W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Na szlaku »
Antonii, Ignacego, Wiktora , 17 października 2018

Miasto bajkowych wież i kamieniczek oraz białych nocy

2018-07-27

Kilkanaście baszt jak z bajek o zamkach i księżniczkach już wystarczą, aby pojechać do Tallina, stolicy Estonii.

medium_news_header_22367.jpg

Poza tym warto poszukać polskich śladów i popatrzeć na średniowieczne zwyczaje.

Tallin – stolica Estonii, najmniejszego z trzech krajów tzw. Pribałtiki, to miasto dynamiczne, zadbane, ładne i z masą miejsc do spędzania czasu. Dość dodać, że to właśnie na Estonii wynaleziono Skype’a, a dziś też dzieją się tam niezwykłe rzeczy, jeśli chodzi o nowe technologie.

Od wieży do wieży i z widokiem że aż dech zapiera

Zwiedzanie miasta najlepiej zacząć, jak zresztą radzą wszystkie przewodniki od placu z Pomnikiem Wolności. To od niego wychodzą wygodne schody, które wyprowadzają do tzw. Górnego Miasta. I pierwsze, co widać, to najsłynniejsza wieża w mieście, czyli Kiek in de Kok. To baszta, w której strażnicy miejscy niegdyś zaglądali tallińskim mieszczanom w okna. Dziś jeden z elementów muzeum miejskiego.

Obok tej baszty stoi kolejna i zaczynają się muru miejskie, które wyznaczają absolutnie ciekawy szlak turystyczny po tym zachwycającym mieście. Przynajmniej ja sobie tamtędy poszłam, bo mnie baszty zachwyciły.

Na tym samym wzgórzu stoi pyszny sobór Aleksandra Newskiego, widomy znak niegdysiejszej dominacji rosyjskiej w Estonii. Świątynia jest zwykle otwarta, warto do niej wejść, bo jak niemal wszystkie cerkwie prawosławne w tym zakątku świata, kapie w niej od złota. Zdjęć robić nie wolno, czego skrupulatnie pilnują wiekowe babuszki w chustkach na głowach.

Tuż obok stoi różowy klasycystyczny budynek, do którego doklejona jest średniowieczna wieża. Można podejść do samych drzwi, choć wejść nie można. To ni mniej, ni więcej a pałac Toompea, dziś siedziba Parlamentu Estonii. Dodam, że policji, ani murów przy sejmie estońskim absolutnie nie ma.

No i od Toompea wąziutka, brukowana uliczka doprowadza do pierwszego z trzech punktów widokowych, czyli do ogrodu biskupiego. Warto się na chwilkę zatrzymać, warto zajrzeć do najstarszego tallińskiego kościoła, czyli kościoła pod wezwaniem Marii Dziewicy, ale zwyczajnie trzeba pójść dalej, do kolejnych dwóch punktów widokowych, z których rozciąga się bajeczny widok na stary Tallin i łyskającą Zatokę Fińską. Miejsca z reguły są zatłoczone, dlatego warto wybrać się rano.

I dalej od wieży do wieży i polskiego śladu

No i stąd uliczką o wdzięcznej nazwie Długa Noga schodzi się do Dolnego Miasta. Można podziwiać solidny mur miejski, mury oporowe. Kiedy już znajdziemy się na Dolnym Mieście, to od razu widać pyszne kamieniczki tego niegdyś bogatego hanzeatyckiego miasta. Ale na początek lepiej pójść wzdłuż murów miejskich, aby popatrzeć sobie z bliska na baszty wyglądające jak z bajek i baśni. Każdy, kto lubi taką architekturę, będzie zachwycony. No i tak sobie niespiesznie idąc, dochodzi się do bramy Morskiej i Grubej Małgorzaty. To solidna budowla, ale tu trzeba, koniecznie trzeba poszukać czarnej płyty. Bo to polski, ważny ślad. To tablica, która upamiętnia internowanie ORP Orzeł, którego Estończycy zatrzymali 15 września w tallińskim porcie. Ale dowodzony przez kapitana Jana Grudzińskiego okręt czmychnął z Tallina nocą z 17 na 18 września tegoż roku. Estończycy do dziś twierdzą, że przymykali oko na Polaków, bo oni, jak wiadomo, nieobliczalni są. W każdym razie przy tablicy zwykle wiszą świeże kwiaty z biało-czerwonymi wstążkami.

Plątanina uliczek z niespodziankami

Od Grubej Małgorzaty warto pójść uliczką w kierunku do środka miasta. To Piik. Po drodze można zobaczyć słynne Trzy Siostry, bliźniacze kamieniczki, które niegdyś były siedzibami zamożnych kupców. Droga prowadzi wśród pysznych, świetnie utrzymanych i bogato zdobionych kamienic. Miedzy innymi przechodzi się obok Domu Czarnogłowych, czyli siedziby zamożnych kupców i żeglarzy, którzy nie byli żonaci. Poznać tę kamienicę można po zielono-złotych drzwiach i głowie Murzyna. I tak błądząc wśród domów, dochodzi się do rynku. A tu już pełen zawrót głowy. Bo domy w różnych stylach, bo stara, z XV wieku apteka, do której trzeba wejść, ale i stary ratusz, dziś muzeum, którego strzegą rzygacze w kształcie smoczych głów. Ale tu też mieści się polska ambasada. Jak się ma szczęście, to można zobaczyć przedstawienie uliczne o niewiernych żonach w średniowieczu, które odgrywają tallińscy studenci.

A jak się zgłębić w uliczki, to można odkryć klimatyczny zaułek św. Katarzyny, starą studnię miejską, siedzibę Wielkiej Giełdy z czasów Hanzy. Trzeba mieć tylko dobre buty.

Renata Ochwat

Warto wiedzieć:

Stare Miasto Tallin ma wiele urokliwych zakątków. Zwyczajnie warto poświęcić dzień, aby je wszystkie obejść. Punkt Informacji Turystycznej mieści się na Dolnym Mieście, tam można wziąć bezpłatną mapkę, która ułatwi wędrowanie. Nie można się bać, że się zabłądzi. Miasto opasują mury miejskie, idąc wzdłuż nich zawsze trafi się do znajomego punktu.

W Tallinie funkcjonuje świetnie rozwinięta komunikacja miejska. Tallińczycy jeżdżą nią bezpłatnie, inni muszą kupić bilety. I jeśli kupujemy u kierowcy autobusu czy trolejbusu lub u motorniczego tramwaju, to płacimy 2 euro za kurs. Jeśli zamierzamy popodróżować po mieście więcej niż raz, zwyczajnie opłaca się kupić kartę miejską. Dobowa kosztuje 5 euro i można ją dostać w Kiosku (tak, tak, tak one się nazywają).

Dookoła murów miejskich rozciągają się fantastycznie utrzymane parki miejskie. To dobre miejsce do odpoczynku na zacienionej ławce. I choć w Tallinie obowiązuje zakaz picia alkoholu w miejscach publicznych, to jednak bardzo często można zobaczyć, że miejscowi i turyści jednak ten zakaz omijają. Ale zobaczyć pijanych w centrum raczej trudno.

W Estonii, która liczy 1,4 mln ludzi, językiem urzędowym jest estoński, czyli należący do grupy ugrofińskich, trudny do nauki, bardzo ciekawie brzmiący. Jednak na ulicach Tallina równie często słychać rosyjski. To ślad tego, że Estonia, jak i cała Pribałtika kiedyś długo była pod dominacją radziecką. W każdym miejscu tego miasta bez problemu można się porozumieć po angielsku.

Bursztyny. To najczęściej kupowane pamiątki ze stolicy Estonii. Biżuterię z bursztynami można dostać wszędzie i jest na każdą kieszeń. Ceny zaczynają się od 10 euro za skromne kolczyki. Cen górnych nie podaję, bo takich nie ma.

Białe noce. Tallin leży na takiej szerokości geograficznej, że na przełomie czerwca i lipca można tam doświadczyć białych nocy. Oznacza to, że słońce praktycznie nie zachodzi i przez całą noc jest jasno. Ja trafiłam na końcówkę tego zjawiska geograficznego, czyli szarawo i ciemno zrobiło się na krótką chwilkę w okolicy 2.00 w nocy. Ja wiem, że nie lubię, ale znam takich, którzy specjalnie celują w białe noce. W Tallinie jest taniej, niż w Sankt Petersburgu, który bywa najczęściej odwiedzany właśnie na tę okoliczność.

Tallin-1.JPG
Tallin-10.JPG
Tallin-11.JPG
Tallin-13.JPG
Tallin-14.JPG
Tallin-2.JPG
Tallin-3.JPG
Tallin-5.JPG
Tallin-6.JPG
Tallin-7.JPG
Tallin-9.JPG
z.JPG