W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Na szlaku »
Luizy, Włodzmierza, Zuzanny , 11 sierpnia 2020

Do wsi, której już nie ma

2013-05-31

Nie macie pomysłu na sobotę lub niedzielę? Świerzbią was nogi? No to wybierzcie się na wędrówkę – niezbyt długą, ale piękną. I to w okolicach Gorzowa – do Marzęcina, wsi, której nie ma, a jednak jest.

medium_news_header_3878.jpg

Trasa jest prościutka i w dodatku dobrze oznaczona. Trzeba tylko czasem podejść na rozdrożu parę metrów i obejrzeć się za siebie, bo na początku idzie się pod prąd, tak jakby oznaczający szlak założył, że tylko w jedną stronę się idzie. Całość zajmie około czterech do pięciu godzin, ale to my narzucamy sobie tempo marszu i czas na fotki, więc równie dobrze może i godzinę dłużej.

Zaczynamy w Kłodawie

Droga liczy około 15 km i zaczyna się w Kłodawie – Kolonii. Dojechać można autobusem, lub też można poprosić znajomych, co by dowieźli (a zawsze się tacy znajdą). W Kłodawie - Kolonii od razu skręcamy w prawo, tu zresztą stoi tablica, że jesteśmy na terenie Barlinecko-Gorzowskiego Parku Krajobrazowego i po kilku metrach tylko się upewniamy, czy na pewno jesteśmy na dobrym szlaku. Świadczą o tym znaki – szlak kijkowy. Niestety – oznaczony tylko w jedną stronę, na razie w przeciwną do naszej. No i tak sobie spokojnie idziemy drogą, która jest dość dobrze widoczna. Trasa wiedzie pięknymi lasami grabowo-sosnowymi. Po drodze można się zauroczyć oparzeliskami, czyli podmokłymi (lekko cuchnącymi – to prawda, ale co to dla nas, zaprawionych w bojach turystów) miejscami, które są po prostu cudne. A że cuchną, no cóż trudno. I tak w niemym zachwycie pokonujemy około 2,5 km. Aż w końcu szlak nas wyprowadza do asfaltu. To prawda, rzadko się zdarza, ale jednak. Trzeba pokonać wstręt do cywilizacji i przejść poboczem drogi łączącej Barlinek z Gorzowem - około 700 m. Idziemy lewym poboczem – kwalifikowani turyści, do których i my się zaliczamy, albo też chcemy się zaliczać, tak robią. Pokonujemy zakręt w lewo, zostawiamy za sobą wskaźnik kierujący nas na prawo do Łośna i idziemy jeszcze kawałeczek dalej. Aż w końcu widzimy dużą tablicę z napisem Barlinecko-Gorzowski Park Krajobrazowy. I tu właśnie skręcamy, niemal pod kątem prostym, w lewo. Wygodna droga wyprowadza nas do jeziora Grabino, zwane przez gorzowian jeziorem Gołębim. Tu zawsze są ludzie. Jak jest sezon na kąpiele i plażowanie, bywa tłoczno. Jak jest chłodno, nie bywa źle. Zawsze natomiast można spotkać pana Dariusza Żołądziejewskiego, który też lubi latać po okolicy. Rzecznik komendanta wojewódzkiego Państwowej Straży Pożarnej lubi sobie bieganiem i marszem ubarwić niedzielę (no chyba, że jest żużel o dziwnej godzinie, to go nie ma). Pożyczmy mu dobrej drogi, odpocznijmy chwilę i znów na szlak.

Trzymamy się szlaku

Odpoczywamy chwileńkę niewielką, lub też całkiem sporą, w wiacie, która jest najwyżej położona nad plażą. Też zresztą niewielką. Nawet deszcz, czy mżawkę tu spokojnie można przeczekać, trzeba usiąść i napić się herbaty z własnego termosu, który się niesie w plecaku. Po chwili odpoczynku ruszamy dalej w drogę. Za wiatą idziemy kawalątek, jakieś 150 m po skosie. (Wydaje się, że na północ. Ale kompasu nie mamy, więc na los szczęścia Balatarzarze) – bez wchodzenia w dobrze oznaczone dukty i już jesteśmy na dużej leśnej drodze. Tu odbijamy w prawo i idziemy cały czas prosto. Szlak jest bardzo dobrze oznakowany – znaczy trzeba głowę czasem odwrócić, aby się upewnić. Bo znaki, jak pisałam już wcześniej, w jedną tylko stronę prowadzą. Po drodze oparzeliska, cudne rośliny, no cała przyjemność wędrówki.

Jak ktoś chce, to może liczyć dukty. Na piątym, bowiem trzeba skręcić w lewo – znaki są, tylko trzeba ich poszukać. No wiecie, turysta ufa mapie i kompasowi, ale czasami trzeba sobie pomóc. I jak już jesteśmy na tej drodze – jest wygodna, szeroka i cały czas prowadzi cudnym lasem, to już myśleć nie trzeba. Ot idziemy aż do bruku.

Leśniczówka zostaje za nami

Przy wejściu na bruk znów widzimy tablicę z napisem, że jesteśmy na terenie Barlinecko-Gorzowskiego Parku Krajobrazowego. Tu wywijamy w prawo i po chwili widzimy cywilizację, czyli leśniczówkę Gośniewiec. To ciekawy zespół budynków, zachowany zresztą, jak tradycja nakazuje, od końca XIX wieku. Tablica na bramie ostrzega, że pilnuje obejścia ostry pies. Ale pogapić się można, i trzeba zresztą, zwłaszcza na budynki gospodarcze, bo one tak naprawdę wyglądają, jak kiedyś. A że w dobrej kondycji są, to tylko Lasom Państwowym należą się słowa uznania.

Ignorujemy (na razie – bo cóż to za szlak tylko 5 km) znaki zapraszające do Azylu Mironickiego i dalej idziemy brukiem. Po około 700 metrach dochodzimy do skrętu w prawo. Prowadzą nas tam znaki szlaku kijkowego. Idziemy więc.

Do leśniczego i dalej

Szlak wchodzi w lasy sosnowe, to tak swoją drogą, niebywałe doświadczenie dla mieszczucha. Rzeczywistość pachnie, płuca oddychają i nareszcie idziemy po znakach. Weszliśmy na ten kierunek, który nam wyznaczający szlak nakazał. Po drodze można zobaczyć przepiękne rośliny – ja nie wiem, co to jest, ale zauroczona bardzo jestem. Potem drodze mijamy Kanał Kłodawski – intrygujący ciek wodny. Za każdym razem będzie nam się ukazywał. Piękny jest.

No i po kilku kilometrach, jakichś dwóch, dochodzimy do pomnika leśniczego Hermana Schultza, który w 1923 roku nakrył kłusowników z pobliskiego Łośna. Nie pozwolił im kłusować – znaczy zabijać saren. Pobili go straszliwie, dotarł cudem jakimś do swojej leśniczówki, czyli do Gośniewca i tam zmarł. Na szczęście dożyliśmy takich czasów, że wolno o tym mówić. Jak już w tę trasę się będziecie wybierać, weźcie znicz. Warto lampkę tam zapalić.

No i w końcu Marzęcin

Idziemy dalej. Prosty, wygodny szlak wiedzie. Znaki są. Za kilkanaście minut widać w lesie kwitnące bzy (jak w maju tam pójdziecie – przewodnik mówi – no tak, bzy kwitną, znaczy w jakiejś wsi jesteśmy, nie w lesie). Jesteśmy we wsi, której nie ma. Bo od 1945 roku jej nie ma. Ale jest. Bo jest pomnik poległych mieszkańców podczas I wojny, tych, którzy walczyć musieli. Leży zresztą ten monument, jakby spał. Jest także lapidarium troskliwą ręką kłodawskich leśniczych dozorowane. Dbają, aby nekropolia, dawny cmentarz był utrzymany jak należy. I za to im chwała wielka.

Lapidarium, bo tak to miejsce oficjalnie się nazywa, zachowało się nad brzegiem jeziora, stawu raczej. Tu był ewangelicki cmentarz. Jest także Źródło Marii - bijące pyszną, lodowatą wodą tuż przy ruinach młyna wodnego oraz kawałek dalej, przy leśnej drodze, samotny grób małej dziewczynki. W 2007 r. grób odrestaurowano staraniem dzieci z klasy VI b SP w Kłodawie. Wieś kiedyś była całkiem spora. Za czasów Fryderyka II w miejscowej kuźnicy, napędzanej kołem wodnym o średnicy ponad 3 m, produkowano rozpryskowe pociski artyleryjskie - kartacze.

W 1939 roku mieszkało tu 133 ludzi. Niestety, w 1945 r. metodycznie, dom po domu, spalili ją rosyjscy żołnierze. Nikt się tu później nie osiedlił, a resztki domów, na początku lat 80. minionego wieku – znaczy XX. Mimo że wioska formalnie nie istnieje, łatwo się po niej poruszać. Wszędzie prowadzą kierunkowskazy – „do lapidarium”, „do ruin młyna”, „do źródła Marii”. Tylko zamiast budynków jest wysoki las. Ale to miejsce jest, cały czas żyje, dzięki leśnikom kłodawskim i turystom, którzy lubią tu przychodzić, bo miejsce czarowne jest.

Po chwili …

Po zadumie i zamyśleniu w tym pięknym miejscu (mnie wzrusza, no cóż, tak bywa) ruszamy dalej. Szlak, już dobrze oznaczony, wyznacza nam drogę. I nie trzeba się oglądać za siebie i liczyć duktów. Po kilku kilometrach już widać jeziorko Leśne. I można dalej iść uładzoną drogą – w lewo, bo tak szlak nakazuje, ale polecam zejść nad brzegi przejść te 1500 m wzdłuż jeziora – też około 1000 m. Warto, bo doznania są jedyne w sobie. Potem jeszcze jakieś 500 m i jesteśmy w gościnnym Azylu Mironickim u Małgosi i Roberta Rossowskich. Warto na chwilę tu wejść. Usiąść, pomyśleć nad drogą. Napić się kawy i pozazdrościć, że ktoś mieszka w tak czarownym miejscu. Ja tam wracam, dla dróg, które są. Dla zieleni drzew, dla cieków wodnych, jak przewodnicy mówią, dla radości przejścia kawałka drogi. Myśli w głowie się porządkują, nogi odpoczywają, no sama radość.

Stąd mamy dwa wyjścia. Albo przyjaciele nas odbiorą (moi lubią to miejsce, więc nie ma problemu), albo pójdziemy dalej, ze 2 km do przystanku do Kłodawy, i poczekamy na autobus do Gorzowa, jak nam się poszczęści, to nawet prędko.

Renata Ochwat

P.S. W wędrówkę wyruszyłam razem z Klubem Turystyki Pieszej Nasza Chata a przewodnikami byli Michał Żytkowski i Stanisław Żytkowski i obu za czarowne chwile na szlaku dziękuję. Jak zresztą i Naszej Chacie, bo z nimi jest zawsze super i czarownie.

1-oparzelisko.jpg
2-park.jpg
3-szlakkijkowyznaki.jpg
4-roslinapiene-jest.jpg
5-turysciwdrodzedi-marzecina.jpg
7-marz-ecin-lapidarium.jpg
jeziorgrabinoo.jpg
kanalklodwaski.jpg