W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Luizy, Włodzmierza, Zuzanny , 11 sierpnia 2020

Chyba jednak pojadę do Kostrzyna

2020-07-28

Pojechał tam ostatnio Jurek Owsiak, żeby choć przez chwilkę poczuć energię, lat minionych. Chyba też się na chwilkę wybiorę.

Jakoś dziwnie się myśli, że to już koniec lipca, a kolorowych ludzi nie ma i nie będzie. Siedzą po domach, umawiają się na wspólne słuchanie domówek i maja nadzieję, że w przyszłym roku może znów spotkają się w Kostrzynie. Bo ze względu na zarazę nie ma Woodstocku, to jest PolAndRock Festiwalu, jednej z najbardziej kolorowych i najfajniejszych imprez, jakie mi w życiu dane było poznać.

Jurek Owsiak nie wytrzymał i kilka dni temu pojawił się na woodstockowych polach w Kostrzynie. Właśnie po to, aby poczuć magię minionych festiwali i odnaleźć energię, która tam ciągle jest. Ja mam podobnie, to znaczy wierzę, że energia uwolniona nie znika, gdzieś jest i tylko sprzyjających okoliczności trzeba, żeby się znów uwolniła.

Wielu z nas z miasta nad trzema rzekami jeździło na festiwal. Choćby na wybrany koncert, choćby na chwilkę, żeby poczuć ten niezwykły klimat. Mało tego, wielu z nas jakoś sobie lata nie wyobrażało bez festiwalu. No i właśnie przyszło nam się z taka rzeczywistością mierzyć.

WOŚP zapowiada wiele koncertów w cyklu Najpiękniejsza Domówka Świata, ale to nie to samo. Jak nie tym samym jest oglądanie spektaklu teatralnego przez Internet, jak podróżowanie po świecie też przez Internet. To zupełnie nie jest to samo ani tak samo. No cóż, trzeba przeżyć, innej opcji nie ma.

Ale ja chyba jednak pojadę do Kostrzyna. Tym razem na pola woodstockowe. Usiądę sobie w tym mikrym lasku i na pewno coś tam usłyszę.

A teraz z drugiego kątka. To już dokładnie trzy lata mijają, jak Jazz Club et consortes rozpoczął procedurę stawiania rzeźby Kazimierza Furmana na winklu, czyli u zbiegu ulic Dąbrowskiego i Jagiełły. Najpierw stanęła rzeźba opakowana w wór, potem ja rozpakowaliśmy i do dziś stoi sobie postać Kazimierza. Pamiętam, jak wielu z nas czekał na ten moment. No ja czekałam.  Bardzo. I do dziś tak mam, że staram się chodzić tamtędy, bo choć już tyle lat minęło od jego śmierci, ja cały czas się z tym nie bardzo mogę pogodzić.

I jak patrzę na zdjęcia z tego odsłonięcia, to najszła mnie taka oto refleksja, że chyba bezwiednie Jazz Club wyznaczył standard zachowań. Z tym worem i opakowaniem. Bo przecież Mickiewicz też przez długi czas stał zapakowany w czarny, plastikowy wór. Teraz już nie stoi, więc można się przyjrzeć tej niezbyt pięknej, pierwszej polskiej rzeźbie w poniemieckim mieście.

A skoro już przy Mickiewiczu jestem, to uprzejmie informuję, iż pojawiła się jakaś konstrukcja z prętów zbrojeniowych, która moim zdaniem może być pierwszym krokiem do budowy postumentu pod nowe posadowienie pomnika. Być może zbliża się ten moment, kiedy rzecz cała dobiegnie końca. Choć ja cały czas uważam, że to było zwyczajnie niepotrzebne. Ale ponieważ kierowcą nie jestem, więc nie mnie oceniać przydatność lub nieprzydatność ronda. Ja tylko zwyczajnie wiem, że pewnych rzeczy nie należy zmieniać. No cóż.

Ps. Dziś 91 urodzin obchodzi Dietrich Handt, landsberczanin, działacz BAG i regionalista, b. kierownik muzeum landsberskiego w Herfordzie, obecnie kurator fundacji „Haus Brandenburg” w Fürstenwalde, od lat zaangażowany w dialog niemiecko-polski, wielokrotnie odwiedzał Gorzów. Postać nietuzinkowa, o zdecydowanych poglądach. Zasłużona wielce w dialog polsko-niemiecki.