W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Damiana, Mirabeli, Wincentego , 27 września 2020

Kogoś w końcu zmęczyły paciagi na ulicach

2020-08-03

Otworzyłam po dość długim czasie Internet, a tu taka siurpryza. Ktoś zaczął zamalowywać podłe znaki i napisy na ulicy Dworcowej.

Dość długi czas w Internecie to dwa lub trzy dni. No i właśnie po takim czasie popatrzyłam sobie w Net. Pierwszą rzeczą, którą zauważyłam, była informacja, że ktoś w końcu wziął sprawy w swoje ręce i dawaj zamalowywać plugastwa na Dworcowej. Mało tego, okoliczni właściciele wspomogli tych, którzy porządkowali, bo dali coś do picia. No i jeszcze ekipa dosadziła lawendę przy drzewach obok.

Siedziałam dłuższą chwilkę i serce moje się radowało. Ja tylko podlewam drzewa w mojej okolicy wodą, która jest z płukania warzyw czy jakoś inaczej użyta, ale bez detergentów. A tu taka niespodzianka. Potem wracałam do Miasta i pomyślałam, popatrzę, jak to wygląda.

Szłam wolno i jest, bingo. Znalazłam to miejsce, znalazłam lawendę. Rzeczywiście malusia zmiana jakościowa jest. Ale i tak to jest wielka zmiana, bo to tylko obywatelska akcja. Tylko chwalić i tylko mieć nadzieję, że więcej takich będzie. Więcej ludzi uzna, że dość tego, co obok i też weźmie pędzel do ręki, albo w końcu wyostrzy swoje spojrzenie na rzeczywistość tuż obok i pogoni kogoś, kto będzie się zabierał do paciania po ścianach.

A skoro przy Dworcowej jestem, to może słówko i o niej. Może i dobrze, że jednak turyści do Miasta nie przybywają pociągami. W istocie bowiem można się przestraszyć. Brudna, zapomniana ulica, ze szczerbą po kamienicy ulica tylko odstrasza. Przestrasza. Po chwili, bo kiedy się z Dworca Centralnego w Mieście wychodzi, to stoją uprzejmi taksówkarze – forma męska nie na wyrost, bo zwykle to panowie taksówkarze tam stoją. Zawsze pada uprzejme pytanie – taksóweczka dla pani. Ja zawsze uprzejmie dziękuję, bo jechać dryndą z poznańska mówiąc do mnie, to jednak nad wyraz przesady i rewerencji, no chyba że wracam z targów turystycznych i targam ze sobą kilogramy map i innych cudowności.

Wchodzę w ulicę i strach. Szczerbata, brudna, pełno jakichś dziwnych ludzi. Kamienice brudne i zaniedbane. Straszą czarne okna. Można film wojenny kręcić. I wcale to nie jest wyrzut w kierunku miasta, bo przecież obecne władze nijak się mają do zaniedbań, które można liczyć na lata. Nie da się wszystkiego na raz posprzątać i zmienić. Tak to już jest, że są takie właśnie paskudne zakątki, które trwają w bylejakości. Zresztą jakby popatrzeć na otoczenia dworców (niektórych, bo nie wszystkich) w innych miastach, w tym w moim ulubionym Berlinie, to też bywa straszno. Ludzie się przyzwyczaili i nie czują potrzeby zmiany.

Dlatego tym większe słowa uznania tym, którzy powiedzieli dość. Zobaczymy, jak to się rozwinie. Ja tam za ekipę mocno trzymam kciuki. Może w generalności straszno nie przestanie być, ale w jakimś małym kawałku na pewno. A jak już w małym kawałku, to i w następnych to się zmieni. Zadziała efekt kuli śniegowej. Zawsze tak jest.

I dalej przy Dworcowej pozostaję. Bo jak się z niej wychodzi, to od razu, natychmiast widać nowe rondo, nowe drogi i chodniki oraz całą masę czegoś, czego nie umiem nazwać. No i już widać też nowy cokół pod pomnik Mickiewicza, który tam sobie w kątku czeka, aby go w końcu znów ustawić na wysokościach, tak, aby jego dłuższej jednej ręki widać za bardzo nie było i aby nikt za bardzo nie gapił się na jego marsową minę.

A tak swoją drogą, ciekawi mnie bardzo, czy magistrat pomyślał o ponownym odsłonięciu pierwszego polskiego pomnika w mieście po nowej lokalizacji? Czy tylko postawi Mickiewicza na nowym miejscu i tyle będzie?

Och, jak ja bym chciała małej miejskiej fiesty. Uroczystego odsłaniania, przecinania wstąg, składania kwiatów i laudacji na cześć nie ludzi, którzy ten pomnik ufundowali, czyli wszystkich gorzowian tamtych czasów, ale samego poety. Och jak ja bym chciała. Byłoby nadęcie, patriotycznie i generalnie śmiesznie. Zawsze bowiem tak jest. Ja bym sobie przygotowała mały koreferacik – mam go zresztą gotowego, właśnie o poecie, którego nie cenię, ale i o człowieku, którego jeszcze mniej cenię. Oczywiście, nikt by nie pozwolił go wygłosić na miejskiej fieście. To ja bym go rozdała na kartkach wydrukowanych na własnej drukarce. Przeżyję wydatek na papier, tusz i energię. Byłoby jeszcze bardziej zabawnie.

Ale nie będzie, bo i fiesty nie będzie, ani nikt się nad znaczeniem akurat tego pomnika w mieście nie będzie zastanawiał. Kilka już lat nie żyje Anna Makowska-Cieleń, z którą się chyba trochę przyjaźniłam, i którą jednym tekstem potrafiłam wyprowadzić z równowagi…. Szło to zawsze tak – Hanka, a wiesz, ale ten Mickiewicz w Mieście, to jednak przesada. No i zawsze wywoływałam święte oburzenie i święty gniew boży, bo przecież wszyscy poloniści w tym kraju winni kochać i czcić Poetę. Kazania zawsze słuchałam z pozorną uwagą, a potem zawsze dodawałam – Ale zważ…. Fajne to były dysputy.

Co miasto zrobi z tym pomnikiem, nie wiem. Zobaczymy.

Ps. Dziś mijają dokładnie trzy lata, od chwili, kiedy przy ogrodzeniu Jazz Clubu Pod Filarami na rogu Dąbrowskiego i Jagiełły, znaczy na winklu, odsłonięty został pomnik poety Kazimierza Furmana (1949-2009), wykonany przez Andrzeja Moskaluka. Pamiętam ten dzień. Pamiętam bardzo dobrze. Mego przyjaciela mi cały czas brak.