W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Antoniego, Henryki, Mariana , 17 stycznia 2021

Może warto popatrzeć na to, jak różne rzeczy robią sąsiedzi

2021-01-13

Mamy w mieście paczkomaty, parkomaty oraz nowe coś, co można nazwać psomaty, czyli pojemniki z workami na psie odchody. Przydałyby się jeszcze jedne – maty.

Do parkomatów wszyscy, którzy mają samochody, przyzwyczaili się już dawno. Do paczkomatów, których jest coraz więcej i dobrze, bo po co lecieć na pocztę, aby paczkę odebrać, też się już przyzwyczailiśmy. Jak nie chcemy płacić milionów za kuriera, to zawsze można wybrać opcję paczkomat. Jest to wygodne, łatwo dostępne i bez stania w kolejkach, choć ja zwykle wybieram opcję – odbierz paczkę w Żabce. Bo to jest jeszcze bardziej wygodne i bardziej dla mnie dostępne, kiedy siedzę w domu, a leci do mnie upragniona książeczka czy buty, bez których jak bez książek żyć mi trudno. O zakupie plecaków rozlicznych nie wspomnę, bo to zakrawa na Qui Pro Quo. To mają wszyscy. Ale niekoniecznie wszyscy – na pewno niezbyt wiele miast, ma to, co od zupełnego niedawna mają Strzelce Krajeńskie.

Otóż Strzelce, ich burmistrz Mateusz Feder (absolwent gorzowskiego IV LO i to jaki absolwent) zafundowali mieszkańcom tego pięknego miasta kaczkomaty. Na pewno jest już jeden. Mają być kolejne.

O co chodzi w kaczkomatach? Otóż chodzi o to, że jak się idzie na spacer i nagle zapragnie się nakarmić ptactwo, to się nie tacha ze sobą chleba z lekka czerstwego ani okruchów ciasta drożdżowego, tylko idzie się do kaczkomatu, bierze ziarno, sypie na brzeg jeziora, kaczuchy wychodzą, jedzą, dzieci się cieszą, rodzina fotografuje i jest super ślicznie. Ziarno do kaczkomatu dostarcza specjalny kurier.

Strzelce mają kilka jezior – dwa w samym mieście i kilka dookoła. Dlatego super sprawą jest, że władza lokalna pochyliła się nad tym problemem. Ktoś we władzach, domyślam się kto, zwrócił uwagę na to, że kaczek, łabędzi i innego ptactwa wodnego, które tu zimuje, nie można karmić chlebem, bułkami, ciastem drożdżowym i czymś w podobie. Bo ptaki oczywiście z radością zeżrą te okruchy z ludzkiego stołu. Bo czemu nie. Ale potem zachorują na coś, co się pięknie nazywa – skrzydło anielskie, ale jest czymś okropnym. Czymś straszliwie okropnym.

Kaczkomaty w Strzelcach mają temu okropieństwu zapobiec. Bo te maty mają też nauczyć małych i maleńkich, że ptasięta różne można i trzeba zimą dokarmiać i owszem, ale gotowanymi w czystej wodzie (bogi wszelakie brońcie w rosole) warzywami, ziarnem, pośladem, specjalną karmą w ostateczności. Oni mają, my nie.

My nie, a przecież mamy i Kłodawkę, i Srebrną (tu mniej, bo rzadko kto chodzi oglądać przepiękną rzeczkę), ale mamy stawek w Parku Róż, mamy jeziorka – Błotne, Ruskie, mamy Warcię naszą kochaną, gdzie też ptasięta różne można i trzeba czasem dokarmiać. Może czas i na takie rozwiązanie. To naprawdę nie jest kosztowne. Kosztowne i to bardzo jest przekonanie ludzi, aby bractwa ptaszęcego nie dokarmiali suchym pieczywem. Czas chyba przyszedł, żeby poprosić miasto, poprosić, bo inaczej nie można i w tej kwestii raczej nie wypada inaczej, aby i nad tym problemem się pochylić. Wiem i zdaję sobie sprawę że dobrostan ptasiętego kosmosu w obliczu klęsk różnych, które dotykają obecnie nas wszystkich, miasto i rządzących jest rzeczą ósmą albo milion ósmą w kategorii ważności. Ale skoro wszyscy synoptycy świata straszą nas jęzorem zimna znad Azji, to może jednak warto.

Wszak przedszkola działają. Za chwilę szkolaki smarkate, czyli I-III klasa wracają do szkół. Może warto poświęcić godzinkę, jeden spacer, żeby przekonać, że chlebem i bułkami ptaków nie karmimy. Słonecznikiem (nieprzetworzonym – znaczy nieupalonym i niesolonym), kukurydzą (jak poprzednio), pszenicą. Jak smarkate małe się dowiedzą, to opowiedzą. Smarkate małe mają duże przełożenie na swoich rodziców. Wiem to bardzo dobrze, choćby za sprawą swojej pracy. Bowiem bywa tak, że takie małe przychodzi do FG na audycję muzyczną, a potem wraca na koncert z mamą i tatą. I tak zostają. Małe ma siłę. (Widać, że lubię smarkate małe?).

Zatem może czas na kaczkomaty choćby po jednym przy naszych jeziorkach i stawach oraz przy mostkach na Kłodawce? Da się zrobić? Na pewno. Przecież nikt nie może być leszy od Miasta.

I z drugiego kątka, zupełnie innego. Dziś mijają trzy lata, kiedy na Niebieskie Turystyczne Łąki, po bardzo ciężkiej chorobie, przeniosła się Małgorzata Szymczak, elektryk z wykształcenia, turystka i krajoznawczyni, szefowa Klubu Turystyki Pieszej Nasza Chata, mego macierzystego klubu z wyboru i umiłowania. Trafiłam do klubu dzięki Niej. Uważam ten dzień – 25 listopada 2012 roku za jeden z ważniejszych w moim życiu. Dane nam było razem trochę połazić. Małgosia wiele razy mnie mitygowała w sądach. Dzięki niej poznałam fantastyczną ludzię Naszej Chaty. Przypomniałam sobie po latach klepania w klawiaturę i gapienia się w monitor, że nic nie zastąpi szwendaczki po lesie. To między innymi dzięki Niej ostatecznie zrobiłam turystyczne certyfikaty. Długo nam, ludziom Chaty, przyszło niezwykle ciężko przyjąć do wiadomości, że Prezes jest chora. Potem poszliśmy na pogrzeb. Ale Małgorzata jest stale z nami. Jak łażę po Gorzowsko-Barlineckim Parku Krajobrazowym, jej miejscu, to zwykle mam wrażenie, że za najbliższym zakrętem zobaczę Małgorzatę, która coś tam fotografuje i mówi – pamiętaj o tym bruku i tych dębach. Dziś Małgoś miałaby tylko 68 lat. Tylko 68 lat…. Ech, niesprawiedliwe są boginie Parki.