W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Czytaj ze mną »
Kryspiny, Norberta, Sabiny , 5 grudnia 2019

Anna Strzelec pisze dla kobiet

2012-05-14

Od niedawna mieszka w Gorzowie. Wcześniej prawie 20 lat spędziła w Niemczech, miała niemieckiego męża. Tamte lata i doświadczenia stały się dla niej tematem do dwóch powieści. Oczywiście żadna z nich nie jest pamiętnikiem, a więc nie można ich czytać jako relacji z życia autorki, ale wiele w nich doświadczeń jej samej a także innych Polek, które zdecydowały się na małżeństwo z Niemcem. Obie książki dobrze się czyta, bo Anna Strzelec prowadzi narrację z wielu planów czasowych, włącza różne formy wypowiedzi, łącznie z e-mailami i esemesami.


„Tylko nie życz mi spełnienia marzeń”
Pierwsza ma zaskakujący tytuł.  Cóż za przewrotność! Przecież zawsze życzymy sobie właśnie spełnienia marzeń, a tu jest odwrotnie.  Bohaterką jej jest 45-50-lenia kobieta. W końcu lat 80., gdy w Polsce było naprawdę źle, ona i jej mąż zdecydowali, że przeniosą się do Niemiec. Mieli za sobą 20 lat udanego małżeństwa, trójkę dorastających dzieci, którym chcieli stworzyć lepsze warunki bytu. Pan odwiózł żonę i najmłodszą córkę do Niemiec, by operatywna kobieta znalazła miejsce dla całej rodziny. Wtedy zachód wabił, a dziś lektura tego typu wspomnień uświadamia, jak daleką drogę przeszliśmy. Bardzo trudno przychodziło jej znalezienie pracy, bo nie znała języka, nie miała poszukiwanego tam zawodu. Z mozołem wiła gniazdko dla rodziny, tymczasem pan bardzo szybko znalazł jej zastępczynię, której od razu zrobił dziecko i sprowadził do swojego mieszkania. To był naprawdę mocny cios dla naszej bohaterki. Po prostu nie miała do czego wracać. Została w Niemczech. Po pewnym czasie zawarła drugie małżeństwo z kulturalnym Niemcem, wykładowcą na wyższej uczelni. Było serdecznie, pięknie i bogato. Taki los marzył i marzy się wielu Polkom. A mimo to tytuł wprowadza pewien niepokój, narastający w miarę lektury książki. Bo też z Horstem nie jest tak idealnie jak się zapowiadało, a w Polsce dorosły dzieci,  założyły swoje rodziny, mają dzieci, czyli wnuki naszej bohaterki. Ona tęskni do nich. Życie robi się coraz trudniejsze. Zrealizowane marzenia nie gwarantują szczęścia.


„Druga strona życia, czyli jak zabija się miłość”
Druga powieść Anny Strzelec jest kontynuacją historii polsko-niemieckiego małżeństwa. Z czasem kulturalni małżonkowie zaczęli się coraz bardziej od siebie oddalać. Ostatecznie to małżeństwo też się rozpadło, tyle że nie jak polskie – obuchem w głowę, a po europejsku, cywilizowanie, w pełnej zgodzie, przy ustaleniu zasad rozejścia, a nawet bez formalnego usankcjonowania, bo przecież czy to dzisiaj takie ważne? Autorka tropi różne przyczyny rozpadu tego związku. Tu zwrócę uwagę na jedną, w powieści nie najważniejszą, ale jakże charakterystyczną dla relacji polsko-niemieckich. Rodzice Horsta zachorowali na starość, po prostu nie byli zdolni do samodzielności. Oczywiście najlepszym rozwiązaniem jest powierzenie ich obsługi niepracującej Polce, czyli żonie Horsta. Wszak setki Polek znakomicie sprawdzają się w Niemczech jako opiekunki osób starszych. Annę jednak ten rodzaj obowiązków przerósł. Nie udźwignęła trudnej obsługi dwóch niesamodzielnych osób, a nie było w niej miłości, jaka pozwala znieść podobne trudy względem własnych rodziców. Buntowała się, coraz częściej uciekała w rodzinne strony, do swoich dzieci i wnucząt. Ciekawe, że w tej części na dalszy plan zeszły najważniejsze w pierwszej powieści podejrzenia Anny, że Horst ja zdradza. Tu ważniejsza okazała się nie ewentualna fizyczna zdrada, a świadomość, że mąż łatwiej niż z nią porozumiewa się z sąsiadką, Niemką. Dla Anny niemożliwe okazało się małżeństwo z Niemcem, który wyznawał inny system wartości, miał inne życiowe plany, inne spojrzenie na codzienność. Czytając tę książkę, zastanawiałam się, jaką cenę muszą płacić Polki, które decydują się dla wygodniejszego życia na oderwanie od własnych korzeni, od dzieci i wnuków. Jak żyje się w samotności? Bo Anna na finiszu tego małżeństwa była bardzo samotna. I bardzo smutna. Ostatecznie wróciła do Polski.


„Wiza do Nowego Jorku”
Trzecia powieść Anny Strzelec też jest w dużej części „zagraniczna”, bo jej akcja rozgrywa się aż za oceanem –w Nowym Jorku.  Jedną z funkcji literatury jest budzenie marzeń. A ponieważ świat kusi atrakcjami, więc literatura rodząca marzenia świetnie się rozwija. W tym nurcie prym wiodą amerykańskie pisarki, które swoje powieści adresują przede wszystkim do kobiet. W taki model literacki wpisuje się także Anna Strzelec. Bohaterką książki jest Leonia – pisarka. Ma około 50 lat, dorosłą córkę i dwie urocze wnuczki, polską przyjaciółkę i partnera Wiktora, który postanowił przenieść się do Nowego Jorku. Po półtora roku od wyjazdu Wiktora Leonia rusza do niego. Tymczasem w Nowym Jorku czeka ją katastrofa. Okazuje się, że Wiktor zdążył związać się z policjantką Murzynką i już ma z nią dziecko. Leni jest zdruzgotana. Na szczęście ma w Nowym Jorku koleżankę ze szkolnych lat, Janinę, teraz Jany, która jej kłopoty łagodzi zapraszając do ciekawych miejsc stolicy świata. Przypadek sprawia, że Leonia poznaje anioła z Prowansji, czyli Jeremiego, amerykańskiego naukowca, którego rodzicami byli Francuz i Polka. Stąd jego znajomość języka polskiego i tym samym możliwość porozumienia się z Leonią. Teraz on wprowadza ją do naukowej elity, pokazuje uroki życia w letnim domku, a w końcu wynajmuje dla nich dom na najpiękniejszej wyspie w sąsiedztwie Nowego Jorku. Trochę tu wrażeń ze zwiedzania najciekawszych miejsc stolicy świata, trochę atmosfery intelektualnego Nowego Jorku, trochę przykrych spotkań z Polakami, którzy nie mieli szczęścia tak dobrze wylądować jak Leonia. Jeśli myślicie, Państwo, że Leonia nie ma kłopotów, muszę Was wyprowadzić z błędu. Niezależnie od katastrofy z Wiktorem cierpi ona z powodu: niedawnej śmierci siostry bliźniaczki, rozwodu córki, tęsknoty wnuczek i ujawnienia, że zięć okazał się przemytnikiem narkotyków, a przede wszystkim zgonu ukochanego pieska. Anna Strzelec jakby przestraszyła się, że w jej opowieści zbyt łatwo spełniają się marzenia, więc dodała trochę dziegciu, ale dalekiego, bo związanego ze sprawami pozostawionymi w Polsce.  Nic to jednak wobec szczęścia, jakie daje bliskość wytęsknionego mężczyzny, który na dodatek kusi zaproszeniem do jego rodzinnej Prowansji, co na pewnie stanie się tematem kolejnej książki Leonii.
Sądzę, że Anna Strzelec znajdzie wiele czytelniczek, które zainteresuje opowiedziana przez nią historia, a nawet będą takie, które przygotują potrawy według przepisów zawartych w tej książce. Tu zwracam uwagę na nowy literacki trend: zawartość książek kucharskiej wchodzi do książek literackich. Ale stąd niebezpiecznie blisko do książek dla kucharek.  
Uwaga! Ta książka wydana jest również w formie elektronicznej, czyli jako  e-książka. Chyba to pierwszy e-book gorzowskiego autora!  


„Cóż wiemy o miłości…
W każdej książce Anna Strzelec wplata do narracji krótkie wiersze. Mają one wzbogacić opisy stanów emocjonalnych przede wszystkim głównej bohaterki, wyrazić jej uczucia, podkreślić relacje z bliskimi, których jeszcze nie chce lub nie potrafi wyrazić wprost.  Przyznaję, w powieściach takie wtręty trochę mnie mierziły. Wszak dobry autor wszystko umie powiedzieć w przyjętej, jednorodnej formie. A Anna Strzelec świadomie miesza prozę z poezją.
Ostatnio uznała, że wiersze te mogą żyć także życiem niezależnym, wyjęła je z kart powieści i wydała w formie książkowej pod tytułem „Cóż wiemy o miłości…”.  Jest tu jeszcze trochę wierszy nowych, a tom zamyka rozdział „Gościnnie u Anny Strzelec”, do którego autorka zaprosiła dwoje  młodych poetów.  Okładka słodko różowa ze zdjęciem równie różowych róż.  I dalej w tym samym tonie. Tęskonociki, uśmiechy, westchnienia, marzenia, wspomnienia. Jako pojedyncze wiersze te nawet się bronią, bo każdy z czytelników ma w sobie podobne uczucia, które odżywają przy lekturze takich prostych tekstów. Dużo tu przyrody, dużo kolorów, w sumie świat łagodny, spokojny, choć ciągle z tęsknotami, które nie odstępują kobiet w żadnym wieku.  Moją uwagę zwróciły wiersze z rozdziału „Dzieciom…”.  Są okruchami kontaktów autorki z małymi dziećmi, jej ukłonem w stosunku do sposobu myślenia dzieci. Nie ma w nich jednak żadnych przejawów infantylizmu, tu autorka uruchamia swoją wyobraźnię, by wejść w świat dzieci. Tu fragment wiersza „Dla Melanii” :


Uśmiech przyszedł z wizytą (…)
Poprosiłam, zostań chwilę
–Niestety, nie mogę,
Muszę jeszcze odwiedzić motyle…
Zebrał farby, ciemnych włosów pędzelek
i z szelestem skrzydeł odleciał
muskając mnie słodyczy kropelką.

 

Szkoda, że ten właśnie rozdział jest w całym tomie najkrótszy. Choć wiersze podzielone ą na rozdziały, niestety, nie odczytuję zwartej, świadomej kompozycji tomu.
Krótko mówiąc: tomik z tęsknotami ozdobiony zdjęciami pięknych kwiatów.   Dla literatury bez znaczenia. Wolałabym, aby Anna Strzelec pozostała wierna swojej prozie. Tam wymyśla znacznie ciekawsze historie niż duchowo-kwiatowe westchnienia. Ale…


Więcej o autorce: www.annastrzelec.eu


Kontakt:  annastrzelec1@onet.eu  Tu można zamawiać książki bezpośrednio u autorki.
„Wiza do Nowego Jorku” w formie papierowej (Wydawnictwo Sonar Literacki) i elektronicznej do kupienia w księgarni „Daniel”.