W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Na szlaku »
Anity, Elizy, Mirona , 17 sierpnia 2018

Tu spotkasz coś niesamowitego

2017-12-30

Chiapas uważany jest za najbardziej indiański stan Meksyku, chociaż pod względem odsetka ludności indiańskiej jest dopiero piąty. Ale i najbardziej zbuntowany, i najbardziej zdecydowany bronić spraw Indian. Zbuntowany jest wobec rządu, władzy jakiejkolwiek. I tak już jest od zarania.

medium_news_header_20536.jpg
Butelka najpowszechniejszego w Meksyku trunku- mezcalu.

Mieszkających tu Majów oraz Indian Chiapa nie udało się całkowicie podbić Aztekom. Hiszpanie potrzebowali aż 6 lat, by podporządkować sobie ten kraj w latach konkwisty, ale także nie zdobyli go do końca. Walki trwały ciągle. W 1712 roku wybuchło wielkie powstanie przeciwko niewolnictwu. Chiapas dopiero w 1842 roku został włączony do Meksyku. Cały wiek XIX, to także nieustanne wojny i walki. W XX wieku było niewiele lepiej, ale coś tam obiecywano, coś tam zrobiono, lecz niedużo. W końcu miarka się przebrała. W 1994 roku wybuchła regularna wojna między armią federalną a ruchem zbrojnym zapatystów.

Zapatyści zdobyli kilka miast, magazyny wojskowe. Ale ten ruch rewolucyjny nie miał i nie ma na celu zdobycia władzy politycznej, ale dąży do poprawy sytuacji ekonomicznej Indian.

Po 2 latach walk otwartych i „nieoficjalnych”, nastąpił rozejm, jednak napięcie wyczuwa się do dzisiaj. Sami odczuliśmy to, gdy w pewnych miejscowościach proszono nas, by nie robić zdjęć.

Ale z drugiej strony nijak nie przeszkadzało nam owo „napięcie”, by wieczorami wyjść na tzw. miasto. Lubimy z Ewą ten wieczorny, latynoski klimat. W centrach miast, na zocalo, pełno zawsze ludzi, gwar, z kiosków muzycznych dobiegają dźwięki melodii, na placach i ulicach ludzie się bawią, grają i śpiewają zespoły uliczne… A to, że jesteśmy zewnętrznie różni, nikomu nie przeszkadzało. Nam też.

To nie „tolerancyjna” Polska, gdzie nieoficjalnie wspiera się ksenofobię i zachowania rasistowskie. Mając inny kolor skóry, w Polsce nie czulibyśmy się komfortowo. Tutaj nie było takich obaw.

Pewnego wieczoru, po rzęsistej ulewie, wybraliśmy się do baru – restauracji na polecanego przez miejscowego przewodnika „płonącego”, cynamonowego drinka, który tylko tam można wypić. Ot, pretekst, by pójść „w miasto”. A było to na kolejnym „przystanku” naszej liczącej cztery tysiące kilometrów eskapady przez Meksyk w San Cristobal, cudownym mieście wspaniałej architektury kolonialnej, jednego z centrów zapatystów.

Od hotelu do baru nie było daleko, jakieś 2 kilometry, może ciut więcej, ale droga nie była ani prosta, ani łatwa. Nie była prosta, bo wymagała przejścia przez kilka przecznic i skręcania w prawo, w lewo, ale przewodnik tak nam obrazowo wytłumaczył jak dojść, że o zgubieniu się nie było mowy.

W razie czego można zapytać. Tylko kogo? I jak? Zwykły hiszpański, a nie meksykański, tu nie pomoże, o angielskim można zapomnieć, a najczęstsi goście z Europy jacy tu goszczą, czyli Włosi i Francuzi, pojawią się dopiero w sezonie, a więc za jakieś trzy miesiące. Amerykanie zaś, poza stolicą i Cancun, Meksyku boją się jak ognia.

A z kolei droga do baru nie była łatwa, bo po wąskich chodnikach źle się szło tym bardziej, że obok sunęły powolutku samochody, by nie zachlapać przechodniów. Może nie tyle sunęły, co płynęły. Wysokie krawężniki po obu stronach wąskich ulic dość skutecznie bowiem trzymały między sobą potoki płynącej po ulewie wody.

Jednak zasadniczy problem powstawał, gdy trzeba było przejść przez ulicę na drugą stronę. Bardzo wysoki krawężnik, to raz, i głęboka do kostek woda na ulicy, to dwa. Nie muszę dodawać, że do celu doszliśmy w przemoczonym obuwiu, którym na szczęście były sandały, więc przynajmniej nie chlupało. A skarpet na takich wyprawach nie używamy. Nawet w dżungli.

Po drodze widzieliśmy jak Meksykanki zamiatały wodę na placach i chodnikach, by osuszyć miejsce pod płachty, na których rozłożą towar. Na czas ulewy wszystko zostało sprawnie zwinięte i gdzieś pochowane. Mimo późnej pory, a było już około godziny 21 (w tym dniu wieczorna ulewa się przedłużyła), nikt nie zamierzał zwijać handlu. Gdy po 2 godzinach wracaliśmy, wieczorne życie kwitło w najlepsze z udziałem nawet uwijających się wokół dzieci.

Bar nazywał się jakoś tak rewolucyjnie, a oznaczony był flagą zapatystów, czyli czerwoną gwiazdą na czarnym tle. W środku tłum przy barze, tłum przy stolikach, gwar… Atmosfera niemal jak z westernów, których akcja toczy się w saloonie na amerykańsko – meksykańskim pograniczu. Goście z reguły pili mezcal, najpopularniejszy trunek w Meksyku i zagryzali go suszonymi świerszczami lub żywymi gąsienicami (gusanos), które to przysmaki próbowaliśmy przy innych okazjach.

Rozejrzałem się po sali. Jedno krzesło było wolne. Podeszliśmy bliżej i wtedy ktoś uprzejmy podsunął drugie. Pojawiła się kelnerka. Wymieniłem jak najbardziej umiałem po hiszpańsku nazwę owego drinka. Pani skinęła głową i poszła. Zauważyłem, że rozmawiała z jakimś olbrzymem przy barze pokazując na nas.

W lokalu robiło się coraz gęściej. Przybywali nowi goście. Zaczynały się godziny szczytu. Kelnerka znów podeszła do nas i poprosiła mnie do baru. Olbrzym popatrzył na mnie z góry, bo inaczej nie mógł, skoro był o głowę wyższy i zaczął po meksykańsku (język hiszpański jest tylko bazą dla meksykańskiego). Mówił szybko i kompletnie niezrozumiale. Ani jednego słowa nie mogłem wychwycić…

- I,m sorry, I don,t understand… - przerwałem

Przeszedł na angielski w wersji Chiapas. Też niewiele zrozumiałem, ale wystarczająco dużo, by odpowiedzieć, że dobrze. Zapraszał nas na górę, nad główną salę. Ale nie zrozumiałem dlaczego…

Podszedłem do Ewy:

- Chodź, idziemy na górę…

- Na jaką górę?

- Nie wiem. Ale wiem, gdzie to jest…

- Gdzie?...

- O, tam – pokazałem ręką na sufit- Idziemy…

- Słuchaj. Jest noc, prawie same chłopy wokół, nic nie rozumiemy o co im chodzi, a ty sobie żarty strugasz. Ot, proszę- gdzie ta „góra”, a tam, na górze…

- Ale musisz przyznać, że jest fajnie…

- No jest…

- No to idziemy…

Wstaliśmy, było gracias do tego, co nam krzesło podsunął i poszliśmy na schodki za barem. A schodki kręte i ciemne. Tak w połowie schodowej wspinaczki Ewa spytała mnie jeszcze, czy ja na pewno wiem, dokąd idziemy. Odpowiedziałem, że wiem – na górę. Więcej pytań nie było.

Co znaczy zaufanie do męża. Na górze była mniejsza sala, którą zobaczyliśmy, gdy na naszą cześć zapalono mdławe światła. Nie za dużo, ale trochę było widać.

No i sprawa się wyjaśniła. Zamówiliśmy bowiem drinki, które przed wypiciem płonęły wielkim ogniem. A na dole było za dużo ludzi na ten drinkowy ogień. Jeszcze by się kto zajął i lokal trzeba by było ratować.

Chociaż napisy na ścianach były na przykład takie: Podajemy rewolucyjne drinki! Albo: Nigdzie tego nie przeżyjesz, tylko u nas. Albo: Tu spotkasz coś niesamowitego.

No i spotkaliśmy. A drink składał się z tequili, rumu, kawowego likieru, wody mineralnej, czegoś już bardzo meksykańskiego o smaku cynamonu, był podpalany, następnie, by ogień zwiększyć, był posypywany z odległości zgranulowanym cynamonem, który zapalał się wybuchowo.

Przewodnik ostrzegł nas, że po jednym drinku świat jest piękny i można spokojnie żyć, a na pewno z lokalu wyjść i trafić gdzie się chce. Po dwóch drinkach zaczyna się tracić wzrok, bo oczy zachodzą mgłą rozkoszy, a nogi nie mają siły się ruszać.

Po trzecim jest tak dobrze, że nie czujesz już nic. Postronni mówią, że wyciąga się takiego wielbiciela owego drinka spod stołu. Lokal jest czynny do godziny 3 w nocy, więc od tejże godziny leżelibyśmy na ulicy. Czemu nie? Tyle, że bruk i twardo…

Pomni tych słów, wypiliśmy po jednym. Smakowało. W dolnej sali orkiestra grała na całego. W drodze powrotnej, na ulicach, orkiestry też grały na całego, kwitł handel, tu i owdzie dały się słyszeć śpiewy…

San Cristobal się bawił… A jutro dzień powszedni… A komu to przeszkadza? Niech sobie będzie.

Marek Bucholski

Fragment książki „podróże duktami historii”