W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Na szlaku »
Alfreda, Maksymiliana, Selmy , 14 sierpnia 2020

Moja ulubiona tatrzańska droga

2020-05-06

Najpierw trzeba się wydostać z zatłoczonego Morskiego Oka, potem podejść pod Czarny Staw. Ale kiedy już człowiek stanie na tatrzańskiej przełęczy pod Chłopkiem wie, że warto było.

medium_news_header_27580.jpg Fot. Wolne zasoby wiki  

O wejściu na Przełęcz pod Chłopkiem zamarzyłam pierwszy raz, kiedy ją zobaczyłam. Miałam 10 lat. Przyszło mi czekać jeszcze sześć. Potem weszłam tam kilka razy, za każdym razem zapierało mi dech piękno tego miejsca. No i rzecz niebagatelna - tu rzadko kiedy jest tłum.

Dwie godziny pod górę

Możliwości są dwie. Można mieszkać w schronisku w Morskim Oku i wówczas nie tracić czasu na dojście, lub też wcześnie rano przyjechać z jakiejś kwatery na Podhalu do Palenicy Białczańskiej, zarzucić plecak na plecy i pomaszerować jedną z najsłynniejszych ceprostrad.

Przy tej drugiej opcji warto narzucić ostre tempo, żeby szybko zostawić za sobą rozgadane i rozchichotane wycieczki. Trasa liczy około 10 km, ale są fajne skróty, oczywiście oznakowane. Droga dobra na rozgrzanie.

Po około 25-30 minutach Wodogrzmoty Mickiewicza, potem zejściówka do schroniska Stara Roztoka i już wiadomo, że chwilę pokaże się majestatyczny Mięgusz i ostra iglica Mnicha. A kiedy mija się otoczony czarną sławą Żleb Żandarmerii wiadomo, że to już właśnie tu.

Po około dwóch, dwóch i pół godzinie marszu jesteśmy w Morskim Oku. Tu czas na śniadanie, szybkie spojrzenie w przewodnik, uzupełnienie wody. I zaczynamy przygodę.

Mozolnie do góry

Droga bardzo prosta. Trzeba zejść nad Morskie Oko i ścieżką wiodącą dookoła najbardziej znanego górskiego jeziora w Polsce pójść w lewo. Po kilkunastu minutach dochodzimy do szlaku wyprowadzającego nas do Czarnego Stawu.

Deniwelacja wynosi około 200 m. Ale droga nie jest zbyt przyjemna, bo idzie się po skalnych blokach tworzących jakby schody. Po około pół godzinie stajemy przy krzyżu nad Czarnym Stawem.

Nie warto się za długo zatrzymywać, bo to też zwykle kłębi się cała chmara ludzi. Znakowaną na zielono ścieżką w prawo zaczynamy podchodzić wśród kosówki do Bańdziocha pod Kazalnicą. Powoli niknie kosówka, coraz więcej skały. W Bańdziochu ścieżka wywija w prawo i wiedzie na Kazalnicę.

Tu pierwsze klamry. Coraz bardziej zamyka się nad nami ściana Kazalnicy. Tu rzadko można kogo spotkać, więc podchodzenie tym przyjemniejsze. Po kilkunastu minutach po prawej stronie ścieżki ukaże się jedno z ostatnich stanowisk wiecznego śniegu w Tatrach. Tak, tak, to resztki lodowca.

Po około 1,2 godzinie stajemy na Kazalnicy. Niegdyś góra marzeń, jej północne ściany przez lata stanowiły nie lada wyzwanie dla taterników. Dziś praktycznie nikt tu się nie wspina. Taternicy, nazywając ich językiem - łojanci - wybierają ciekawsze i tańsze Alpy lub inne wysokie europejskie góry.

Widok z Kazalnicy zachwyca. Przepiękny widok na zatłoczone Morskie Oko, Czarny Staw, Rysy i dolinę Rybiego Potoku.

Jak na Orlej Perci

Z Kazalnicy wąziutka dróżka wyprowadza na grańkę pod Mięguszowieckim Szczytem Czarnym. I to jest ten fragment szlaku, który lubię najbardziej. Bo to powietrzna droga, niczym Orla Perć. To taki spacer w powietrzu. I właśnie o tej grańce napisano mnóstwo bzdur.

Potem kruchą ścieżką po około dwóch i pół godzinie od startu wychodzimy na przełęcz. Jesteśmy 2 307 m nad poziom morza. Tu kończy się znakowany na zielono szlak.

Tu też trzeba zaplanować dłuższą chwilę. Widoki są jedyne w swoim rodzaju, po słowackiej stronie piękny Wielki Staw Hińczowy i panorama najwyższych partii Tatr. To ta przełęcz, o której pisali Kazimierz Przerwa-Tetamjer w „Legendzie Podhala” i Stanisław Witkiewicz w „Na przełęczy”.

Powrót tą samą drogą. Ponieważ ja zdecydowanie gorzej idę w dół niż w górę, zajmuje mi ona tyle samo czasu, co wejście na szczyt. A kiedy staję przy Czarnym Stawie, już zaczynam tęsknić do ciszy i spokoju tam na górze.

Renata Ochwat

Warto wiedzieć: