W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Bogumiła, Eweliny, Mirosława , 26 lutego 2021

Na wieczną wartę odeszła harcmistrzyni

2021-02-19

Nie myślałam, absolutnie nie myślałam, że właśnie teraz to przeczytam. Kiedy otworzyłam Internet, to zwyczajnie się popłakałam. Odeszła od nas Ela Jagielska-Stećków. Moja bardzo, bardzo bliska znajoma.

Zobaczyłam wczoraj Jej czarno-białe zdjęcie i potem ten tekst – Elżbieta Jagielska-Stećków odeszła rano. Dalej przez długą chwilę nie byłam w stanie nic przeczytać. Stałam przy oknie, gapiłam się na górki i łzy mi same leciały. No szlag i jasna cholera, a przecież się umawiałyśmy na kolejne koncerty, na Muzykę w Raju, bo jej obiecałam, że pojedziemy. Miała jeszcze przeczytać książki Leszka Hermana i miałyśmy pogadać o historii i literaturze jako ciekawej mieszance kulturowej. No i miałyśmy jeszcze coś tam robić.

Elżbieta Jagielska-Stećków, polonistka, była nauczycielka i dyrektor I LO, harcmistrzyni, kronikarka Kręgu Harcmistrzów, moja przemiła i jedna z najlepszych znanych mi osób odeszła. Wiedziałam, że chorowała. Przecież od lat zmagała się z problemami z chodzeniem, ale nie wiedziałam, że ostatnio bardzo ciężko. Ten cholerny covid sprawił, że widziałyśmy się rzadziej.

A przecież przez lata łączyło nas harcerstwo, ja przeszłam drogę od proszę druhny do Elu. Potem umiłowanie muzyki. Spotykałyśmy się od lat na różnych koncertach – po kościołach na symfonice, ale i na muzyce dawnej. Jak tylko ruszyła Filharmonia, to Ela bywała na niemal wszystkich koncertach. Jak już miała problemy z chodzeniem, to szła sobie wolniutko z tymi swoimi kulami i była. Bo jak mówiła – może ja się na tym za bardzo nie znam, ale to mi sprawia tak olbrzymią przyjemność, to mi daje tak dużo dobrych emocji, że zapominam o chorobie. Kiedy pytałam – jak się czujesz, zawsze mnie żartobliwie ofukiwała – A innych pytań już nie masz? Niekiedy razem wracałyśmy z koncertu – Ela do przystanku, ja trochę dalej, to ona zawsze mówiła, a nie musisz lecieć gdzieś dalej? Zawsze odpowiadałam, że dalej może poczekać, bo przyjemność spaceru z Elą była czymś pięć razy ważniejszym. Szłyśmy sobie wówczas wolniutko i gadałyśmy o książkach, o teatrze, o podróżach, bo przecież Ela objechała niemal cały świat. Tylko do Japonii nie dojechała i ostatnio, jak jej powiadałam o Tokio i Kioto mówiła, że tam to na pewno nie zdąży. Gadałyśmy o Jerozolimie, obie miałyśmy to samo zdanie o najważniejszych kościołach chrześcijańskiego świata, że są tak zaniedbane jak przysłowiowe kurniki. Zawsze mówiła, że muszę ją zabrać do Berlina, bo choć tam była, to dawno i musiałaby znów, a ja mogę jej to miasto pokazać.

Rzadko wracałyśmy do spraw harcerskich, bo to dla nas obu była już przeszłość, ale z czułością wspominała te czasy, kiedy szkoliła przyszłych zuchmistrzów.

Niezwykle czytana, na bieżąco z nowymi trendami w literaturze. Ostatnio rozmawiałyśmy o książce Radka Raka i jego nagrodzonej Nike książce „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”. I byłyśmy tego samego zdania, że to przepiękna stylizacja językowa jest. Zastanawiałyśmy się nad określeniem – mysięta. Takie to były nasze dziwne rozmowy.

Czas i boginie Parki są jednak mocno nieubłagane. Nie mogę się z tym pogodzić. Przecież miałyśmy jeszcze tyle rzeczy razem robić. Miałyśmy.

Rafałowi i jego rodzinie najszczersze słowa współczucia. Ech, moja ławka znów stała się krótsza. Tym razem starta jest bardzo, bardzo dotkliwa.

Elu, nie zapomnę cię na pewno. Będzie mi ciebie bardzo, bardzo brak.