W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Na szlaku »
Ambrożego, Florentyny, Gawła , 16 października 2018

Zielone góry Meksyku z blokadami

2018-01-17

Meksyk ma kilka pasm górskich… W swej wędrówce przez ten kraj mieliśmy styczność z dwoma pasmami górskimi.

medium_news_header_20692.jpg

Z Sierra Madre Południową (Sierra Madre del Sur) ciągnącą się od stanu Guerrero na północy po przesmyk Tehuantepec (najwęższe miejsce między Pacyfikiem a Atlantykiem) i z górami Sierra Madre de Chiapas ciągnącymi się od stanu Oaxaca (czyt. łahaka) przez stan Chiapas po Gwatemalę, Honduras i Salwador.

Oba łańcuchy górskie są bardzo dzikie i praktycznie bezludne. Przemierzyliśmy przez nie setki kilometrów tylko od czasu do czasu napotykając jakąś zagubioną wioseczkę.

Góry są bardzo zielone, co w tym klimacie nie powinno być zaskoczeniem, ale sprawiają wrażenie ciemnych. Bardzo często, spośród ich bujnej zieleni, wyrastają kępy, a czasami wręcz gaje, pnących się wysoko, strzelistych i jasnozielonych kaktusów, które nieco rozjaśniały krajobraz.

Drogi natomiast są tak kręte, że kierowca, przed ruszeniem w trasę, za każdym razem prosił, by cięższe rzeczy np. plecaki, umieszczać pod siedzeniami lub między nogami, gdyż pozostawione same sobie, mogły latać w pojeździe i uszkodzić nie tyle siebie, co nas.

Góry te osiągają wysokość 3 do ponad 4 tysięcy m npm. Przecinając łańcuchy górskie nigdy do końca nie wiedzieliśmy, co nas spotka po drugiej stronie. Przeszkody mogły być spowodowane przez naturę, ale i przez ludzi. Dlatego tak ważna była informacja, co się dzieje przed nami.

Nasz kierowca utrzymywał więc nieustanny kontakt ze swą centralą w biurze turystycznym w Ciudad de Mexico, a centrala ze swymi rezydentami w tych częściach kraju, przez które przejeżdżaliśmy. Zainstalowana w naszym pojeździe stacja radiowa okazała się jednak w górach za słaba, nie wszędzie działała sieć komórkowa, a właśnie tu szczególnie potrzebowaliśmy informacji.

Mnożyły się bowiem blokady dróg różnych grup zawodowych, narodowych, politycznych itp. I nie było zmiłuj. Zatrzymanie pojazdu z grupką zagranicznych turystów byłoby dla protestujących szczególną gratką tym bardziej, że na tych obszarach byliśmy w tym czasie raczej jedynymi obcokrajowcami.

A pokonywaliśmy obszary turystyczne tylko w sezonie (a my byliśmy poza sezonem, w porze deszczowej) albo kompletnie nieturystyczne, gdzie turystów ze świeczką szukać nawet w sezonie.

I nie chodziło o to, by groziło nam jakieś niebezpieczeństwo, ale zatrzymanie nas na kilka, a może i kilkanaście godzin, aby protestujący uzyskali rozgłos, do przyjemności by nie należało.

Ale też było inne zagrożenie ze strony innych, nie tych grup politycznych czy zawodowych, blokujących. Zdarzały się bowiem przypadki, o których opowiadał nam niezastąpiony przewodnik meksykański, że zatrzymywano pojazdy dla… okupu.

Za samochód osobowy żądano 500 pesos, za np. autobus 3000 pesos, a był przypadek, że zatrzymano autobus i zażądano po 500 pesos od osoby. Chyba był przepełniony … Tymi zatrzymanymi byli miejscowi. Ciekawe na ile by wyceniono nas, gringos?

No i nie dziwota, że w Chiapas blokuje się skutecznie budowę autostrady. Jest bowiem tylko jedna główna droga i to przez góry, którą byle czym można zablokować. No to po co autostrada?

W końcu nasz kierowca otrzymał bardzo silną radiostację. Teraz sytuacja się poprawiła. Wjeżdżaliśmy na tereny szczególnie podatne na protesty. W stanie Meksyk, Guerrero, Morelos czy Puebla, gdzie również nie brakowało protestów, nad sytuacją czuwały liczne posterunki wojskowe. Ale i nie dziwota. To strategiczny szlak między portem pacyficznym Acapulco a Mexico.

Tu, na południu, szczególnie w „indiańskich” stanach takich jak Oaxaca czy Chiapas, porytych wąwozami, jarami, pokrytych niedostępnymi górami, stanach gdzie nadal niezwykle silny jest ruch zapatystów (będzie jeszcze o nim mowa), sprawa bezproblemowego poruszania się nie była taka prosta.

W okolicach miast były posterunki wojskowe zabezpieczone workami z piaskiem z żołnierzami uzbrojonymi w ciężką broń. Ale potem były już tylko góry, wąwozy, przepastna zieleń lub rozległe pustkowia i … my.

Jeszcze raz podkreślam, że nie chodziło o zagrożenie naszego życia czy zdrowia, bo tego nie dało się odczuć, ale zatrzymanie na jakiś czas „zagraniczniaków” było nie lada kąskiem dla protestujących, bo zwróciłoby uwagę nawet świata na problemy tych lokalnych społeczności, a nam storpedowałoby całą naszą misterną marszrutę. A mieliśmy w sumie do „przerobienia” około czterech tysięcy kilometrów przez dwanaście stanów.

Dlatego dość często poruszaliśmy się lokalnymi drogami, by ominąć blokady. Umówiliśmy się z naszym meksykańskim przewodnikiem, że będziemy z hoteli ruszali w trasę około godziny 5, by być wcześnie już za miastem, gdyż blokady zaczynały się około godziny 6 -7.

To wymagało codziennego wstawania o godz. 4 czy 4. 30. Ale w Oaxaca, stolicy stanu o tej samej nazwie, musieliśmy wstać jeszcze wcześniej, bo w nocy przyszła informacja, że miasto może być zablokowane sporo przed tradycyjnymi godzinami rannymi blokad i nawet do wieczora.

Kolonialne miasto Oaxaca jest bardzo ładne. Ale, co było do zwiedzenia zobaczyliśmy poprzedniego dnia, a teraz, to… „noga” stąd.

A przeszkody natury innej, niż „ludzka”? Proszę bardzo. Gdzieś w górach, tuż przed naszym przyjazdem, potworny wicher wiejący znad Zatoki Meksykańskiej w stronę Pacyfiku, zniszczył most drogowy wiszący wysoko nad kanionem, którym płynie rzeka Zapotitlan. Ale że zniszczenie nie było kompletne, to trwała jego naprawa, a w zasadzie odbudowa.

Nasz kierowca wiedział tylko, że nie puszczają tamtędy ciężarówek. Co do pojazdów mniejszych sytuacja zmieniała się co kilka godzin. Puszczano po kilka, potem czekano (nie wiem na co; może by zobaczyć czy most runie?) i znów kilka itd.

Czas oczekiwania przy niewielkim ruchu, to nawet cztery godziny. Wszystko zależało od pogody, a szczególnie wiatru. Kierowca zaryzykował. Gdyby nie, objazd kosztowałby nas 15 godzin.

Udało się. Przejechaliśmy. Ale obraz mostu, ze sterczącymi barierami, powyłamywanymi prętami i innymi elementami tej przeprawy, a także widok w dole płynącej, niezbyt spokojnej rzeki, na długo pozostanie w pamięci. W pamięci, bo zdjęć nie wolno było robić…

Marek Bucholski

Fragment książki „Podróże duktami historii”