W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Adeli, Felicyty, Klemensa , 23 listopada 2020

Smutny spacer po naszym ciemnym mieście

2020-11-17

Puste ulice, ciemne okna, prawie bezruch – smutne, ciemne, późnojesienne miasto. Czyżby to był trend nie do zatrzymania?

Musiałam pójść do miasta, czyli w inne kątki niż codziennie, kiedy to nie staram się za bardzo chodzić po centrum. Zwykle bowiem wystarcza mi mały kawałeczek, oczywiście jak nie działa kultura. Szłam po centrum, po Sikorskiego i coraz większa apatia mnie ogarniała. Tym bardziej to dziwne, bo ja lubię jesień, lubię, kiedy jest wilgotno, kiedy jest mgła, kiedy lecą liście z drzewa, kiedy jest chłodno i ciemnawo. No lubię i już. I raczej mnie żadna apatia nie ogarnia, a tu masz.

Szłam pustym albo prawie pustym miastem. Ciemnym, bo jakoś tak było ciemno właśnie. Nie było ruchu. Chwilkę trwało, nim zdałam sobie sprawę z tego, że ciemno jest wcale nie dlatego, że brak lamp, ale dlatego, że wielu miejscach witryny były ciemne lub po prostu puste. Szczerbate pierzeje śródmiejskie wyglądają zwyczajnie okropnie.

Już od jakiegoś dość długiego czasu piszę i mówię o tym, że centrum nam umiera. No i ono faktycznie nam umarło. Oczywiście przyczyn jest wiele, bo najpierw bardzo długi remont, zresztą ciągle trwający, bo wszak w Szlak Królewski zapuszczają się tylko ci, co tam mieszkają albo jacyś straceńcy, którzy za zadanie dnia postawili sobie odnaleźć ścieżki i ścieżynki, którymi daje się przejść. Do tego dołożyła swoje zaraza, która nie dość, że wymiotła ludzi z ulic, to jeszcze sprawiła, że wielu przedsiębiorców po prostu przestało być przedsiębiorcami. Smutne, ciemne miasto, które wygląda tak, jakby nie było wojewódzkim, całkiem sporym i jeszcze do niedawna całkiem fajnym, bo w miarę kompaktowym. Szłam i ciągle do mnie wracała fraza z jednej z moich ulubionych książek, czyli z Czarnego Miasta węgierskiego pisarza Kálmána Mikszátha. Co prawda, akcja tam dzieje się na przełomie XVII i XVIII wieku w prześlicznej Lewoczy w Słowacji. Tam też z różnych przyczyn miasto, śliczna Lewocza, stało się ciemne i czarne. Oczywiście, nie ma przełożenia żadnego ta proza do naszej rzeczywistości, ale wrażenie jest dokładnie takie samo. Może tym bardziej do mnie ten klimat wrócił, bo właśnie znów sobie po tę prozę sięgnęłam. Tam się tę sytuację udało na szczęście odwrócić. Miejmy nadzieję, że i u nas się to uda odkręcić. Oby, choć ja mocno sceptyczna jestem. Powiem tak, bardzo, ale to bardzo bym chciała, żeby znów centrum ożyło. Może naiwnie, ale jednak staram się w to wierzyć. Bo jako ten spieszony osobnik, który od zawsze jest perypatetykiem, zwyczajnie chcę, żeby miasto, centrum tego miasta, żyło. Przecież nie ma nic piękniejszego nad snucie się po mieście (poza ganianiem po lasach i mokradłach), zaglądanie do sklepów, galerii, kawiarenek, miejsc nieoczywistych a ciekawych. Tak robią wszyscy, którzy w mieście żyją oraz ci, którzy po różnych miastach jeżdżą. Czyli tacy jak ja. Nie chcę mieszkać w smutnym i ciemnym mieście, mieście, które tylko już śni o tym, jak było ciekawie, kiedy było inaczej, barwniej, żywiej, bardziej intrygująco. Nie wiem, co trzeba zrobić, aby wrócić do tamtego klimatu. Oczywiście latarni gazowych, bruku i dorożek nie da się przywrócić, a bardzo szkoda, ale można jeszcze coś zrobić, aby klimat miasta wrócił. Może warto zapytać uznanych urbanistów, ludzi, którzy się na tym znają. Może będą umieć podpowiedzieć, jak to zrobić. Bo że można, głęboko w to wierzę. Zwyczajnie musi się udać, bo jak nie, to za jakąś chwilkę będziemy mówić – Gorzów, miasto nieopodal Santoka i Bogdańca. I nie mylić z Gorzowem Śląskim lub w niemieckiej wersji językowej z Landsbergiem am Lech. Choć nie, z tym akurat to się nie da pomylić. Choć z drugiej strony pamiętam taką wycieczkę, która bardzo chciała wiedzieć, gdzie jest to miejsce, w którym gad w ludzkiej skórze napisał swoją „Mein Kampf”. Było zabawnie, tym bardziej, że nasza przepiękna Kłodawka awansowała do miana Lech. Dużo się musiałam wówczas nagadać…

A teraz z drugiego kącika. I tu już tylko euforia i słowa pochwały. Otóż organizują się nam ludzieńki. Organizują w pomocy starszym, którzy siedzą zamknięci w domach, bo zaraza, a nie mają nikogo, kto by im zakupy przyniósł lub zwyczajnie kupił coś do jedzenia. W mediach społecznościowych to się dzieje. Patrzę na te ruchy i wraca mi wiara w człowieka. Niekiedy wystarczy hasło, sam zaczątek idei i pomoc idzie. To absolutnie niezwykłe. Absolutnie unikatowe i równie absolutnie godne pochwały, godne tylko i aż tylko powiedzenia – dziękuję. Proste słówko, proste do powiedzenia, a tak rzadko dziś słyszane. Dobrze, że jednak tak się dzieje. Przecież każdy z nas kiedyś będzie stary, albo chory, albo zwyczajnie potrzebował pomocy. Znakomicie, że jednak cały czas są ludzie, którzy chcą pomagać, nierzadko angażując własne, prywatne pieniądze. W tym Gorzów zdaje jednak egzamin.

Ps. Dziś mijają 22 lata od chwili, kiedy umarł Kuba Zaklukiewicz. Aktor Osterwy, a wcześniej innych teatrów. To było coś strasznego. Osterwa wówczas pojechał do Wilna z Konradem Wallenrodem. Kuba Zaklukiewicz umarł od ran zadanych mu rękami młodocianych bandytów. Sytuacja, jaka wówczas się działa, to zupełnie odrębna opowieść. Może kiedyś o tym więcej napiszę. W każdym razie pamiętam kolegów aktorów, którzy tam w Wilnie musieli zagrać, podczas gdy Kuba leżał pod tlenem w szpitalu. Ja sobie tego nie wyobrażam. Moje ostatnie spotkanie z Kubą Zaklukiewiczem wyglądało też dziwnie. Też osobna opowieść. Dziś mijają 22 lata. Panie Kubo, tej wódki do tej pory nie wypiłam…. Małego kusztyczka. I do dziś sobie tego wybaczyć nie mogę….