W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Borysa, Magdy, Marii-Magdaleny , 25 maja 2020

Mojej duszy miło jest, oj bardzo miło….

2020-05-12

Kiedy trafiłam na studia do Poznania, na wymarzoną filologię polską, cała rodzina była trochę nieszczęśliwa. Bo co to za zawód? Czytanie książek i jeszcze na dokładkę tych starych, których nikt nie czyta. Biedni, nie wiedzieli, że to tylko początek. 

Tak naprawdę to nikt nie lubi filologów polskich. Mieć kogoś takiego w rodzinie, to skaranie Boskie oraz inne dopusty boże. Nie dość, że idzie sobie taki ktoś na studia do dużego miasta, na dobry Uniwersytet, za jaki ja mam i do końca życia będę miała moją Alma Mater, czyli Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu, to potem bardzo szybko się wymądrza. Bo nagle okazuje się, że ktoś z rodziny gada jakąś chachłacką polszczyzną. Bo taki ktoś, zaledwie w dwa pióra opierzony zaczyna poprawiać wszystkich, to jeszcze ten ktoś zaczyna słuchać czegoś, czego czcigodna rodzina nie rozumie. Ten opierzony w dwa pióra po prawdzie też nie za bardzo wie, co to jest, ale wie, że mu się szalenie podoba. Coraz bardziej mu się podoba. Staje w kolejce po bilety, te tanie, studenckie. Staje pod ścianą, albo siedzi gdzieś tam na podłodze, żeby sobie posłuchać. Tak słuchałam wielu koncertów w Poznaniu. W Filharmonii Poznańskiej, która rezyduje w Auli mego Uniwersytetu. Potem jeszcze wielu w innych miejscach. Czasem na łące, czasem na jaskółce, czasami zwyczajnie na wolnym miejscu, bo ktoś nie przyszedł a właściciel wolnego fotela ulitował się nad biedną studentką i powiedział, że można tu usiąść.
To tam, w Poznaniu właśnie poznałam moc klasyki. Moc pięknej muzyki. To wówczas okazało się, że muzyka to nie tortura, którą dzieciakom fundowała szkoła. To wówczas okazało się, że bez tego żyć jest zwyczajnie trudno, albo wręcz niemożliwie. Przy różnych moich fisiach, fiś muzyczny okazał się wybitnie trwały. 
A potem skończyły się te piękne lata. Trzeba było wrócić do rzeczywistości. I co? Była muzyka. Była. Chodziłam sobie do Teatru Osterwy, gdzie cykl koncertów z udziałem Brandenburskiej Orkiestry był realizowany. Chodziłam do katedry, gdzie na klęczniku, na którym siedziałam pod kruchtą, usłyszałam przepięknie zagraną Arię na strunie G Jana Sebastiana Bacha. Myślę, że wykonawca był tak samo zaskoczony jak i słuchacze, że tak to rewelacyjnie wyszło. Latałam po kościołach, żeby muzyki renesansu i baroku posłuchać. Bo muzykę dawną, czyli barokową pewni ludzie w mieście kultywowali. Marcjanna i jej ludzie przy pomocy Janusza Winieckiego, żeby już oczywistym było. I ciągle słyszałam jedną rzecz – potrzeba temu miastu sali koncertowej z prawdziwego zdarzenia. Pięknej i świetnej. 
Potem rzeczywistość nabrała dynamiki i nagle okazało się, że będzie. Przypominać wszelakich bojów zupełnie nie zamierzam, bo były, ale dokładnie dziesięć lat temu Rada Miasta uchwałą nr LXXIII/1161/2010 powołała do życia instytucję kultury Centrum Edukacji Artystycznej-Filharmonia Gorzowska. 
Powstała wówczas instytucja, o której marzyli i której chcieli melomani, a jest ich bardzo dużo. Po latach tułania się po kościołach, po różnych salach nagle w mieście średniej wielkości powstała poważna instytucja z własną orkiestrą, własnym programem, działaniami edukacyjnymi….. Trzeba było jeszcze trochę poczekać na koncert inauguracyjny, na którym zabrzmiała IX Symfonia Głuchego Geniusza, którego wielbię. Pamiętam, jak decyzja owa zapadła, to w ekipie mi bliskich o podobnych zapatrywaniach otworzyliśmy szampana. Ja tam perlistego trunku nie pijam, bo zwyczajnie nie lubię, ale cieszyłam się bardzo. W sensie kulturowym miasto moje wspięło się na bardzo wysoki stopień. Wówczas w domu odpaliłam sobie płytkę z IX Symfonią Ludwiga van Beethovena, jak zwykle popłakałam się podczas Ody do radości. Nie wiedziałam wówczas, że usłyszę ją na żywo na koncercie inauguracyjnym, ale właśnie ona wydała mnie się najlepszym wyborem, aby uczcić tę decyzję. Miałam małe wahnięcie ku Mszy Koronacyjnej Wolfganga Amadeusza Mozarta lub Quatuor pour la fin de temps Oliviera Messiaena. W grę też wchodziło kilka kompozycji mego najbardziej ukochanego Jana Sebastiana Bacha. Ale posłuchałam sobie IX… Potem na inauguracji też tej symfonii słuchałam, kolejny raz na żywo, na koncercie. To był magiczny wieczór. Jeden z najważniejszych w moim życiu. Gorzów wówczas dostał wielki prezent, z którego korzysta, choć lubi gadać o nim źle…. Taka oto narodowa tradycja. 
A bardzo wielu, którzy mówią, że klasyki nie lubią, zwyczajnie nie wiedzą, że lubią. Bo jakbym zaczęła wymieniać różne kompozycje, to nagle się okazuje, że wow, oj chciałabym posłuchać. A wystarczy przyjść do Filharmonii Gorzowskiej…. Bo tu się to gra. Oraz coś innego, coś pięknego, co warto poznać.
A rodzina z tymi filologami to ma krzyż pański. Nie dość, że taki ktoś każe czytać, to jeszcze gada o teatrze i na koniec o Filharmonii. Ja jeszcze dokładam wianek z jazzu, folku, folkloru, opery, reggae i grunge. Kurta Cobaina kocham tak samo jak Jana z Czarnolasu, Aleksandra hrabiego Fredrę czy …. Oj płat atłasu długi jest.
Moja dusza dziś szczęśliwa jest….