W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Czytaj ze mną »
Dominiki, Dominika, Protazego , 4 sierpnia 2020

Czy pułkownik Dragun mówił po francusku?

2012-09-02

 

Lubię czytać wspomnienia, ale niestety, coraz mniej osób je pisze. Na szczęście są jeszcze tacy, którzy po przejściu na emeryturę chcą zapisać swoje przeżycia. Do tego grona należy Ryszard Zbigniew Brych, warszawianin z krwi i kości, któremu zdarzył się gorzowski epizod. W ciekawej książce „Wspomnienia starszego pana” sporo stron poświęcił naszemu miastu i na nie chciałabym zwrócić Państwa uwagę.
Po raz pierwszy znalazł się w Landsbergu w końcu 1944 roku, gdy przywieziono go tutaj jako robotnika przymusowego po powstaniu warszawskim. Niewiele wtedy widział miasta, pracował na Wieprzycach, a gdy zbliżał się front, robotnikom zabroniono wychodzić poza zakład. Ale już 12 lutego 1945 roku razem z towarzyszami niedoli wyjechał, bo chciał do Warszawy. Tam jednak zastał tylko ruinę swojego domu. Był już wtedy inżynierem z pewną praktyką, więc od nowego rządu w Warszawie (konkretnie Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów) dostał skierowanie do... Gorzowa, czyli dawnego Landsbergu. Stanął na czele Grupy Operacyjnej, która miała przejmować od Rosjan obiekty przemysłowe. Do Gorzowa dotarł w ostatnich dniach kwietnia 1945 roku. Mieszkał na rogu ulic Chrobrego i 30 stycznia, na początku jeszcze u Niemki. Tak więc jego wspomnienia dotyczą początków polskiego Gorzowa, a niewiele mamy takich wspomnień.
Ciekawe były jego kontakty z miejscową władzą na czele z prezydentem Piotrem Wysockim, rodem z Wągrowca. Atmosferę tamtych dni oddaje poniższy fragment: W Zarządzie Miejskim w Gorzowie traktowani byliśmy jako organizacja zbędna, tylko utrudniająca działalność. Panowała tam bowiem atmosfera: „Czy pan/pani jest z Wągrowca? Jak nie z Wągrowca, to nie przeszkadzajcie nam w zagospodarowywaniu miasta”. Według Ryszarda Brycha nikt, kto nie był Poznaniakiem, nie mógł liczyć na przychylność władz. Żadne dokumenty ani listy polecające, jakie przywiózł, nie były istotne. Brych pisze wyraźnie, że to Piotr Wysocki domagał się, aby do nazwy miasta Gorzów dodać Wielkopolski, choć ówczesny starosta, Florian Kroenke nie chciał takiego mocnego podkreślania więzów. Brych pisze: Gdyby Prezydium Zarządu Miejskiego działało na takim poziomie jak starosta Kroenke, to Gorzów nazywałby się Lubuskim lub Gorzowem nad Wartą. Starosta Kroenke, znając stanowisko Grupy Operacyjnej, a zwłaszcza moje, poprosił mnie, abym pojechał z nim do Poznania w sprawie ostatecznej nazwy Gorzowa. Niestety, stanowisko Zarządu Miejskiego, popierające działania Województwa na czele z wojewodą Widy-Wirskim, przesądziło o obecnej nazwie Gorzowa. No i mamy obecnie pewien dziwoląg: główne miasto Ziemi Lubuskiej nazywa się Gorzów Wielkopolski.
Mimo że działała już polska administracja miasta, najważniejszym człowiekiem był wojenny komendant Gorzowa pułkownik Josif Michajłowicz Dragun. Wspomnienia Brycha ukazują tego człowieka całkiem inaczej, niż dotąd sobie wyobrażaliśmy nie tylko jego, ale pewnie wszystkich radzieckich oficerów. Na spotkanie z komendantem Dragunem Brych poszedł z drugim szefem Grupy Operacyjnej inżynierem Ryszardem Zaporowskim. Przyjęto ich w Wojennej Komendanturze (budynek na rogu Obotryckiej i Herberta, obecnie niewykorzystywany, dawniej siedziba Milicji Obywatelskiej) w dużym gabinecie urządzonym raczej jako salon, a nie gabinet urzędnika. Co prawda było tam eleganckie biurko z krzesłami, ale także wygodne fotele, elegancki stolik i czarny, duży fortepian. Zapewne było to jeszcze wyposażenie gabinetu burmistrza Landsberga. Rozmowa toczyła się w języku rosyjskim, ale Brych nie brał w niej udziału, bo nie znał rosyjskiego. Dragun zapytał go, jakie zna języki, odpowiedział, że niemiecki i francuski. Wtedy Dragun przeszedł na język francuski i dalej w tym języku toczyła się rozmowa. Ta informacja zaskoczyła mnie, bo po radzieckim oficerze nie spodziewałam się znajomości języka francuskiego. Potem rozmowa zeszła na stojący w jego gabinecie fortepian, a gdy Brych powiedział, że umie grać, Dragun poprosił, żeby zagrał. Brych wybrał poloneza As-dur Chopina. Kolejne moje zaskoczenie: polska muzyczna kwintesencja wolności w gabinecie radzieckiego komendanta z meblami niemieckiego burmistrza! W trakcie wykonywania utworu Dragun wyszedł, ale za chwilę przyprowadził elegancką panią świetnie mówiącą po francusku i znającą się na muzyce. Od tej wizyty – pisze Brych – Wojenna Komendantura stała przede mną otworem.
Trudniej było w porozumieniu co do obiektów przemysłowych. Choć pułkownik Dragun życzliwie traktował gości, na pytania o możliwość przejęcia konkretnego zakładu zawsze zasięgał informacji od marszałka Rokossowskiego, ale odpowiedź była taka sama: nie. Maszyny i urządzenia z wszystkich większych zakładów Rosjanie rozbierali i ładowali na wagony, które potem jechały na wschód. A mieli doskonałe rozeznanie, gdzie co wartościowego się znajduje.
Przez rok działalności Grupa Operacyjna przejęła około 50 mniejszych obiektów przemysłowych i komunalnych, które sukcesywnie były uruchamiane.
Choć w końcu 1946 roku Grupę Operacyjna rozwiązano, jako że zakończyła swoją misję, inżynier Brych pozostał w Gorzowie, bo czekało na niego tu dużo pracy. Miał swój udział w przywracaniu do życia wielu zakładów, wykładał matematykę i fizykę w szkołach zawodowych, a w latach 1947 – 1949 był właścicielem jednej z większych firm – spółki z o.o. „Parkiet”.
Pisze o tym okresie: Ulegając propagandzie na temat „amnestii gospodarczej” ogłoszonej przez ówczesnego ministra skarbu, zorganizowałem Przemysłowo-Handlowe Przedsiębiorstwo „Parkiet”. Była to jedna z pierwszych firm prywatnych zarejestrowanych w sądzie w Gorzowie. Wykupiłem budynki i plac przy bocznicy kolejowej, pobudowałem dwie komory do suszenia tarcicy liściaste, (dąb, buk, jesion) o wydajności dwa wagony towarowe w ciągu 48 godzin. Równocześnie wykupiłem w Urzędzie Likwidacyjnym niezbędna maszyny i urządzenia, poskładałem to wszystko w ciąg produkcyjny i uruchomiłem produkcję parkietu. Ze zbytem nie miałem kłopotu. Warszawa kupowałam całą moją produkcję: kilka wagonów 15- lub 25-tonych załadowanych naszym parkietem. Przez około dwa lata bardzo dobrze powodziło się mnie, moim wspólnikom i 48 pracownikom zatrudnionym na trzech zmianach.
Ale w listopadzie 1949 roku firma dostała domiar (podatek dodatkowy), którego nie była w stanie zapłacić. A niezapłacenie groziło właścicielowi rocznym pobytem w obozie resocjalizacyjnym i oczywiście utratą całego majątku. Ostatecznie cały zakład kupiła Spółdzielnia Pracy „Jedność” i Ryszard Brych mógł spłacić domiar, udziałowców i... odetchnąć. Tak zakończyła się jego przygoda z prywatną firmą. I nie tylko jego. Ta forma własności została skreślona w gospodarki socjalistycznej. 
Od 1950 roku pracował jako zastępca dyrektora Zarządu Przedsiębiorstw i Urządzeń Komunalnych, a więc wyłącznie dla miasta. Dyrektorem był inż. Karol Lamprechet, o którym Brych wyraża się w samych superlatywach. Obaj panowie doprowadzili do pełnego funkcjonowania całą miejską infrastrukturę. Ale decyzją Prezydium Miejskiej Rady Narodowej (na wniosek radnych z PZPR), w końcu 1952 roku nastąpiła reorganizacja. Na miejsce Zarządu Przedsiębiorstw powołano trzy nowe. Na czele Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji stanął pracownik fizyczny kanalizacji, dyrektorem Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego został motorniczy, a na czele trzeciego, któremu podlegały pozostałe – także ktoś z partyjnej rekomendacji a bez odpowiedniego wykształcenia. Gdy inżynier Brych interweniował w Komitecie Partii odpowiedziano mu: Gdyby (Pan) inżynier był członkiem partii, na pewno uwagi krytyczne byłyby wysłuchane, a może i w jakimś stopniu uwzględnione. Obecnie musicie przyjąć podjęte decyzje.
Jeszcze przez dwa lata bezpartyjny inż. Ryszard Brych pracował w Gorzowie jako szef oddziału Wojewódzkiego Biura Projektów z Zielonej Góry i choć znów miał dużo pracy, bo zapotrzebowanie na projekty było ogromne, coraz częściej myślał o powrocie z rodziną do Warszawy. W końcu 1955 roku przeniósł się do stolicy, gdzie otrzymał stanowisko naczelnika Departamentu Wodociągów i Kanalizacji w Ministerstwie Gospodarki Komunalnej. Brych podaje wykaz przedsiębiorstw, w uruchamianiu lub rozbudowie których brał udział. Zainteresowanych odsyłam do książki, bowiem wiele ich nazw jest dla nas dziś obcych, tak dalekie nastąpiły przekształcenia.
Na zakończenie rozdziału o Gorzowie Ryszard Brych pisze: Wspominając blisko 10-letni pobyt w Gorzowie, w tym ponad roczną działalność Grupy Operacyjnej, mam uczucie, że przeżyłem jako organizator, inżynier i budowniczy wspaniały okres mojej młodzieńczej działalności.
W 60. rocznicę przyjazdu do Gorzowa, czyli w 2005 roku Ryszard Brych przysłał do prezydenta Gorzowa pierwsza wersję swoich wspomnień. Natychmiast otrzymał życzliwą odpowiedź. Obszerne fragmenty dotyczące początków jego pracy w Gorzowie ukazały się w Nadodrzańskim Roczniku Historyczno-Archiwalnym. W książce „Wspomnienia starszego pana” autor je rozwinął, a także dodał rozdział o cenionym lekarzu gorzowskim, doktorze Ryszardzie Braunie i jego rodzinie.
W książce gorzowskie zdarzenia zyskały szerszą perspektywę, jako że autor opisał w nich całe swoje życia. Był członkiem warszawskiej inteligenckiej rodziny i choć dziesięć gorzowskich lat wspomina bardzo ciepło, nie umiał się tutaj zakorzenić. To był dla niego inny świat. Niestety, obcy. Mimo jego decyzji o wyjeździe z Gorzowa, my, stali mieszkańcy tego miasta winniśmy pamięć i podziękowanie Ryszardowi Brychowi i podobnym mu warszawiankom.

Ryszard Zbigniew Brych „Wspomnienia starszego pana”, Tom I – Wspomnienia, tom II – Próba charakterystyki okresu, w których żyłem – lata 1919 – 2011. Warszawa 2011, Wydawca: Towarzystwo Wydawnicze i Literackie, s. 472.
Książka dostępna w Dziale Regionalnym Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Zbigniewa Herberta oraz w bibliotece Archiwum Państwowego w Gorzowie.