabym po prawdzie, żeby to Pankracy kręcił, bo może by to sprawę jakoś przyspieszyło. Ale nie. Urzędnicy kręcą i będzie jak zwykle. Przybliży się kolejny termin i znów się okaże, że coś tam i znów trzeba przesunąć termin. Przywykłam. I tak chodzę pieszo. Jak mi kawałka linii zabraknie, to poszukam alternatywy. Mam kilkoro znajomych, którzy zwyczajnie nie mają siły na takie wentyle, więc się złoszczą. I ja ich rozumiem.

I właśnie ich oraz mnie szczere przerażenie ogarnęło, że kolejny wielki remont, bo takim on będzie, już się szykuje. Już lada moment, lada chwilka, na naszą najbliższą okolicę najadą wielkie maszyny i będzie REMONT. Oczywiście boimy się, że znów nam ktoś rozbabrze okolicę. Znów będzie przykro i źle. Bo coś się będzie ślimaczyć. Bo coś znów się stanie.

Tak było w przypadku pancernego i paskudnego Kwadratu. Malusia początkowo renowacja przerodziła się w wielką przebudowę z odroczonym terminem oddania. Efekt? Mocno dyskusyjny. Nam, sąsiadom, efekt się nie podoba. Co zrobić.

Tak naprawdę udała się na Nowym Mieście tylko jedna inwestycja, wielka i prowadzona z rozmachem. Mam na myśli KAWKĘ. My w echo dokumentowaliśmy rzetelnie postęp prac. Każdy z nas, mam na myśli mieszkańców, mam na myśli ZGM, mam na myśli w końcu szeryfa i władze bał się tego. Każdy z innej przyczyny. Wszyscy patrzyliśmy na ręce wykonawcom. Kierowcy klęli na brak czasowy miejsca do parkowania, do zwężeń. Ówczesny magistrat i szeryf osobiście zapewniali, że wszystko skończy się w terminie. Nawet ulewne deszcze i konieczność pompowania wody z wykopów pod ciepłociągi nie sprawiły opustek wielkich w inwestycji. Wszystko skończyło się o czasie. Dziś 90 procent tych, co się do KAWKI przypięli, chwalą i dziękują za ten program.

Powtórzę, wielka, naprawdę wielka, skomplikowana i kosztowna inwestycja skończyła się o czasie. Dlatego też jak nowa władza zaczynała swój wielki projekt, wszyscy podeszliśmy do tego z kredytem zaufania. Kończy się to tak, że nie wiadomo, kiedy i nie wiadomo jak.

Dlatego też z wielkim kredytem niezaufania podchodzimy do nowego projektu. Projektu przebudowy Szlaku Królewskiego. Ja powiem otwartym tekstem. Zwyczajnie nie wierzę w terminowość oraz w jakość. I dodam, takich jak ja, jest tu, na Nowym Mieście, zwyczajnie sporo. Przeżyliśmy wydziabywanie drzew. Trudno było, nazwisk głównych architektów tego jednak barbarzyństwa nie zapomnę nigdy. Podobnie jak i nazwiska ówczesnej ogrodniczki miejskiej, która zasadziła wiśnie piłkowane, piękne drzewka, które podziwiałam w Japonii. Wszyscy wówczas byli głusi. Teraz też uważnie się przyjrzę planowanemu remontowi. Bo jak kolejny raz powtórzę, wcale nie wierzę w dobre rozwiązanie. Dlaczego? Ano przykład Sikorskiego mnie do tego skłania.

I dalej z tego samego kątka, ale już nie remontowego, a kulturowego. Ten sam kątek oznacza Szlak Królewski i jego zwieńczenie, czyli plac Grunwaldzki. Jakiś czas temu, lat kilka mija, dobrzy ludzie, darczyńcy, ufundowali na ślicznym (?) skwerku rzeźbki dwóch malarzy, którzy malują odwieczny Landsberg i Gorzów. Mam na myśli rzeźbkę Jana Korcza i rzeźbkę Ernsta Henselera. Pamiętam moment odsłonięcia. Spadło dużo śniegu, a potem zrobiło się ciepło. Było z lekka dziwacznie, ale interesująco. Wielu się cieszyło, że znów mistrz Jan z nami jest. Wielu było zadziwionych postacią mistrza Ernsta. Nawet przeciwnicy okraszania przestrzeni miejskiej takimi pomnikami – rzeźbami mocno nie sarkali. Wcale nie sarkali. Bo akurat te dwie rzeźbki świetnie się wpisały w okolicę. W kontekst. I wszyscy mieliśmy nadzieję, że każdy o to zadba. Ja sama kilka razy przepędzałam – tak, przepędzałam dzieciaki, które się na barki mistrza Jana wspinały. Bonus jest taki, że do dziś kilku małych urwisów mówi mi dzień dobry i komunikuje – bo my tym innym tłumaczymy, że nie wolno, bo pani nam wytłumaczyła. Sama jestem zaskoczona. Dzieciaki zrozumiały. Sukces. To dlaczego zatem tej prostej prawdy nie chcą pojąć właściciele psów? Nie mówię, że wszyscy, ale trochę innych. Dlaczego pozwalają swoim ulubieńcom zwyczajnie obsikiwać te rzeźby? Ile to jest sprząc smycz? Ile to kosztuje odciągnąć ulubieńca? To naprawdę nic nie kosztuje. Podobnie jest z Kapsułą Pamięci na placu Grunwaldzkim, ale i z Dzwonnicą Dzwonu Pamięci. Może marudzę. Ale chyba jednak nie. Oj chciałabym doczekać czasu, żeby nikogo w takich kardynalnych rzeczach nie napominać.

Ps. Oj już, oj już się zaczyna. Oj już XVIII Międzynarodowy Konkurs Chopinowski zaczyna startować. Na razie szanowne jury ma zadanie ogromne, bo musi przesłuchać kandydatów, aby wyłonić tych, którzy do najwyższej rozgrywki staną. Owa rozgrywka zaczyna się co prawda dopiero 2 października i potrwa do 23 tego miesiąca, ale już są informacje, kto do rozgrywki stanie. Już się zaczyna cyrk Chopinowski. Ja pilnie śledzę. I powiem tak, zwyczajnie się nie mogę doczekać. Mam na swoim prywatnym koncie Chopinowskiego kilka odkryć, ale kilka porażek też. Jak tylko Konkurs rusza, to robię wszystko, aby słuchać na bieżąco. Nawet przez Ipada. W mieście mieszka sporo melomanów. Wielu z nich ma podobnie. Robimy wszystko, żeby posłuchać. A potem pogadać…. XVIII Konkurs Chopinowski właśnie się zaczął. Oj wielka dla nas uczta. Choć dla wielu z nas owo tajemnicze rubato bywa trudne do zrozumienia, to i tak słuchamy…. I czekamy. By the way, uwielbiam, jak jurorzy o owym rubato Chopinowskim dyskutują. Czasami mam dziwne wrażenie, że sam Fryderyk Chopin byłby zaskoczony. I jeszcze jedna rzecz. Widziałam kilka fortepianów firmy Pleyel, ulubionej firmy Chopina z jego epoki. On na Pleyelach najchętniej grywał. Ciekawa sprawa w kontekście tych potworów koncertowych z firmy Steinway albo Yamaha, na których dzisiejsi konkursowicze grają. Ciekawa rzecz.