W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Na szlaku »
Luizy, Włodzmierza, Zuzanny , 11 sierpnia 2020

Szlakiem niezwykłych postaci

2013-04-20

Przewoźnik przez rzekę, cygańska poetka, kolorowy człowiek, znany żużlowiec – to figury tych osób zaklęte w metal sprawiają, że Gorzów ma coś niezwykłego, jedynego i niepowtarzalnego. 

medium_news_header_3495.jpg

Warto się wybrać na szlak, aby poznać te osoby, a przy okazji spędzić atrakcyjnie wolny czas. Gorzów jest jedynym miastem w Polsce, który ma ten tak niepowtarzalną turystyczną trasę. Co prawda, jeszcze nieoznaczoną charakterystycznym paskiem, jak inne typowe szlaki turystyczne, ale wcale nie jest rzeczą trudną, aby nią przejść i przekonać się, że nad Wartą, Kłodawką i Srebrną żyli fascynujący, nietuzinkowi ludzie.

Woził przez Wartę

Trasę można zacząć w dowolnym miejscu. Ale my zaczniemy na Bulwarze Zachodnim (to ten od strony Wildomu). Tu na trawniku zacumowała łódka Ksenia, a siedzi w niej wysoki, szczupły mężczyzna w kaszkiecie. To Paweł Zacharek, legenda wodniaków gorzowskich, mityczny przewoźnik przez Wartę.

A było to tak. Paweł Zacharek sztuki pływania po rzekach na różnych łódkach nauczył się w Bydgoszczy. Po wojnie losy zawiodły go do Gorzowa. I cóż było robić w tym dziwnym mieście? Zaczął robić, to co umiał najlepiej, wozić ludzi przez Wartę. A powód do tego był znakomity. Nie było kolejowego mostu, a sporo ludzi chciało krótszą drogą, niż przez obecny most Staromiejski przeprawiać się na Zawarcie do centrum. Uruchomił więc przewoźnik stałą usługę przewozową. Korzystali z niej pracownicy Silwany, uczniowie, kibice żużlowi. Przejazd był bezpieczny, bo pod okiem doświadczonego wodniaka, niezbyt drogi. Przewoźnik był miły i życzliwy ludziom. Podczas zimowego postoju nie raz komuś życie uratował, kto nieopacznie spacerował po rzece skutej lodem (bo mieszkał z rodziną na barce – jak na prawdziwego wodniaka przystało). I tak pełnił tę jedyną w swoim rodzaju praco-służbę aż do 1965 roku, czyli do czasu oddania mostu kolejowego, kiedy obok toru w kierunku na Zbąszynek pojawiła się też piesza kładka. Wtedy Paweł Zacharek przeniósł się na inne barki, do innej pracy, też na rzece, w śródlądowej żegludze bydgoskiej. Ale wdzięczni gorzowianie nie zapomnieli legendy, człowieka, który pomagał im przedostawać się na drugi brzeg rzeki. I kilka lat temu społeczny komitet budowy pomników pod wodzą już zasłużonych dla miasta obywateli - mecenasa Jerzego Synowca i biznesmena Arkadiusza Grzechocińskiego rzeźbę ufundował. Dziś to jedno z najbardziej ulubionych miejsc na szlaku spacerowym gorzowian. Bo można przysiąść na ławeczce, popatrzeć na wodę. A na pytanie, dlaczego przewoźnik siedzi tyłem do Warty, też łatwa odpowiedź jest. Bo w łodziach wiosłowych ten, co ma wiosła w ręku, zawsze siedzi tyłem do kierunku jazdy. Autorką rzeźby jest Zofia Bilińska, znakomita gorzowska rzeźbiarka.

Ruszamy dalej, idziemy w kierunku do katedry. Po drodze mijamy pomnik pionierów, czyli orła z rozpostartymi skrzydłami na wysokim postumencie. Przechodzimy pod estakadą kolejową – tu rzut oka na śliczne grafitti i dalej przez skrzyżowanie idziemy do katedry.

Dobry biskup, co kazania długie prawił

Dochodzimy do południowej ściany najstarszej gorzowskiej świątyni i już patrzymy na postać biskupa Wilhelma Pluty, wielce zasłużonego gorzowskiego pasterza, który wiele dla Kościoła (redaktor, tak ma zostać) i wiernych uczynił. Na wysokim postumencie stoi biskup, u stóp ma swoje tarcze herbowe. Patrzy na nas zatroskanym, trochę surowym spojrzeniem, rękę ma wyciągniętą w półgeście – może błogosławieństwa, może lekkiego napomnienia.

Posąg odsłonięto 22 stycznia 2001 roku, w 15 rocznicę nagłej śmierci pasterza, w czasie, kiedy zaczął się jego proces beatyfikacyjny. Posąg wyszedł spod ręki krakowskiego artysty, prof. Czesława Dźwigaja.

Kiedy patrzy się na dobrego biskupa, warto pamiętać, że pochodził z Kochłowic na Górnym Śląsku, mówił świetnie po niemiecku, czytywał niewyobrażalne ilości literatury, napisał ogrom różnych prac naukowych, listów, podręczników dla katechetów i innych pracowników kościelnych. Był sygnatariuszem słynnego listu „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, jaki polski kler wystosował do Episkopatu Niemiec, był zdeklarowanym antykomunistą, człowiekiem dialogu polsko-niemieckiego. To on między innymi jako pierwszy przyjmował Hansa Beske, byłego mieszkańca Landsbergu, autora pojednania polskich i niemieckich mieszkańców nadwarciańskiego miasta.

A ci, co biskupa mieli okazję słuchać, wspominają jego długie, zaprawione dykteryjkami i dygresjami kazania. I wspominają go tymi oto słowy – Oj, dobry biskup był, tylko jak się na kazaniu rozgadał, to to trwało, i trwało, i trwało…

Maryśka z wiadrami

A my ruszamy dalej w drogę. Idziemy na Stary Rynek. Po drodze mijamy kaplicę św. Urbana, czyli zarys kaplicy oznaczony czerwoną cegłą w staromiejskim bruku (to tu kopała w zimowy chłodny czas archeolog muzealna Małgorzata Pytlak). Po drodze jeszcze rzut oka na sgrafitto na ścianie budynku na rogu ul. Obotryckiej i Mostowej. To świadectwo, że pracownię miał tu Jan Korcz (sgrafitto wyszło spod ręki znakomitego malarza Bolesława Kowalskiego) i na cegły fundatorów zachrystii i już w całej krasie przed nami oryginalna fontanna – Pauckschmarie. Kobieta z wiadrami i dziećmi u stóp to wierna replika słynnej fontanny, jaką Herrmann Paucksch podarował swemu ukochanemu miastu – tak, tak, Landsbergowi, dzisiejszemu Gorzowowi na swoje urodziny. Maryśka, bo i tak bywa pieszczotliwie nazywana przez gorzowian, była ukochanym miejscem spotkań landsberdżan. Nie przetrwała wojny. Figurę zdemontowano i chyba przetopiono na wojenne cele. I trzeba było aż przewrotu demokratycznego, pojednania Polaków i Niemców, aby powróciła na swoje miejsce. A za sprawą BAG, czyli stowarzyszenia byłych mieszkańców i ówczesnego prezydenta Henryka Macieja Woźniaka, którzy sprawę dogadali i Pauckschmarie wróciła tam, gdzie stała i zauroczała. Odsłonięto ją 2 lipca 1997 roku, w 740. urodziny miasta, w obecności potomków fundatora. To wówczas wyraźnie wzruszona szefowa byłych mieszkańców Landsbergu – Ursula Hasse-Dressing mówiła – Pokochajcie ją tak, jak myśmy ją kochali.

I stało się. W letnie miesiące fontanna jest oblężona przez dzieci i dorosłych. Gorzowianie też kochają Maryśkę z wiadrami, którą dla nas i niemieckich mieszkańców otworzyła Zofia Bilińska.

Ruszamy dalej, po drodze tylko rzut oka na Aleję Gwiazd, gdzie tablice w bruku mają wybitni luminarze gorzowskiej kultury (na razie tylko powojennej, ale kto wie, może za chwilę, też tej lansdberskiej).

Przechodzimy przez ul. Sikorskiego i już jesteśmy w urokliwej ul. Hawelańskiej.

Tam czarownica i człek z żelaza zachwycają

Tu po kilku krokach warto spojrzeć na ścianę przy księgarni, bo jest tu tablica poświęcona Włodzimierzowi Korsakowi, pierwszemu Łowczemu II Rzeczypospolitej, wybornemu pisarzowi i gawędziarzowi (jego rzeźba stoi aż w parku Górczyńskim i jest to wyprawa na inny dzień). I po chwili dochodzimy do Studni Czarownic. Nad suchą, bo bez wody, cembrowiną. wznosi się szpiczasty daszek, a na nim na miotle siedzi golutka czarownica. To symbol 17 landsberskich kobiet spalonych w latach 1563-1686 na stosach za rzekome czary.

W 1924 r. stanęła ona przy nowym landsberskim Ratuszu przy ul. Obotryckiej. Wówczas miotła się obracała i czarownica wskazywała skąd wieje wiatr. Po zawierusze wojennej, II wojny światowej, studnia popadła w zapomnienie. Aż przyszedł 1995 rok, studnię wyremontowano i ustawiono na skrzyżowaniu Wełnianego Rynku i Hawelańskiej. Czarownicę wyrzeźbiła Zofia Bilińska, pozowała jej piękna gorzowianka (imię znane autorce, ale nie wiadomo, czy modelka życzyłaby sobie, aby podawać). Dziś to jeden z zachwycających punktów miasta. Ale bywały takie czasy, że prawicowe organizacje za wszelką cenę chciał studnie usunąć, czego do dziś nie rozumieją kolejne pokolenia gorzowskich dzieci, które z upodobaniem wyciągają od rodziców grosze, aby do studni wrzucić.

No, ale na nas czas. Idziemy dalej Hawelańską. I po chwili wyłania się Śfinster, czyli żeliwny golas, który wyszedł spod ręki wybitnego rzeźbiarza Zbigniewa Frączkiewicza. Stoi na trawniku, zapomniany i popaskudzony przez ptasie odchody. Rzeźba, która sprawiła najwięcej chyba zamieszania w powojennym Gorzowie. Stała najpierw w tym miejscu na Wełnianym Rynku, gdzie dziś jest replika zabytkowej bimbki. Zasłaniana, opakowywana w różne habity, atakowana siekierką, aż w końcu ukradziona i zniszczona, doczekała się jednak rehabilitacji i skazana została na wygnanie. I miasto do dziś nie umie się pochwalić, ani wyeksponować tego, że ma pracę jednego z najbardziej rozpoznawanych i cenionych twórców naszych czasów. No cóż, warto zrobić zdjęcie, postać chwilkę i ruszyć dalej.

Malarzy dwóch cały czas tworzy

A nam trzeba dalej w drogę. Idziemy więc do przejścia przez ul. Jagiełły. Tu w Łaźni Miejskiej można wejść do holu, aby zerknąć na popiersie Maksa Bahra, fundatora tej przepięknej, utrzymanej w modernistycznym stylu Bauhausu, budowli. Warto też popatrzeć na tynki, bo w zależności od pogody mają różne nasycenie zielenią. Jak mocniej mokro, zieleń intensywniejsza, jak bardziej sucho, seledynki na ścianach się ścielą. Taka oto fajna zagadka budowlana i architektoniczna.

Ale my idziemy dalej ul. Dąbrowskiego. Na przejściu, przy księgarni św. Antoniego idziemy a lewo i po chwili już jesteśmy na zachwycającym skwerku nad Kłodawką. A tu najpierw widzimy wysoką postać w kaszkiecie, która przy sztaludze stoi i maluje pejzaż miejski, po chwili da się też zauważyć postać w kapeluszu siedzącą na kamieniu i też malującą ówże pejzaż.

Ten pierwszy, to mistrz Ernst Henseler, z Wieprzyc, wyborny malarz świetnie znany w Niemczech. Jego pejzaże nadwarciańskie do dziś zachwycają i dają świadectwo tego, jak się na Łęgach Warciańskich żyło do II wojny światowej.

Ten drugi, to mistrz Jan Korcz, pierwszy zawodowy artysta, który po II wojnie zamieszkał w Gorzowie. Z kolei jego pejzaże Gorzowa i okolic to pyszne świadectwo tego, że dawne style i techniki wciąż były i są obecne w sztuce. Bo nie bez kozery mówi się o nim, że  to ostatni postimpersjonista.

Tego pierwszego – mistrza Henselera wyrzeźbił Andrzej Moskaluk, także znakomity rzeźbiarz gorzowski. Nad drugim popracowała Zofia Bilińska. A postaci ufundował sprawdzony tandem Synowiec-Grzechociński. Jak przed laty tłumaczył mecenas Jerzy Synowiec, skoro się upamiętnia mistrza Jana, nie ma powodów, żeby nie pamiętać o mistrzu Henselerze. Obaj znani, obaj zasłużeni, obu szacunek się należy.

Jancarz cały czas w żużlowym cyrku

Ale na nas czekają kolejne postaci. Wychodzimy na ulicę Chrobrego i tu od razu skręcamy w lewo. Warto popatrzeć na prawo na willę powiatowego lekarza landsberskiego, dziś siedzibę Samorządowego Kolegium Odwoławczego. Bo jest to przykład rzadkiej pieczołowitości w sztuce remontowania starych kamienic. Idziemy dalej. Po drodze dwie zabytkowe, wpisane do rejestru zabytków kamienice z zachwycającym fasadami (ale spacer po kamienicach to na inną okazję).

Przechodzimy przy przystanku tramwajowym do ul Wybickiego, potem przez Wybickiego, 20 metrów dalej stoi jedyny taki na świecie pomnik żużlowca. Oto sam Edward Jancarz na motorze – w kewlarze, choć w jego czasach to raczej w skórze, motocykl złamany, jak po zakończonym biegu, jak do medalowego rozdania.

Rzeźba stoi u wlotu w ul. Strzelecką. Rzeźbiarz Andrzej Moskaluk wymyślił ją tak, że na siodełku za Mistrzem jest miejsce, aby mogło sobie tam przysiąść zachwycone dziecko, a jeszcze bardziej zachwycony rodzic, czy dziadek mógł zrobić zdjęcie. I tak się bardzo często dzieje.

Rzeźbkę, a właściwie solidną rzeźbę znowu ufundowali z pomocą przyjaciół i fanów speedwaya mecenas Jerzy Synowie i biznesmen Arkadiusz Grzechociński. Odsłonięto ją 3 grudnia 2005 roku. Było mroźne i śnieżne sobotnie przedpołudnie. Na tę chwilę przyszedł multum ludzi, byli ultrasi Stali, a jakże przy szalikach i z flarami. Byli starzy fani żużla, którym łezka się w oku kręciła, że mają znów mistrza obok siebie.

I do dziś tak jest, że pod akurat tą rzeźbką w ważnych datach – na 1 Listopada, urodziny Mistrza, data jego tragicznej śmierci, czyjaś troskliwa ręka zapali znicz, położy kwiatka. A jak już było wspomniane wcześniej – dzieci kochają tę postać i choć być może jeszcze nie wiedzą, kto to i co dla miasta znaczył, już ciągną rodziców – Do pana na motorze chodźmy - mówią.

Szymon, znów bez fajerki

Ale trasa jeszcze się nie skończyła. Od Jancarza ruszamy ul. Strzelecką. Piękna by była, gdyby o nią ktoś zadbał. Po prawej ręce niszczejący stary browar. Zachwyca wnętrzami. Ale wejść nie można. Po lewej nowe, bo z lat 60. XX wieku bloki. Dochodzimy do mostku na Kłodawce, mijamy park po prawej i dochodzimy do parkingu przy Parku 111. A tu czeka na nas ni mniej, ni więcej – Szymon Gięty, czyli postać Henryka Wnuka. Gorzowskiego oryginała, jedynego takiego na ziemi. To pierwszy znakomity gorzowianin, któremu tandem Synowiec-Grzechociński najwcześniej postawili rzeźbę. Do akcji włączyły się wówczas lokalna „Gazeta Wyborcza” i magistrat gorzowski. Na odsłonięciu były kiełbaski, bigos i dobra zabawa. Bo Szymon kawalarzem wielkim był. Dobry człowiek, dusza przyjazna każdemu, mistrz świata i okolic w toczeniu fajerki. Człowiek legenda, sam o sobie legendy opowiadał. Nie wadził nikomu, nikogo nigdy nie skrzywdził i nadawał koloru Gorzowowi w czasach komuny. Nie był kloszardem. Nie żebrał, nie mieszkał pod mostem. Był inny. Ale też był znakiem tego miasta. Znakiem, że nie tylko inteligencja techniczna i robotnicy tu mieszkali. Był znakiem tego, że dla kolorowych ludzi, z inną filozofią świata i wydarzeń też było tu miejsce. I dlatego znakomity duet fundatorów to docenił, uszanował i tak uhonorował. I za to między innymi miasto nasze słynne w turystycznym świecie jest.

Niestety, ostatnimi czasy, jakieś złe ręce znów rzeźbkę okradły i Szymon stoi z wyciągniętą dłonią. Chuligan skradł fajerkę. I po co mu ona była? Tego nie wie nikt.

Ona tu wróżyła

No i wolniutko zbliżamy się do końca wycieczki szlakiem niezwykłych postaci. Idziemy w prawo od pomnika, ulicą Sikorskiego. Warto na wysokości Parku 111 popatrzeć na drugą stronę ulicy. Stoi tam kamienica z siedzibą Batawii – dawna loża masońska – jeszcze wewnątrz zachowały się elementy zdobnicze z tamtych lat (ale o tym przy innej wycieczce). Idziemy dalej. Mijamy śluzę na Kłodawce, przez gorzowian zwaną wodospadem i już mamy wejście do parku Wiosny Ludów, czasami zwanego Parkiem Róż (redaktor, tak ma być).

Tu trzymamy się lewej strony alei i po chwili jest. Siedzi Papusza, czyli pomnik Bronisławy Wajs-Papuszy, wybitej, najsłynniejszej cygańskiej poetki, twórczyni, której wiersze do cały czas zatrzymują oddech, trzymają przy tekście, a to rzadko się zdarza.

Rzeźba wyszła spod ręki Zofii Bilińskiej. Przedstawia najsłynniejszą romską poetkę; nieszczęśliwą, choć na swój sposób piękną kobietę, która przez to, że tu mieszkała, rozsławiła to miasto.

I warto też wiedzieć, że ona w tym parku wróżyła. W najbardziej tradycyjny ze sposobów w cygańskiej społeczności zarabiała na życie. Pięknie o tym piszą Kazimierz Furman i Zdzisław Morawski.

I tu kończy się nasz spacer. Niespiesznym krokiem potrzebujemy około 1,5 godziny. Jeśli zatrzymamy się na dłużej przy poszczególnych rzeźbach, wpadniemy na kawę do Śnieżki, to liczyć trzeba około trzech godzin. Ale jak jest dobra pogoda, warto. Tym bardziej, że niezwykle niepospolici to byli ludzie. I dlatego niezwykle niepospolite to miasto jest.

Renata Ochwat

Korzystałam tu  z pomocy z książek Krystyny Kamińskiej: Gorzów Wielkopolski, i druga: Gorzów Wielkopolski. Miasto na siedmiu wzgórzach.