W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Anieli, Feliksa, Kamili, 31 maja 2020

Dziewięć lat temu, choć innego dnia…

2020-05-18

To była środa. Miałam jakąś wejściówkę, taką trochę lewą, bo właśnie traciłam pracę i nie miałam oficjalnej. Ale z tą trochę lewą poszłam i byłam na pierwszym inauguracyjnym koncercie Filharmonii Gorzowskiej.

Dziś, zgodnie z kalendarzem, mija dokładnie dziewięć lat, kiedy to zabrzmiała IX Symfonia Ludwiga van Beethovena, aby miastu, światu i galaktyce oraz konstelacjom najbliższym oznajmić, iż Gorzów Wielkopolski ma Filharmonię. Dziewięć lat temu FG rozpoczęła swoją działalność. Byłam przeszczęśliwa. To z gruntu robotnicze miasto zyskało znakomitą instytucję kultury, taką, która jest znakiem tego, iż kultura wysoka jest tu też potrzebna i chciana. Że chciana i potrzebna, wątpliwości nie ma żadnych. Wystarczy spojrzeć na to, jak trybią koncerty, jak trybi niekonwencjonalna edukacja – Muzyczne Raczkowanie jest tu sztandarem. A skąd o tym wiem? Ano stąd, że widzę, kto do FG na Raczkowania pod kierunkiem pani Iwony Goździk przyjeżdża. Bo że jadą mamy i taty z miasta, to jedno, ale że jadą z okolic bliskich i nie tylko, to druga rzecz. Od kilku lat, od czterech ostatnich mam okazję dokładnie oglądać, kto tu przyjeżdża. Rozpiętość jest duża – od Szczecina po Poznań, czasem i z Winnego Grodu mamy gości. I wszyscy mówią…. Wow, coś niezwykłego.

Do tego dołożę jeszcze Akademię Muzyki, dołożę musicale, dołożę spotkania z muzyką na otwartych próbach i będzie komplet. Koncerty bowiem to coś, czego tłumaczyć nie trzeba.

Ale przecież ja chciałam o otwarciu. Dziś mamy poniedziałek. Tego pamiętnego 18 maja 2011 roku była środa. Dzień zupełnie ni priczom, jakby powiedzieli bracia Rosjanie jeśli chodzi o otwarcie, ale szat rozdzierać nie zamierzam. Wszystkie instytucje muzyczne grywają w różne dni, nie tylko w kanoniczne piątki, choć wielu wielkich by się dziś zdziwiło, że to nie był piątek.

Mam wiedzę o instytucji, kocham muzykę, muszę być na otwarciu. Muszę i już. Oficjalnie nie mam szansy żadnej, bo toć jedno zaproszenie na gazetę. Przez przypadek wielki dostaję taką dziwną wejściówkę. Niby uprawnia do wejścia, niby nie, ale kto nie ryzykuje, ten nie jedzie. Nigdzie nie jedzie. Stawiam wszystko na jedną kartę. Ubieram się w czarny garnitur, i albo mnie wpuszczą, albo wrócę do domu. Jednak wchodzę. Sukces. Nie dam się wygonić. Nie dam się wygonić za całe skarby Orientu. Zaczyna się gala. Stoję, patrzę na widownię. O tym nic nie napiszę. Kończą się oficjalne gadulce. Tylko sekundy dzielą nas tam zgromadzonych od początku koncertu. Jest wolne miejsce. Siadam. Zaczyna się magia muzyki. Maestro Piotr Borkowski wchodzi. Staje przed orkiestrami dwiema, przed chórami, batuta w górę… Zaczyna się to coś, o czym wielu z nas, w tym ja, wysiadująca wiele razy na klęczniku w kruchcie katedry podczas różnych a dziwnych koncertów marzyliśmy. Zaczyna się nowy rozdział w życiu kulturalnym tego miasta. Wielki rozdział. Mamy Filharmonię.

Czarny garnitur, lewa miejscówka, mocna determinacja, odrobina bezczelności – może jednak duża doza bezczelności, znajomość ludzi kultury i generalnie miłość do muzyki, do tego, żeby muzyką się dzielić, zwyciężyła. Byłam na otwarciu Filharmonii Gorzowskiej w tę pamiętną środę.

Potem, kiedy kurz otwarcia zgęstniał i osiadł, kiedy program Filharmonii stał się jasny i otwarty, przez lata tam chodziłam i stale chodzę. Mam swoje ulubione miejsce, to R24. Tam mnie się najlepiej słucha i czasami ogląda. Pamiętam wiele wydarzeń, które w FG się zadziały i które tylko na chwałę tego miasta się zdarzyły. To choćby wielcy dyrygenci, to wielcy soliści, którzy zagościli w Gorzowie właśnie przez FG. To są ci ludzie, którzy w Polskę, w świat niosą informacje, że taki Gorzów ma kolejną super instytucję kultury. Po Teatrze, po Filarach, po MCK, też i FG. Każda z tych instytucji zapisuje niezwykłą kartę – każda stwarza świetne możliwości gościom, których zaprasza.

Jak zaczęłam tam pracę, bo przecież pracuję w FG, to szczęście i duże wyzwanie, to czasami – o tym nikt nie wie, nikt, czasami siadam sobie w cichości i sekrecie na króciutką chwilkę na moim miejscu R24. Jest ciemno, palą się tylko światła awaryjne, jestem sama w wielkiej sali koncertowej FG. Nikogo nie ma na scenie, czasem tylko już wszystko jest ustawione do kolejnego koncertu. Stoją pulpity. Czasem fortepian, harfa. Czasem leżą nuty, jakiś zapomniany ołówek. Jest cicho, ale jednak nie… W tych murach jest już dużo zapisanych wydarzeń.

Myślę o wówczas o tym, co mnie tu spotkało. O moich odkryciach, o moich zachwyceniach, o muzyce. O Paganinim (można było go lepiej zagrać), ale i o tym słynnym Nokturnie cis-moll op. posth. Chopina – kilku wielkich nas tu zachwyciło tym wykonaniem, po którym już nic zagrać nie można. O wielu innych wielkich i małych muzycznych rzeczach myślę. Szczęściem pan Krzyś mnie nie przegania. Szczęściem nie wie, że ja tam siadam w cichości.

Była środa, właśnie Filharmonia Gorzowska zagrała swój pierwszy koncert. Wyszłam z pięknego budynku. Szłam do domu ubrana w czarny garnitur i czarne baleriny. Byłam szczęśliwa. Właśnie zaczął się nowy rozdział w dziejach kultury gorzowskiej. Rozdział, który trwa. W domu znów odpaliłam płytkę z IX Symfonią Głuchego Geniusza. Grała mi Filharmonia Berlińska, dyrygował i na zawsze będzie Herbert von Karajan…. Kapryśny i wymagający maestro. Ale bez takich nie ma muzyki….