W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Na szlaku »
Luizy, Włodzmierza, Zuzanny , 11 sierpnia 2020

Turystyczny raj za rogatkami miasta

2013-06-06

Tylko nieliczni wiedzą, że tuż pod bokiem mają krainę czarowną, pełną wody, kwiatów, ptaków i ostępów leśnych. Nic, tylko chodzić zachwycać się i zabierać znajomych. Będzie o Kłodawce i troszeczkę o Marzęcinie.

medium_news_header_3941.jpg

Wszyscy gorzowianie wiedzą, że jedną z osi miasta wyznacza rzeczka Kłodawka. Płynie przez centrum miasta, czasami nad nią można spotkać wędkarzy. Polują na pstrągi rzeczne i te rybki, którym ze stawów hodowlanych uciec się uda. No i właśnie szlakiem stawów warto się wybrać. A doznania są niezwykłe.

Gdzieś w lesie, gdzieś niedaleko

Jak tam dotrzeć? To miejsce wymarzone dla wędkarzy i turystów. Nazywa się łowisko Kabatki. Leży w południowej części Barlinecko-Gorzowskiego Parku Krajobrazowego, na pograniczu województw zachodniopomorskiego i lubuskiego. Trafić do niego jest i trudno i łatwo. Zależy, jaki sposób dotarcia się wybierze. Zmotoryzowani, jak mają takie szczęście, że w ekipie do samochodu znajdą się fani wędkowania w stawach hodowlanych i turyści, pojadą samochodem – to niecałe 30 km od Gorzowa. Piesi – jakoś dotrą do Mironic, a właściwie Azylu Małgorzaty i Roberta Rossowskich (też miejsce wymarzone – i o tym przy inne okazji, całkiem odrębnej) i dalej pójdą pieszo.

Więc najpierw dla zmotoryzowanych. Najlepiej zmontować taką ekipę, gdzie część będzie chciała łowić ryby, a część łazić po lesie i nie tylko. Trzeba dojechać do Kłodawy, tu skręcić na Mironice, pojechać wedle wskaźników do Azylu, zignorować skręt w lewo i dalej brukówką jeszcze trochę kilometrów, ale nie dużo, cały czas na północ, aż w końcu pojawi się wskaźnik – do rybakówki Kabatki. Inna droga – też zresztą niezbyt komfortowa, wiedzie w taki sposób: drogą z Gorzowa do Łubianki i tu też trzeba uważać na wskaźniki – rybakówka lub łowisko Kabatki i znów brukówką do czarownego miejsca się dojeżdża. Na dzień dobry witają szczekające psy. Ale odseparowane są od wędkarzy i turystów. I tu grupa się dzieli. Ci, co chcą moczyć kije, zostają, ci, co chcą połazić po przepięknym, czarownym terenie idą dalej.

A teraz dla piechurów

Ci mniej zmotoryzowani mają taką opcję. Dojechać muszą do Mironic, do Azylu Małgosi i Roberta Rossowskich. Tu muszą zostawić autko i pójść prostą drogą do Marzęcina. Zajmuje to około godziny. To jest od Azylu do Mierzęcina i potem też około godziny. W Marzęcinie – w tej wsi, co jej nie ma, a jest, wychodzą na węzeł dróg. Trzeba wybrać taką, co wiedzie prosto i leży między planszą z historią wsi, skrótową zresztą wsi, a pomnikiem poległych mieszkańców Marzęcina w I wojnie światowej. Na wprost do drogi do lapidarium to jest. No i tą – wygodną zresztą drogą - cały czas prosto. Po jakiejś godzinie i kwadransiku wychodzimy na bruk. Na tym bruku w lewo i po chwili dochodzimy do czerwonej tablicy z napisem Nadleśnictwo Barlinek i informację, że teren jest monitorowany. I już widzimy wygodną drogę – leśną, ale taką, że chce się wejść. Wywija w prawo.

Kabatki – miejsce wymarzone

No i wchodzimy. Po lewej coś płynie. To coś, to nasza Kłodawka. Tak, tak, nasza miejska rzeczka. W perspektywie coś błyszczy, jakaś większa stojącą woda. To staw. Pierwszy z wielu. Bo przyjmujemy opcję – trzymam się rzeczki, mamy ją cały czas po lewej. Ignorujemy poprzeczne groble. I cały czas nas na tym brzegu coś nas zachwyca. A to roślinki, a to jakiś listek, a to wartki nurt – bo wszak Kłodawka status górskiej rzeki ma i chyba się należy.

Idziemy dalej, a po prawej… A po prawej rozciąga się kraina magiczna. Stawy, zasilane zresztą przez Kłodawkę, układają się w miejsce czarowne. Są nieregularne, z groblami, wyspami. Rzeka kilka razy się spiętrza. Nie, to ludzie ją spiętrzyli. Jest bystra, czasami widać na niej żółte grążele – cudnej urody wodne kwiaty (jak wiosną idziemy). Brzegi porastają kosaćce żółte, czyli dzikie, łąkowe irysy. Za chwilę, za jakiś czas kolejny staw, a na nim białe piękne kwiaty – to grzybienie białe, zwane liliami lub nenufarami. I to jest rzadkość, bo te kwiaty to raczej na stawach hodowlanych rosną. Kolejny zakręt grobli, kolejny zachwyt. Bo znów widzimy następną magiczną krainę utkaną z wody, lądu, ptaków, roślin, żabek, i wszystkiego, co stanowi o odrębności tej krainy.

No i tak w niemym zachwyceniu, dochodzimy do końca tych stawów. Jest szlaban z groźnym napisem – Część hodowlana, nieuprawnionym wstęp wzbroniony. Ale my nic złego nie zrobiliśmy. Więc wychodzimy na drogę. Stojąc twarzą do stawów  - marzenia turysty, mamy po prawo mostek i drogę. Nie, my ruszamy w lewo i po chwili skręcamy w las. Po jakichś 10 metrach. I teraz już nie ma szlaku. Teraz tylko na los szczęścia Baltazarze. Idziemy mocno pofałdowaną krainą. No cóż, III zlodowacenie na tych terenach całkiem młode było i zostawiło po sobie jary i wądoły. W kącie prawego oka cały czas mamy wodę – te stawy. One się oficjalnie nazywają Stawy Kroczkowe Karsko – tak właściciele rybakówki Kabatki je nazwali. Niech się one nazywają, jak chcą. Dla nas to przepiękna kraina i tak blisko Gorzowa. Idziemy bokiem moreny czołowej III zlodowacenia, porośniętej przez lasy grabowe głównie. Uf, jakie to szczęście, oddychamy od monokultury sosnowej. Po dłuższej chwili, po pokonaniu różnych jarów, położnych przez naturę drzew, cały czas w prawo z widokiem na wodę, dochodzimy do tego samego punktu. Z którego wyszliśmy. Zajmuje nam to około 1,5 godziny. Więcej, jeśli fotografujemy.

Wracamy w różny sposób

Zmotoryzowani – muszą oderwać od wędek przyjaciół. Jadą tak samo. Ale co więcej, już w swoich GPS-ach szukają dogodniejszej drogi, bo cudnie tu jest.

Niezmotoryzowani – wracają, w taki sam sposób, jak przyszli, bo drogi po przeciwnej stronie Kłodawki, po prawo od naszego szlaku do tej pory, nie jestem w stanie opisać tak, aby wracający nie pobłądzili. Można, owszem, minąć rybakówkę Kabatki i pójść w dół wzdłuż Kłodawki i jezior oraz stawów, jakie ona tworzy – a jest, na co patrzeć, oj jest. Potem jedną z kilku grobli przejść na lewo i już rzeczywiście wygodnym szlakiem dotrzeć do Azylu Małgosi i Roberta Rossowskich, gdzie czeka na nas autko. Ale to wymaga determinacji. Zapewniam, pobłądzić nie można, jeśli się przyjmie za wyznacznik wodę – brzegiem rzeczki (panie Boże, jakiej rzeczki), cieków wodnych przez nią tworzących, jezior i stawów i dojedziemy do celu. A jak będzie po deszczu, to utoniemy w wodzie. Ale co to dla nas, turystów, którzy lubią się szwędać. A naprawdę warto sobie zadać trudu, bo widoki i doznania takie są, jak na Mazurach, nie przymierzając, lub w meandrach Biebrzy. I trudno uwierzyć, że to u nas, tuż pod Gorzowem. Ano trudno.

No i glosa do Marzęcina

Tak, czy inaczej do Marzęcina trafić trzeba. Piesi muszą, zmotoryzowani mogą. O wsi napisałam jakiś czas temu. A teraz glosa, opowieść pana Stanisława Miklaszewskiego, grzybiarza i jednocześnie naszego redaktora od spraw różnych, który usłyszał ją 40 lat temu od nieżyjącego już dziś leśniczego. Tak ona brzmi.

Wiosną 1945 roku, w jednostce na Myśliborskiej stacjonowała radziecka jednostka wojskowa.  Dwóch oficerów spod czerwonej gwiazdy wybrało się rowerami na „panienki” właśnie do Marzęcina. Tam zaskoczył ich żołnierz Wermachtu (dezerter?) i jednego z randkowiczów zastrzelił w łóżku swojej frau. Drugi wrócił do Gorzowa, podniósł alarmem swoją baterię haubic 152 mm i ogniem na wprost zmiótł z powierzchni ziemi właśnie Marzęcin. Myśliwi, z Wojskowego koła Łowieckiego Orzeł potwierdzają tą historię opisami lejów po wybuchach, które z latami zarosły.

Renata Ochwat

P.S. Może z Marzęcinem wiążą się jeszcze jakieś legendy? Może z Kabatkami też. Piszcie do mnie do echogorzwa.pl. Sprawdzimy, napiszemy, razem będziemy tworzyli magię naszych okolic.

A w drogę do cudnych Kabatków zabrał nas, mam na myśli Klub Turystyki Pieszej Nasza Chata pan Stanisław Żytkowski i znów ukłony wielkie, zarówno przewodnikowi, jaki i szefowej klubu Małgorzacie Szymczak, której zdjęcia przedstawiamy.