W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Amelii, Dobromira, Leonarda , 30 marca 2020

Tak wracałam do miasta…

2020-03-16

Musiałam, zwyczajnie musiałam pojechać do Skwierzyny. Droga w tamtą stronę była bez problemu. Powrotna też, ale klimat był jak z Hitchcocka.

Mam taką sytuację, że muszę jeździć co jakiś czas, w miarę regularnie do Skwierzyny. Tak się teraz ułożyły okoliczności życiowe, że nie ma, iż nie mogę. Zatem więc zabrałam w piątek komputer, torbę w ciapki, siebie, notatnik oraz dwie książki i pojechałam. Na dworcu PKP Gorzów Centralny kupiłam bilet w biletomacie, poszłam karnie na peron (zauważyłam, że zniszczenie w tunelu jest naprawiane), wsiadłam do wcale niezatłoczonego pociągu. Spotkałam tam swoją rodzinę i czas podróży skrócił się maksymalnie. Przeszłam przez miasto, pogapiłam się na potok Kasztanówka, który zwykle raczej nie płynie, a tym razem i owszem, i tak. Potem karnie siedziałam w domu rodziców do niedzieli wieczór, kiedy trzeba było zacząć procedurę powrotu. Pięć razy sprawdziłam w necie, czy pociąg jedzie. Nie było informacji, że nie. Procedura powrotu rozpoczęta została.

Ale kiedy znalazłam się wieczorem na stacyjce niegdyś pięknej, to przyznam, że zwątpiłam. Pusto, ciemno, nikogo innego, tylko ja. Na oknie w dyżurce ruchu zastałam kartkę wyrwaną z jakiegoś zeszytu z koślawo nakreślonym napisem – Informacji się nie udziela – wow, jak ładnie i składnie po polsku napisane – pomyślałam na wstępie.

Ale potem mnie najszło, no jak to się nie udziela? A jak pociąg nie pojedzie, to co zrobię? Pójdę z komputerem i torbą w ciapki pieszo do Gorzowa? Pieszo dla mnie nie stanowi wyzwania. Już zaczęłam liczyć, ile mi to zajmie i gdzie kupię wodę, bo na pewno będzie mi potrzebna, ale szczęściem wprawne ucho moje złowiło znajmy turkot i już wiedziałam, że pojadę, a nie pójdę. No i tak wpadłam w świat równoległy, znany mi z filmów katastroficznych w ograniczonym wymiarze. Taki jak z filmów Alfreda Hitchcocka. Jak niemal z „Ptaków”.

Pociąg przyjechał. Niemal pusty. Jacyś ludzie siedzieli. Ale w oddaleniu. Miałam kartę, więc za bilet nią zapłaciłam, bo miły pan konduktor powiedział, że gotówkę, czyli banknot przyjmie, ale dla mnie i dla niego będzie lepiej, jeśli kartą. OK. Nie ma problemu. Po drodze tylko szybkie spojrzenie na równoległą S3 – pusta. Nie było samochodów. Dziwne, ale tak było.

Szybko, bardzo szybko dojechałam do Gorzów Centralny. I tu wow, Straż Ochrony Kolei, zawsze jest, ale nie aż tak w nadmiarze i nie tak wyglądająca. Funkcjonariusze na czarno, z czarnymi zasłonami na ustach, uzbrojeni, stojący w pozie – szybko idź i o nic nie pytaj.

Poszłam. A tu co chwilka zaskoczenie. Puste ulice, puste autobusy, czynna Żabka, co szczęście, ale panie kasjerki za pleksową taflą – co brawa wielkie dla właścicieli.

Na przystankach – tych dwóch po drodze do mojego domu – pustki. Na mojej ulicy pustki, cicho i bez wrzasków, co rzadkie. Hitrung, czyli dawna Popularna cichy i ciemny. Sławek na szybie jedynie powiesił informację, że owszem, jedzenie jest, ale na dowóz serwuje.

Siedziałam w domu i za oknem ruchu nie było. Czułam się, jak w domu rodziców, gdzie jest cicho i spokojnie, nikt tam się nie szwenda, bo i po co. Przecież dom moich rodziców jest niemal na skraju niczego. A ja mieszkam w kamienicy i to na piętrze przy dość w miarę żywej ulicy. A tu zonk. Cisza.

Do tej pory myślałam o rodakach mniej więcej tak, jak myślę o ludziach z południa kontynentu. Przekłada się to tak. Niech sobie coś tam gadają różni mądrzy lub wymądrzający się specjaliści, ale my wiemy, że nam nic nie grozi, bo co tam jakieś wyimaginowane wirusy. Dawaj fiesta. A tu proszę, fiesty nie ma. Ludzieńki jednak zasiedli w domach. Nawet nie słychać jakiegoś gremialnego narzekania czy wyklinania. Co prawda, to dopiero początek dużej kwarantanny. Zobaczymy, co będzie dalej.

Już wcześniej powiedziałam, trzeba przeczekać. Posłuchałam ostatnio pani Marii Rotkiel, bardzo dobrego psychologa, która też mówi, że trzeba poczekać.

Ja muszę jutro pójść do swojej pracy. Muszę zabrać pracowy komputer, ze dwie teczki z kwitami, kilka płytek z muzyką, bo chcę posłuchać, po drodze kupię sobie trochę chleba i melonka. Potem urządzę sobie pracę w domu. Co prawda, muszę się oswoić z nową sytuacją, bo raczej leniwa jestem i jak mam do wyboru: praca a czytanie i słuchanie, to zawsze wybiorę tę drugą opcję. Jednak mus, to mus. Popracuję w domu i będę czekać na informację, że już koniec, że można regularnie do pracy. I regularnie można liczyć na to, że jednak 22 czerwca wsiądę na Tegel do samolotu, który mnie zawiezie do Bonn. Toć 250 lat temu urodził się Głuchy Geniusz, ja tam chcę do niego. Innej opcji nie zakładam.

A tak przy okazji – wielkie słowa podziwu i podzięki należą się tym, którzy jednak pracują – sprzedawcom w sklepach, kierowcom MZK, maszynistom, konduktorom, dyżurnym ruchu wszelkich środków lokomocji publicznej, farmaceutom, lekarzom i pielęgniarkom, ratownikom medycznym, salowym, strażakom, policji, wojsku, wszystkim służbom, energetykom, gazownikom, ludziom z wodociągów…. Lista tych, którzy pracują, żebyśmy my mogli domową kwarantannę odbywać, jest wybitnie długa i na pewno przyjdzie nam chyba na kolanach im właśnie dziękować za to, że pracują. Bo bez nich nic by się nie udało. Bez nich nic się nie uda. Jak ich zabraknie, czeka nas chaos, tym bardziej, że od 1945 roku większość z nas żyje w miastach i jest przyzwyczajona do takiego, a nie innego życia w miastach. Nie umiemy inaczej. Pięknie i mądrze właśnie o tym mówił prof. Dariusz Stola w swoim wywiadzie w Tygodniku Powszechnym. Oby się to nie spełniło. Oby..

Ps. A aby nam się w tych smutnych i jednak ponurych chwilach lepiej żyło, podsyłam link do cudnej muzykihttps://www.youtube.com/watch?v=4XPRbKCzxZs. To koncert podwójny na skrzypce i obój Jana Sebastiana Bacha w wykonaniu Anna Ziółkowska – skrzypce, Piotr Maćkowiak – obój, Monika Baranowska – wiolonczela, Laura Sobolewska – klawesyn. WykonanieII Nadnotecki Festiwal Muzyczny „Piękny śpiew w starym Czarnkowie” Sanktuarium Matki Bożej Królowej Rodzin w Lubaszu. Nasi filharmonicy też to grywają. Mnie muzyka Jana Sebastiana Bacha pomaga. Zawsze. Jak już nic nie zostaje, to zawsze Bach.