W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Czytaj ze mną »
Damiana, Mirabeli, Wincentego , 27 września 2020

Świat daleki, frapujący egzotyką, niezwykły

2013-07-16

medium_news_header_5123.jpg

Okres wakacji zachęca nas do podróży, a jeździmy nie tylko nad ciepłe, europejskie morza, a coraz dalej. Niedawno ukazała się książka gorzowianina Marka Bucholskiego pod tytułem „Podróże dość dalekie”.

Marek Bucholski z wykształcenia jest prawnikiem, ale zawsze ciągnęło go do pióra. Przez kilka lat współpracował z gazetą „Gromada Rolnik Polski”, także z bardzo popularnym przed laty tygodnikiem „Ziemia Gorzowska”. I widać, tak mu zostało. Gdy ruszył w świat, także odczuł potrzebę opisania wrażeń. Swojej pierwszej książce – bo niebawem będzie druga – nadał tytuł „Podróże dość dalekie”. Ogromnie mylący. W książce bowiem mamy relacje z trzech bardzo dalekich podróży: „Od Pekinu do Szanghaju”, czyli do Chin, „Przez Andy do Galapagos”, czyli do Ameryki Południowej i „Z Przylądka Dobrej Nadziei do buszu”, czyli do południowej Afryki. Chyba niewielu z nas miało lub będzie miało możliwość odbycia takich dalekich podróży, a więc warto zobaczyć tamten świat oczyma tego, kto urzeczywistnił nie tylko swoje marzenia.

Opowieści Marka Bucholskiego są relacjami z podróży odbywanych w sposób zorganizowany, pod kierunkiem miejscowych przewodników, po wyznaczonych trasach. Co prawda nie ma w nich tak zawsze frapującego samodzielnego odkrywania świata, ale – jak uważa autor – świat jest za duży i za ciekawy, aby decydować się na przypadek. I przekonał mnie, że lepiej skorzystać z propozycji już przygotowanych przez miejscowych organizatorów turystyki. 

Marek Bucholski pokazuje świat daleki nam, odmienny przyrodniczo, frapujący egzotyką, niezwykły. I mimo „obłaskawienia” przez organizatorów turystyki, stale zaskakujący. Tu jeden przykład. Na malutkich wyspach Galapagos rozsianych na Pacyfiku 1200 kilometrów od brzegów Ameryki Południowej, grupa turystów z Markiem Bucholskim znalazła się dokładnie wtedy, gdy niedaleką – stosunkowo – Japonię nawiedziło tsu-nami. Istniało autentyczne zagrożenie, że fala dotrze do brzegów tych wysp. A co będzie się działo potem, nie wiadomo. Najpierw więc ewakuacja grupy w wyższe partie wyspy, gdzie nie tylko nie było niczego do oglądania, ale nawet do jedzenia. Turyści mogli zabrać z sobą dokumenty i podręczny bagaż. Reszta została w hotelu. Brak łączności, brak prądu. Robi się noc, a do polskiego domu bardzo daleko… Po całym dniu oczekiwań na falę tsu-nami, z ogromnymi kłopotami, w ciemności autobus zjechał na dół, na wybrzeże. Hotel, w którym mieszkali, stał na wysokości 8 metrów nad poziomem morza. Nic mu się nie stało. Sąsiedni, stojący na 7 metrach, doznał znacznych zniszczeń. Oczywiście na czas zagrożenia zamknięto jedyne lotnisko na sąsiedniej wyspie. Gdy tylko nadeszła widomość, że następnego dnia będzie na kilka godzin otwarte, wszyscy zrezygnowali z dalszego oglądania przyrodniczych atrakcji wysp, a opowiedzieli się za jak najszybszym powrotem na ląd, czyli do Ekwadoru. Marek Bucholski opowiada o tej przygodzie z przerażeniem w głosie, ale spokojnie. Bo tam było spokojnie. Ludzie są przygotowani może nie na aż takie tsu-nami, jakie zdarzyło się u brzegu Japonii, ale na różne kataklizmy. Polskiemu obserwatorowi zaimponowali świetną organizacją życia w zagrożeniu, łącznie z dosłaniem kilkunastu dodatkowych samolotów, by wszyscy chętni mogli odlecieć w tych kilku godzinach, gdy fala była łagodniejsza.  

Ogromną wartością relacji Marka Bucholskiego jest jego otwartość na nowych ludzi, ich styl życia, obyczaje. Podróże nauczyły go, że nie tylko my – biali, my – Europejczycy, a szczególnie my – Polacy, co lubimy podkreślać – mamy rację. Inne warunki bytu, inne tradycje, inna kultura sprawiają, że dla tubylców ważniejsze są inne wartości niż uznawane przez nas. I trzeba je szanować. Szczególnie, że ludzie zamieszkujący dalekie kraje mają w sobie więcej niż my otwartości, życzliwości i serdeczności dla obcych, a to my nauczyliśmy ich koniunkturalizmu, interesowności i braku porządku. Smutna to konstatacja. Tę swoją otwartość Marek Bucholski rozciąga także na jedzenie. Z jego relacji wiem, że nie cierpi marchewki pod żadną postacią (nie rozumiem, wszak to niezwykle smaczne warzywo podatne na rozmaite obróbki), natomiast kocha czekoladę, szczególnie w płynie, która to forma u nas jest mało popularna. A on odróżnia gatunki i odmiany czekolady!  Co prawda dość sceptycznie podchodzi do niektórych ich pomysłów kulinarnych, np. suszonych robaków, ale to dla mnie bardziej zrozumiałe. Nie wszystko trzeba jeść.

Trzecim atutem książki Marka Bucholskiego jest kapitalne poczucie humoru autora i jego swoista przewrotność. A oto jak opisuje wizytę w ośrodku medycyny chińskiej: Musieliśmy wymoczyć nogi w ziołach, potem wymyć je w malutkich baliach i dopiero wzięli się za masowanie nas. Myślałem, że zdechnę ze śmichu, tak mnie gilgotało. Potem poważna konsultacja u panów profesorów. Pan profesor kładł trzy palce na szyi, słuchał tętna, oglądał twarz, język, spoglądał głęboko w oczy, w sufit i… stawiał diagnozę. Potem okazało się, że lekarstwo kosztuje sporo, ale czy wrażenia z takiej wizyty nie są warte jakichś tam dolarów? Po wizycie wszyscy twierdzili, że lekarstwa bardzo im pomogły. Od ręki. Autor nie był tego tak bardzo pewny, ale nie odrzucał możliwości, że w Polsce pomogą.     

Marek Bucholski podróżuje zawsze z żoną, jej zadedykował książkę, a treść tej dedykacji muszę przytoczyć: „Ewie – mojej żonie, towarzyszce życia i podróży wszelakich”. Bardzo pięknie, prawda? W książce udowadnia wielokrotnie, że prawdziwemu globtroterowi bardzo się przydaje kobieta obok, bo często wybawi z opresji, pomoże w nawiązaniu kontaktu, a nawet nieco inaczej widzi wspólnie oglądane rzeczy i sprawy. Ten pogląd autora także w pełni akceptuję, ale nie tylko z tego względu polecam Marka Bucholskiego opowieści o dalekim świecie. To naprawdę oryginalna lektura. 

Lada chwila ma się ukazać druga książka Marka Bucholskiego pt. „Podróże na koniec świata”, a w niej relacje z wypraw do Patagonii (południowy kraniec Ameryki Południowej) i do Indonezji. Jej niebawem poświęcę oddzielną opowieść. Obie już są lub za chwilę będą do kupienia na stronie internetowej drukarni „Sonar” (WWW.sonar.pl, w zakładce „Wydawnictwo literackie”) oraz w gorzowskich księgarniach „Daniel”.