W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Estery, Kiry, Rudolfa , 7 lipca 2020

Grzybek na sprzedaż, czyli ku normalizacji bulwarów

2020-06-26

Zadzwonił do mnie znajmy i zagaił, jak to ma w zwyczaju – a jak tam u ciebie bulwar, bo szykujemy się z wycieczką.

I co na takie dictum mam odpowiedzieć? Ano chyba czystą i szczerą prawdę, że jeszcze trzeba poczekać. Trzeba i już, bo choć remont estakady się skończył, to jeszcze mało co tam działa. Mam na myśli nisze, w których były knajpki i całkiem niezłe restauracje. No można pójść na obiad do Królowej Jadwigi, pogapić się na ptaki w wolierze, przywitać z Januszem Gorzowskim, zerknąć na drugi brzeg, ale tyle.

Ale przeczytałam ostatni, że Grzybek, czyli okrągły pawilon w typie Igloo idzie na sprzedaż. Mam zatem nadzieję, że to pierwszy krok do ożywiania bulwarów, do powrotu do stanu, który tubylcy kochali, bo w Gorzowie, mieście trudno oswajalnym, w którym różne rzeczy trudno się przyjmują, bulwar został zaakceptowany natychmiast. Mnóstwo ludzi bywało tu, uwielbiało się spotykać i zwyczajnie tęskni za tym miejscem.

Mało tego, to właśnie zdjęcia rozświetlonych bulwarów w necie cieszą się największą popularnością i to właśnie te zdjęcia powodują, że do miasta trafiają ludzie, którzy normalnie może by i nie zajrzeli, bo dla nich nazwa Gorzów jest pusta – zwłaszcza dla tych, co się żużlem czy historią nie interesują.

Grzybek czyli Igloo to kiosk, który pełnił funkcję letniej kawiarni, można tam było kupić coś do picia i jakąś drobną przekąskę typu lody. I właśnie takiego miejsca najbardziej teraz brakuje. Bo choć niemal nic tam nie ma, to jednak sporo ludzi można tam spotkać, zwłaszcza bywają tu znów mamy i babcie ze swoimi pociechami. A te jak wiadomo – mamo, loda, mamo, pić.

Trzymam kciuki za to, że się uda sprzedać Igloo w prywatne ręce, za tym pójdzie udana dzierżawa nisz i znów będzie można się wybrać na makaron albo inny przysmak. Im szybciej, tym lepiej, bo znów będę musiała znajomym tłumaczyć, że zdjęcia to jedno, a rzeczywistość to drugie.

A teraz z drugiego kątka. Kalendarium nasze przypominało mi, że dziś mija dokładnie osiem lat od chwili, gdy większość członków Stowarzyszenia Wodniaków Gorzowskich „Kuna” przegłosowała likwidację stowarzyszenia i przekazanie statku „Kuna” Stowarzyszeniu Wodniaków „Gorzów – Przystań”. To był wówczas cios wymierzony w śp. kapitana Jerzego Hopfera. Taka polska tradycja – coś się komuś udało, ktoś coś wykreował, no to trzeba zabrać i popsuć. A potem jeszcze się do tego nie przyznać. Pamiętam, jak kapitan z bólem w oczach patrzył na Kunę. Ja miałam podobnie, kiedy onegdaj szłam na przechadzkę wzdłuż Kanału Ulgi. Jak kto mi nie wierzy, niech sobie sam pójdzie, niedaleka ta droga i sam zobaczy. Przykry doprawdy widok.

No i z jeszcze jednego kątka będzie. Jak to dobrze czasem zajrzeć w miejsca nieoczywiste, jak choćby strych w domu rodziców. Szukałam od jakiegoś czasu pewnej książki, czyli „Historii społecznej Trzeciej Rzeszy”. Nie chciałam brać z biblioteki, bo jest mi potrzebna na stałe. I już prawie się zdecydowałam kupić na allegro, ale właśnie wlazłam na strych w domu rodziców, gdzie stoi półka z książkami, do których rodzina przestała wracać. Tak się trochę pogapiłam i bingo, a nawet bardzo duże bingo… Jest! Książka zatem wraca z wygnania, a moja osobista domowa półka niemiecka wzbogaca się o rzecz cenną, którą generalnie powinni przeczytać wszyscy. Bo ta rzeczywistość co i rusz się powtarza.