W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Czytaj ze mną »
Damiana, Mirabeli, Wincentego , 27 września 2020

Zaczarowany świat okolic Sulęcina

2013-03-02

Fotograf Stefan Wierowolski mieszka w Sulęcinie, miał wiele wystaw autorskich w Polsce, także dużo w Niemczech. Na zlecenie sulęcińskich władz miasta i powiatu wydał kilka albumów dotyczących tego obszaru: „Alchemia przestrzeni”, „Wszystko o Sulęcinie”, „Powiat sulęciński – znany i nieznany”, „Przyrodnicze wędrówki po Sulęcinie i okolicach”. Tu opowiem o dwóch ostatnich jego albumach:

 

„Sekrety Łagowsko-Sulęcińskiego parku krajobrazowego”

Jak przystało na fotografa, w tym albumie Stefan Wiernowolski dał on mnóstwo wspaniałych zdjęć, szczególnie łagowsko-sulęcińskiej przyrody. A jednak nie na niej autor się koncentruje. On próbuje stworzyć nowe legendy dotyczące tego obszaru.

Gdy myślimy o legendach, zazwyczaj lokujemy je w dawnych, odległych czasach, a że zawsze są związane z regionem, więc legendy dotyczące naszych stron odwołują się do kultury niemieckiej. Tymczasem Stefan Wiernowolski szuka nowych legend w naszych, polskich czasach. I zazwyczaj legendy te rodzą się z uczuć, jakimi ludzie darzą te strony.  Mamy więc serdeczną opowieść dzieci ostatniego niemieckiego leśniczego o domu, w którym się wychowały. Nie ma już ich leśniczówki, spłonęła w 1945 roku, pozostały jedynie stare drzewa, obecnie otoczone sporymi samosiejkami. A przecież miłość tych starszych dziś ludzi do zarośniętego skrawka ziemi spowodowała, że polscy włodarze powiatu i gminy postawili tam pamiątkowy kamień.

Kolejną legendę przyniósł Polak, także syn leśniczego, ale z innego leśnictwa, który opowiadał o rodzicach nawet w tym pustkowiu bezpośrednio po wojnie szykanowanych przez polskie służby bezpieczeństwa. Dziś ten Polak jest osobą wysoko postawioną w warszawskim świecie, ale chętnie przyjeżdża do łagowsko-sulęcińskiej głuszy.

Ciekawe legendy wiążą się z sąsiadującym poligonem w Wędrzynie. Pierwsza dotyczy czterech wsi całkowicie niezamieszkałych, które są teraz polem ćwiczeń dla żołnierzy. A kiedyś tętniły życiem. Na tym poligonie w wypadku stracił życie amerykański lotnik, któremu miejscowi wystawili pomnik.

Jeszcze inne opowieści wiążą się z przechowywaną na terenie poligonu bronią rakietową. Gdy była, nikt o niej nie wiedział, ale miejscowi z rozrzewnieniem wspominają kontakty z sowieckimi żołnierzami. Dużą wartość ma opowieść o ostatnich dniach bazy tej broni w Wołkodawie. I nie chodzi tu o wyjazd Rosjan, a o dokumentne zatarcie śladów po magazynach i żelbetowych konstrukcjach. Zrobiono to w październiku 2011 roku. Nie ma już śladu po ważnych dawniej obiektach.

Jest tu jeszcze opowieść o zapaśniku Leonie Pineckim i jego odkrywcy profesorze Kazimierzu Parfianowiczu, także o rybakówce, kiedyś niemal kurorcie, teraz obiekcie całkowicie zapomnianym.

Lubię takie opowieści związane z konkretnymi miejscami i z ludźmi, którzy nadali im sens, którzy podnoszą ich rangę, którzy czynią z nich miejsca niezwykłe. Aby takie opowieści powstały, trzeba je po pierwsze wyszukać, a po drugie dobrze opisać. Stefan Wiernowolski ma reporterskiego nosa i umie z codziennych spraw wydobyć to, co niezwykłe. Z przykrością jednak muszę stwierdzić, że trochę zabrakło mu talentu do opisania zdarzeń, a przede wszystkim emocji związanych z tymi miejscami. Jego opowieści są zbyt lakoniczne, zbyt powierzchowne. A chciałoby się, aby zapadały w serce.

W mojej opinii o książce zatytułowanej „Sekrety Lagowsko-sulęcińskiego parku krajobrazowego” skoncentrowałam się na słowie, pomijając warstwę ilustracyjną, która jest zdecydowanie lepsza.

„A-2. Między Pliszką z Ilanką”

Sulęcin leży około 10 kilometrów od miejsca, w którym znajduje się zjazd z autostrady Świecko – Warszawa nazwany „Ilanka” od niewielkiej rzeki płynącej w sąsiedztwie Torzymia przez Pojezierze Lubuskie, Rzepin do Odry. W tym miejscu przez wiele lat Stefan Wiernowolski zbierał wspaniałe rydze. Gdy zapadła decyzja o przebiegu trasy i gdy wiedział, że rydzów tam zbierać więcej nie będzie, on, dokumentalista i artysta, postanowił aparatem fotograficznym rejestrować przemianę tego miejsca. Na pierwszych zdjęciach dziewicza przyroda. Prace rozpoczęto w końcu 2008 roku. Na kolejnych zdjęciach pnie wykarczowanych drzew, stanowiska archeologów, którzy jako pierwsi wkroczyli na teren przyszłej budowy. Potem trzeba było przemieścić ogromne ilości ziemi, a właściwie żółtego piasku, bo takie tam jest podłoże. Bardzo to wdzięczny temat dla fotografa. Zwały piachu układające się w księżycowe krajobrazy, pionowe ściany sztucznych wąwozów, błoto i jeziorka naturalnie tworzone przez deszcze. Nie wiem, czy już wtedy Stefan Wiernowolski myślał o zebraniu tych zdjęć w wielki album. Ale – jak wspomina – na pytanie dziewczyny zdziwionej, że biega po tych wykopach z aparatem fotograficznym: „Po co?”, odpowiedział krótko: „Bo lubię”.

Naprawdę trzeba lubić robienie zdjęć, by trudną i brudną robotę budowniczych drogi podnieść do rangi sztuki. Tak powstał wielki album „A-2 Między Pliszką z Ilanką. Krótka historia budowy”. Jest tu chyba z 500 zdjęć. Oglądam je z ogromnym zainteresowaniem. Nie mogę oderwać wzroku i nadziwić się, że taki przemysłowy temat Stefan Wiernowolski przeobraził w zestaw zdjęć o wysokiej wartości artystycznej.

Dopiero po nasyceniu wzroku obrazami dostrzegam opisy i podpisy. Pierwsze zaskoczenie: bardzo osobiste, prywatne, z nieodżałowanymi rydzami na początku. Potem o przeistaczanym świecie, o ludziach budujących autostradę, o zmianach, jakie ona niesie. Ten odcinek autostrady biegnie po historycznej ziemi torzymskiej, więc Wiernowolski dorzuca legendy z dalekiej przeszłości, a także nowsze, powojenne opowieści, równie frapujące. Trochę zdjęć zachowanej dzikiej przyrody z okolic, najbliższe miejscowości: Torzym, Sulęcin, Łagów, Lubniewice. Pewnie ci, którzy będą pruć tą autostradą, nie zatrzymają się, aby obejrzeć uroki okolicy, ale niech je zobaczą choćby na kartach albumu. I ostatnie zdjęcia – krajobraz industrialny, sznur samochodów na szerokiej drodze oświetlonej tysiącami lamp. Nie ma dziewiczej przyrody. Trzeba zniszczyć naturę i zieleń, aby w tym miejscu powstało dzieło człowieka. Taki jest nasz świat. Stefan Wiernowolski z nostalgią pokazał tę przemianę.

xxx

Oba albumy wydała firma „Kacper” z Sulęcina, a bardzo dobrze wydrukowała gorzowska drukarnia „Sonar”. Drugą książkę sfinansował Urząd Miejski w Sulęcinie. Nie wiem, czy albumy Stefana Wiernowolskiego są do kupienia, ale polecam obejrzenie ich w dziale regionalnym gorzowskiej biblioteki. Więcej informacji o wcześniejszych albumach tego autora można znaleźć na stronie www.kacpersw.pl, Tam także dane do kontaktów. Zawsze można zaprosić autora z wystawą jego zdjęć i z książkami. Na pewno chętnie przyjedzie.