W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Augusta, Saturnina, Urbana, 31 października 2020

Po co komu kultura, po co komu lekcje o kulturze

2020-09-28

Też się zastanawiam, a od wczorajszej podróży, króciutkiej, bo z Miasteczka do Miasta coraz bardziej. Nie podsłuchiwałam, ale usłyszałam.

A było tak. Wracałam wczesnym wieczorem pociągiem z Miasteczka do Miasta. Usiadłam sobie wygodnie. Pan konduktor nie nakrzyczał, że nie mam maseczki, sprzedał bilet, pożyczył miłej podróży. Wyjęłam telefon, odpaliłam face, żeby zobaczyć pewien ciekawy filmik o tym, jak wygląda na antypodach wstęp do jakiegoś meczu. Mecz po prawdzie mało mnie obchodził, ale na wstępie cała sztuka przestraszania przeciwnika jak najbardziej. To się chyba nazywa haka. Maoryski sposób straszenia przeciwnika. Zajmujące bardzo. I tak sobie oglądałam tych wielkich, wytatuowanych facetów, jak z jęzorami na wierzchu i wybałuszonymi oczyma straszą przeciwnika, a przeciwnik za chwilę podobnie, kiedy nagle usłyszałam – A po co komu te lekcje o kulturze. Nie rozumiem zupełnie.

O kulturze, lekcjach, języku polskim, siatce godzin i rzeczach podobnych dyskutowało dwóch młodych ludzi, którzy siedzieli obok mnie. Nie chciałam podsłuchiwać, nigdy tego nie robię, ale dyskutowali głośno. Więc usłyszałam. Usłyszałam, że panowie uczą się w jakiejś szkole z zawodem, bo o lekcjach zawodowych było trochę. Ale znacznie więcej było właśnie o tym, że po groma jasnego im wiedza o kulturze, bo to jest bez sensu i szkoda tej godziny. Potem było i o tym, że mają kilka godzin języków – do języków zaliczyli też lekcje polskiego. Dziwne. No i na koniec clou – religia. I tu zacytuję – Wiesz, mamy tak program ułożony, że religia jest na końcu. Ktoś tam na nią chodzi, ale to bez sensu. Ja nie, bo od lat już nie mam na to czasu, ani siły. Kilku kolesi tam siedzi. Niech sobie siedzą.

O lekcjach religii nie piszę, bo to nie moja bajka. Ale o lekcjach o kulturze, o tej jednej godzinie w ciągu tygodnia jak najbardziej chcę. Żal mi zwyczajnie tych młodych ludzi, bo gdyby im na lekcji kultury pokazać właśnie taką hakę, to myślę, że nie gadaliby bzdur, że po co lekcje o kulturze. Bo najpierw zobaczyliby tych wytatuowanych gości z wytrzeszczem i jęzorami na wierzchu, a potem zadaliby pytanie – a dlaczego. Haka jest szalenie widowiskowa, i choć pozornie obca naszej kulturze, to tylko pozornie. Od tego można byłoby zacząć pokazywać, czym jest kultura, czym jest spuścizna kulturowa, jak się do niej dziś odnosić, jak ją kultywować. Od ekstremalnie obcego przykładu można byłoby przejść do przykładów nam bliskich, znajomych, a nieznanych. I częstokroć niezrozumianych.

Zwyczajnie żal mnie się zrobiło tych młodych facetów, którzy tylko siedzą w swoich śrubkach czy kielniach, narzekają na konieczność wysiadywania tej godziny o kulturze, i nie wynoszenia z niej nic. A przecież to cały wielki wachlarz – wiedzy, znajomości kontekstów, umiejętności poruszania się wszędzie, a przecież wszędzie jeździmy. To otwarta książka, która może być szalenie zajmującą lekturą. Bez kultury, a wcześniej języka nas nie ma.

Po co komu kultura, po co komu lekcje o niej? Ano nam wszystkim. Dobrze bowiem znać zachowania innych, choćby tylko po to, aby nie czuć się jak Słoń Dominik w składzie porcelany. Tak jak ja onegdaj na Ukrainie czy w Kalifornii. Historie długie. Wiedza o kulturze to tak, jak dobra znajomość języków. Skoro panowie narzekali, to znaczy, że ktoś naraził ich na nudę, na poczucie bezsensu. A szkoda, bo to coś niezwykłego. I między innymi na tym polega słabość obecnego kształcenia. Naćkać napięty i tak do maksa plan lekcji różnymi michałami i nalegać, aby ludzie na te michały chodzili. A co oni o tym sądzą, to rzecz absolutnie nieinteresująca nikogo. Szkoda wielka. Kolejna stracona szansa, aby te dzieciaki miały coś fajnego. Od haki zacząć można, potem w ciekawy sposób, pokazując ciekawe różne kulturowe zachowania w różnych kątkach coraz mniejszego naszego świata, dojść do obyczaju dziadów. Można? Można. Trzeba chcieć. Dzieciakom serdecznie współczuję, bo jak kiedyś hakę – na meczu czy na basenie zobaczą, to nie wiem, co pomyślą. A to taka fajna inna tradycja. I tak pięknie cały czas kultywowana.

Mam nadzieję, że jak hakę kiedyś oglądać będą, to kółek na głowie kręcić nie będą, ani podobnie nie będą się zachowywać, kiedy im się będzie dane zmierzyć z dziadami polskimi. Bo moda wraca. No nie na hakę, a na dziady polskie.

Ps. Bo trzeba jednak. Dziś mija dokładnie 18 lat od chwili, kiedy na ścianie budynku gorzowskiego Ratusza odsłonięto tablicę ku czci gen. Władysława Sikorskiego, patrona ulicy. Tablicę ufundowali gorzowscy Sybiracy, a wykonała Zofia Bilińska. Powiem tylko, Gorzów to dziwne miasto. Kiedy w całym kraju niszczono ślady Generała, to w Mieście nad trzema rzekami ulica – główna, dawniej Richtstrasse Landsbergu, cały czas była ulicą Sikorskiego (pomijam malusi odcinek w historii polskiego Gorzowa, kiedy nazywała się inaczej). Ale trzeba było czekać długo, kiedy stosowna tablica zawisła. Pomników, paskudnych popiersi, główek, tudzież innych wykwitów pseudotwórczości pamiętnikarskiej nie lubię, ale tablice mogą być. Tylko, a może aż 18 lat.