W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Czytaj ze mną »
Ady, Aleksandra, Dagmary , 12 grudnia 2019

Piszcie wspomnienia!

2012-05-29

Dotarła do mnie wiadomość, że w miniony czwartek (24 V) miała się odbyć w gorzowskiej bibliotece promocja pewnej książki, ale żadnego ogłoszenia nie znalazłam, nawet w internecie. Pomyślałam: Czyżby jakieś niedopatrzenie biblioteki? Jednak poszłam. A tam tłum ludzi. Elegancko ubrani, szczęśliwi; wino, ciasta własnej roboty. Było to spotkanie dwóch rodzin: Dudziaków i Kuterebów z okazji wydania książki Józefa Stanisława Dudziaka pod tytułem „Wracajcie w gościnę”. Na szczęście nie tylko ja byłam dodatkowym gościem.

Przy tej okazji chcę Państwu zaproponować kilka książek wspomnieniowych związanych z naszym regionem.

 

„Wracajcie w gościnę”

Spokrewnione rodziny Dudziaków i Kuterebów wywodzą się ze wsi Rychcice koło Drohobycza, obecnie na Ukrainie. Po 1945 roku osiedliły się w Nowinach Wielkich i okolicznych wsiach w gminie Witnica. Autor książki – Józef Stanisław Dudziak – urodził się w 1947 roku w Nowinach Wielkich, a Rychlice znał tylko z opowiadań. Nie miał wspomnień własnych, ale rodzina wpoiła mu sentyment. Pierwszy raz pojechał tam w 1993 roku, odszukał miejsca, które wspominali rodzice, ich stary i nowy dom, piękny kościół, figurę Chrystusa Króla, niegdyś na wysokim pagórku, teraz na cmentarzu wśród wyższych od niej krzewów. Poznał ludzi: Polaków, którzy tam pozostali i ich dzieci, także Ukraińców, którzy zamieszkali w jego i w sąsiednich domach. Wtedy, już blisko 20 lat temu, zaczęły się kontakty dawnych i obecnych mieszkańców Rychcic. Przez te lata wyremontowano kościół, ale wprowadzono tam wyznanie greko-katolickie, na wzgórzu, na którym stała figura Chrystusa Króla, postawiono nowego Chrystus na wysokim cokole. W 2009 roku duża grupa dawnych rychciczan pojechała tam na 100 rocznicę poświęcenia kościoła. Pojechał także ksiądz Jan Świerniak, który tam się urodził i tam był ministrantem. Gości serdecznie przyjął nie tylko miejscowy ksiądz, ale także sam biskup. Ksiądz Świerniak odprawił pierwszą po 1945 roku katolicką mszę świętą. Polacy zawieźli w prezencie złoty ornat. Myślę, że niełatwo było kupić w Polsce ornat dla księdza greko-katolickiego. On był szczęśliwy, bo żaden ksiądz w okolicy nie ma takiego bogatego ornatu. Miejscowi przyjęli gości bardzo serdecznie, razem modlili się przy figurze Chrystusa Króla. Na pamiątkę tego spotkania obecni rychniczanie wyasfaltowali ścieżkę z kościoła do figury. Bardzo starsza pani powiedziała przy pożegnaniu słowa, które stały się tytułem książki: „Wracajcie w gościnę”. Jest w tym tytule zwykła gościnność, ale jest także wielka polityka. Nowe pokolenia Dudziaków i Kuterebów nie zamierzają wracać tam na stałe, ale wspomnienia, jakimi nasiąkli w dzieciństwie, każą im utrzymywać serdeczne stosunki, niezależnie od tego, jaką politykę prowadzą władze.

Jedna część książki traktuje właśnie o takich relacjach dawnych i obecnych mieszkańców Rychcic, tyle że z polskiej perspektywy, czyli tych, którzy wyjechali. Mieszkając w Gorzowie często mamy okazję widzieć tu Niemców, którzy też przyjeżdżają po wspomnienia. Patrzymy na nich z naszego punktu widzenia, czyli tych, którzy tu mieszkają. Książka Stanisława Dudziaka daje sposobność do zastanowienia się nad taką zmianą ról.
Druga część opowiada o członkach tych dwóch rodzin spokrewnionych rozlicznymi więzami. Liczba osób stale się powiększa, bo rosną nowe pokolenia. Książka ta stała się okazją do odszukania nowych krewnych. Na promocję przyjechała kuzynka z Francji, nawet znalazła się młoda dama z Kielc z linii rodziny, o której wszyscy byli przekonani, że wymarła w czasie wojny. A tu niespodzianka. W tej części dużo zdjęć. To zaskakujące, ile zachowało się starych fotografii i jak nasi przodkowie dbali o utrwalenie swoich wizerunków. My robimy znacznie więcej zdjęć, ale ile ich się zachowa za – powiedzmy – 50 lat? 

Muszę tu jeszcze dodać, że z tej rodziny wywodzi się dr Maciej Dudziak, etnolog, który jest szefem  Centrum Badań Euroregionalnych Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Gorzowie działającego pod patronatem Instytutu Slawistyki Polskiej Akademii Nauk, który miał pewien wkład w przygotowanie tej książki. Natomiast w innych pracach znacznie szerzej i głębiej analizuje zmiany świadomości i tożsamości swojej rodziny i obserwacje te wpisuje w wielkie procesy społeczne. On swoją rodzinę uczynił materiałem do badań etnologicznych. Można o rodzinie i tak. A Dudziakowie i Kuterebowie już się umawiają na wyjazd do Rychcic we  wrześniu.
„Moje wspomnienia z Polesia”
Albin Kryszko urodził się w 1931 r., a że w okolice Gorzowa trafił w 1946 r., więc na Polesiu spędził 15 pierwszych lat życia. Na okładkę dał swoje zdjęcie jako siedmio-ośmiolatka. Na tle misternie ułożonej kotary, przy ozdobnym krześle stoi bardzo króciutko ostrzyżony chłopiec w marynarskim mundurku. I smutnie patrzy w dal. Wówczas nie mógł wiedzieć, jak zmieni się jego życie wraz z koniecznością wyjazdu z rodzinnego Horodyszcza. Nie mógł wiedzieć, że kiedyś będzie szanowanym wójtem gminy Sanok na dalekich ziemiach zachodnich, a potem działaczem Towarzystwa Miłośników Polesia. Ale to już współczesność.

Książka dotyczy wyłącznie Polesia, a powstała ze wspomnień samego autora oraz ludzi z jego kręgu. W tym celu odbył mnóstwo rozmów, nawiązał wiele kontaktów z osobami mieszkającymi w większej odległości, by drobiazgowo odtworzyć styl i klimat życia. Świadomie podkreśla, że mniej interesowały go dokumenty historyczne, bo one traktują o wydarzeniach, a on chciał pokazać codzienność wsi Horodyszcze i okolicznych miejscowości spod Pińska.
Albin Kryszko pochodzi z wielodzietnej rodziny. Większość rodzin w tamtych stronach miała nawet po kilkanaścioro dzieci. Autor opowiada o losach członków swojej dalszej i bliższej rodziny. Opowiada w formie ciągłej, bez dzielenia na części lub rozdziały. Przyznam, że podczas lektury czasami trudno mi było pamiętać, o kim właśnie mowa, bo ludzie z tamtych stron nawet imiona mieli takie same lub podobne. To mój chyba jedyny zarzut do autora: on orientuje się dobrze, kto jest kim, czytelnik mniej. Wprowadzenie rozdziałów znacznie by lekturę ułatwiło. Ale pewnie utrudniłoby pisanie, bo bez takich ram autor swobodnie dobiera sobie aspekty życia związane z dana osobą. Przy jednych więcej opowiada o zajęciach w gospodarstwie, przy innych zajmuje się związkami z wodą, ktoś inny daje mu asumpt do opisania obyczajów związanych z Bożym Narodzeniem, jeszcze przy innej okazji relacjonuje zwyczaje weselne. Dużo miejsca poświęca zajęciom i zabawom dzieci, bo sam w nich uczestniczył. Nie ma chyba dziedziny życia, której autor by nie dotknął. Jego relacja może być ciekawa także ze względów naukowych, jest bowiem dokumentem dla badaczy przemian kulturowych.

 

„Śladami wspomnień od Kazachstanu po Gorzów Wielkopolski”

Łucja Marczyk-Rajchel z domu Tanona miała 4 lata, gdy w 1940 roku wywieziono ją z matką i starszą siostrą do Kazachstanu. W pierwszej części swojej wspomnieniowej książki opowiada o pięciu latach na zesłaniu. Ona nie pamiętała świata, jaki pozostawiła w rodzinnym domu, dopiero tam, w strasznych warunkach kołchozowych poznawała życie. Opisuje je z pespektywy dziecka, a tym samym w książce nie ma aspektów politycznych. Natomiast zastanawiające, jak wiele ta mała dziewczynka zapamiętała z codzienności. Ciekawe też, ile ona, a przede wszystkim jej matka, przejęły od miejscowych. Żeby przeżyć, trzeba się dostosować. Tu nie miejsce na damskie dąsy. Trzeba pracować i utrzymywać czystość. Kazachskie kobiety bardzo dbały o czystość, choć wieczne zimno i rozliczne insekty nie sprzyjały temu. Matka też ją tego uczyła.   
A kiedy w 1946 roku z rodziną przyjechała do Gorzowa, matka tak się bała miasta, że wybrała przedwojenną osadę robotników leśnych w Rybakowie. Tamte tymczasowe domy, po syberyjskich ziemiankach, wydały się im domkami z bajki. Dopiero później mała Łucja poznała wszystkie niedogodności mieszkania w oddaleniu od szkoły, sklepu, koleżanek. Teraz dla niej zaczął się czas jeszcze trudniejszy, by przez naukę wydostać się z Rybakowa. Bardzo w tym pomogła jej jedność syberyjskich zesłańców, choć oni do takiego losu w socjalistycznej Polsce przyznawać się nie mogli.

I wreszcie początki pracy po ukończeniu Liceum Ekonomicznego. Autorka dostała nakaz pracy w banku w Zielonej Górze. Zaczęła zarabiać. Tu cytuję: Porządny dom w Cigacicach mogłam dostać za darmo, za trzymiesięczny pobyt w dobrym sanatorium w Zakopanem też nic nie płaciłam, nawet zwrócono mi koszty podróży. Natomiast pożyczkę na zakup pantofli i płaszcza musiałam spłacać cały rok.

 

„Landsberg nad Wartą i ja”

Dieter Ehrhardt urodził się w 1934 roku i mieszkał w Landsbergu do 30 stycznia 1945 roku. Połowa tamtego jego życia przypada na lata wojny, ale on żadnej wojny nie doświadczał, najwyżej trzeba było jeść więcej marmelady, bo brakowała czegoś innego do chleba. A on lubił tę marmeladę, więc co to za problem?
Spośród opisów różnych sytuacji rodzinnych wybieram wycieczkę nad jezioro w Gliniku. Najpierw rowerami z mieszkania przy ul. Wawrzyniaka na dworzec Zamoście. Dalej pociągiem 10 kilometrów do Deszczna. Stamtąd 4 kilometry piaszczystą drogą nad brzeg jeziora. I dalej pisze autor: Żadna plaża na świecie, od Karaibów po Aitutaki na Wyspach Cooka nie może się równać tej wspaniałości, jaka objawiła się dziewięciolatkowi ostatniego lata 1944 roku.   
Doktor prawa - Dieter Ehrhardt pracował jako przedstawiciel ONZ na Jamajce, w Kenii, w Turcji, na Południowym Pacyfiku, wreszcie w Bonn i w Brukseli. Ale kiedy po 50 latach, czyli w 2004 roku znów znalazł się na plaży w Gliniku, nie zmienił zdania. Właśnie nad tym jeziorem znajduje się najpiękniejsza plaża świata. On jest o tym głęboko przekonany.

 

„Gorzów w mojej pamięci”

Książka „Gorzów w mojej pamięci” zawiera plon konkursu na pamiętniki. Po lekturze liczącej ponad 300 stron książki miałam odczucie, że Niemcy nadesłali wspomnienia przygotowane wcześniej, napisane z myślą o wnukach lub prawnukach. Ich autorzy urodzili się końcu lat 20 lub na początku lat 30, a tym samym obraz miasta łączy się dla nich z domem rodzinnym i okresem poznawania świata. Uzupełniają je rodzinne zdjęcia i kserokopie dokumentów. Wspomnienia autorów polskich są wyraźnie pisane na zadany temat i zdecydowania krótsze, zawierają więcej ogólników, a tym samym słabiej oddają klimat wspominanych lat.
Klemens Neumann (I nagroda) szczerze i prawdziwie pisze o nastrojach nacjonalistycznych, które zdominowały jego dzieciństwo, o kulcie Hitlera i o jego własnej chęci, aby jak najszybciej stanąć do walki. Był to trudny start i pewnie dlatego autor wrócił do Gorzowa dopiero po 60 latach. Podobała mi się praca Romana Horbatego, który wspomina dzieciństwo spędzone na podwórku czynszówki w centrum Gorzowa, przy ul. Armii Polskiej, a jakby w zaczarowanym świecie. Wszystkich autorów łączy niekłamana miłość do miasta, do Landsebergu lub Gorzowa, do kawałka świata często zamkniętego w obrębie kwartału lub konkretnej ulicy. Uświadomienie sobie przez autorów takiego stosunku do miasta to wielki sukces najpierw inicjatywy, a teraz książki.
***
Życie każdego człowieka to cząstka historii państwa, regionu, wsi lub miasta, nawet tylko kilku ulic. Warto te cząstki zatrzymywać we wspomnieniach, nawet jeśli nie ma w nich tak dramatycznych zdarzeń jak wojna. Codzienność jest trudniejsza do opisana, ale co nie znaczy, że mniej interesująca.  Piszcie więc pamiętniki!
        
Wszystkie omówione powyżej książki znajdują się  w Czytelni Regionalnej Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej. 

 

 

Kielce, dnia 19 czerwca 2012 roku.
Chciałabym serdecznie uściskać i ucałować Panią Krystynę Kamińską za tak miły mojemu sercu artykuł, który ukazał się w gazecie gorzowskiej (www.echogorzowa.pl), w dniu 29 maja br.
Piszcie wspomnienia! „Wracajcie w gościnę”.

Pani Krystyno zwracam się do Pani ze słowami podziękowania za ukazanie pracy naszego wspaniałego Józefa Dudziaka, w takim krótkim a jakże pełnym prawdziwych elementów autobiograficznych opisie mojej całej rodziny.
My już wiemy, że posiadamy historię wartą przekazania naszym dzieciom i wnukom. Historia ta jest i smutna i wesoła. Jednak najważniejsze w tym wszystkim jest to, że Józef zrobił to co nie wszystkim się udaje. Po tylu latach odszukał członków rodziny Dudziaków i Kuterebów, członków rodzin spokrewnionych ze sobą. To był jego życiowy cel, spełnienie jego marzeń. Udało mu się tego dokonać i chwała mu za to.

Dziękuję Pani za to, że pochyliła się Pani nad naszą historią i przedstawiła na łamach gazety w tak interesujący sposób. Wdzięczna jestem za wizytę na promocji książki. Żałuję, że nie wiedziałam o tym że Pani tam była. Myślę, że Pani obecność, artykuł oraz zawarte w nim słowa będą przyczyną do korzystnych zmian zachodzących w naszej dużej rodzinie.
Widziała Pani łzy, życzenia, kwiaty, plany na ten bieżący i przyszły rok. Po prezentacji, pełni zapału, resztę wieczoru spędziliśmy na rozmowach, wspomnieniach i planach. Do białego rana. Jestem dumna, że mam tak wspaniałą, liczną rodzinę. Wierzę w to, że odtąd będziemy się zawsze wspierać i spotykać. Brak mi słów aby wyrazić to co czuję i myślę. Jedno wiem na pewno: jestem szczęśliwa wśród swojej rodziny!
„Młoda dama z Kielc” Ida