W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Czytaj ze mną »
Cypriana, Justyny, Łucji , 26 września 2017

Depozytariuszka wspomnień o Kostrzynie

2017-05-01

Niezwykłe szczęście ma Kostrzyn nad Odrą z powodu, że w 1947 roku do tego miasta przyjechała pani Alicja Kłaptocz.  Wcześniej, bo już w 1945 tu został skierowany jej ojciec. Tak więc jej rodzinna pamięć sięga chwil pierwszych. Niewiele obecnie ukazuje się wspomnień dotyczących lat bezpośrednio powojennych z prostego względu, że minęło ponad 70 lat i ludzi pamiętających tamte czasy coraz mniej. A pani Alicja pamięta i pisze.

medium_news_header_18263.jpg

Już wydała pięć książek o swoim mieście. Szóstą i najbardziej osobistą są „Pionierskie lata powojennego Kostrzyna” opublikowane niedawno przez Muzeum Twierdzy Kostrzyn. Dodać tu muszę, że pani Alicja znakomicie porusza się w badaniu źródeł, a więc do wspomnień dokłada pracę historyka. Także świetnie zna język niemiecki, co pozwala jej na zbieranie informacji od Niemców i z niemieckich źródeł.

Przez lata gromadziła materiały o latach pierwszych, aż uznała że: „poczułam się jak depozytariusz wspomnień z pionierskich czasów, które winnam utrwalić na piśmie celem przekazania ich młodszym pokoleniom”. Wspomnienia spisała, ale wzbogaciła je wieloma refleksjami i ocenami.

Kolejarze, celnicy i ich rodziny

Kostrzyn był miastem bardzo zniszczonym. Nie tylko twierdza między Odrą a Wartą, ale także całe Nowe Miasto leżące po drugiej stronie Warty, zostały niemal zrównane z ziemią. Do takiego rumowiska najpierw przyjechali kolejarze, bo trzeba było uruchomić trasę między Niemcami a Rosją, a zaraz po nich celnicy. Właśnie celnikiem był ojciec pani Alicji Kłaptocz – Jan Zelma. Żyli w okropnych warunkach, ale podtrzymywała ich nadzieja, że budują nową polską rzeczywistość. Pani Alicja opowiada o tych dwóch grupach, o których miasto zawsze powinno pamiętać. A ciągle nie ma w Kostrzynie pomnika pierwszych polskich mieszkańców. 

W oddzielnych rozdziałach wspomina kobiety, które zdecydowały się zamieszkać w tym początkowo bardzo męskim mieście. Trzeba było dużej odwagi, by zdecydować się na przeniesienie się z całą rodziną. Pani Alicja opowiada o tym procesie na przykładzie swojej rodziny. Prawie dwa lata trwało podejmowanie decyzji, gdzie będzie mieszkać jej rodzina. Celnicy to formacja podobna do wojskowej: rozkaz i trzeba jechać. Rodzina pani Alicji mieszkała w okolicach Brodnicy, a do Kostrzyna, gdzie został skierowany ojciec, było daleko i w zasadzie bez komunikacji. Każde odwiedziny rodzinnego domu wymagały od ojca wielkiego wysiłku i zawsze trwały za krótko. Dlatego mama zdecydowała: przenosimy się do Kostrzyna. Alicja początkowo była przerażona tym, co zobaczyła w nowym miejscu swojego życia, ale z czasem to miejsce stawało się coraz bardziej atrakcyjne.

W Kostrzynie było niewiele dzieci. Jeszcze nie uruchomiono szkoły, dzieci jeździły do Witnicy i Gorzowa specjalnym szkolnym wagonem. Przyznam, że wzruszył mnie rozdział o rówieśnikach, w którym autorka jest w stanie wymienić z imienia i nazwiska wszystkie dzieci z całego miasta. Bo była ich ilość policzalna.

Papiernicy niosący nadzieję

Ale nie tylko o latach czterdziestych traktuje książka. Ciekawy rozdział dotyczy uruchomienia fabryki celulozy i papieru, przez lata serca Kostrzyna. Ten

temat Alicja Kłaptocz omówiła szerzej w książce „Kostrzyńskie klimaty”, do której odsyła, a tutaj pisze o najważniejszych kwestiach z podaniem kilku nowych informacji. Temat jest jej szczególnie bliski, bo sama wiele lat pracowała w kostrzyńskiej „Celulozie”, także członkowie założonej przez nią rodziny.

Długo, bo prawie 10 lat, do 1956 roku trwało rządowe podejmowanie decyzji o odbudowie niemieckiej fabryki z przeznaczeniem do produkcji celulozy i papieru. Znów wszystko trzeba było budować niemal od podstaw, ale papiernicy przynieśli miastu nadzieję, bo powstawała nie tylko nowa fabryka, ale także nowe miejsca pracy, przyjechali nowi ludzie, a dla nich nowe domy, szkoła, szpital itp. Mówiło się, że „Celuloza” to Kostrzyn, a Kostrzyn to „Celuloza”. Wtedy nie przeszkadzał dym z fabrycznych kominów ani duszący zapach unoszący się od czasu do czasu nad całym miastem. To była cena postępu. Dopiero dziś mówi się o ekologii.

Granica i znów nowi ludzie

Jednym z problemów głównych miasta jest granica i różne etapy najpierw jej  zamykania, a potem otwierania. Pani Alicja, mieszkanka Kostrzyna od 1947 roku, osoba z kręgu miejscowej inteligencji, znająca język niemiecki, po raz pierwszy mogła pojechać do dawnej dzielnicy Kostrzyna, do Kustrin-Kietz dopiero w 1992 roku. Wspomina: Pamiętam, że z dużym przejściem podawałam funkcjonariuszowi Straży Granicznej mój paszport do wbicie pieczątki kostrzyńskiego przejścia granicznego. Historyczna dla mnie chwila. Jechałam na pierwsze odkrywanie Zaolzia, które dotąd dane mi było oglądać z polskiego brzegu rzeki”. A dalej jakby z rozczarowaniem: „Cała jazda trwała najwyżej 2-3 minuty”.

Zbadania przez historyków wymaga czas bezpośrednio powojenny, kiedy przez Kostrzyn w radzieckich pociągach jechał niemiecki majątek. Pani Alicja pamięta „berliniaka”, pociąg relacji Brześć-Berlin-Brześć, jedyny, którym mogli jeździć ludzie. Jej rodzina nim właśnie przyjechała do Kostrzyna. Autorka szukała informacji o tym pociągu w polskich i niemieckich źródłach. Poza ogólnikami, nie znalazła niczego. Pewnie wiedzę mogą poszerzyć tylko rosyjskie archiwa.

Podobnie domaga się analizy czas otwierania granicy, który już staje się historią, a z powodu czasowej bliskości, my jeszcze nie mamy takiego poczucia. Miasto bardzo zyskało dzięki uruchomieniu najpierw bazaru, a teraz skierowanej do Niemców oferty w różnych formach. Tylko w niewielkim stopniu ten międzynarodowy handel budowali zasiedziali mieszkańcy Kostrzyna. Znów przyjechali nowi, rzutcy ludzie, tym razem nie tylko z Polski. A Kostrzyn na nich zyskiwał. 

Światowcy

Ostatni rozdział jest próbą pokazania ogólnego portretu mieszkańców od kolejarzy przez papierników do – nie zawaham się powiedzieć – światowców, bo z Kostrzyna do Berlina tylko 50 kilometrów i pociąg co godzinę.

Alicja Kłaptocz podkreśla jeszcze jeden aspekt: mieszkańcy Kostrzyna docierali do tego miasta w różnych etapach jego rozwoju i z rozmaitych stron Polski, a nawet świata. Zacierały się różnice kulturowe, językowe, także religijne. Integrowały zawierane małżeństwa, a dzieci tu urodzone tworzyły nowy typ kostrzynianina „wolny od jakichkolwiek uprzedzeń pochodzeniowych”. Ale zaraz potem autorka zastrzega: „Czy tak jest rzeczywiście? A może tylko ja, gorąca patriotka lokalna, przyjazna wszelkim kostrzynianom niezależnie od tego, skąd się wywodzą, idealizuję naszą społeczność, widzę to, co chcę widzieć? Wszak żadnej sondy w tym temacie nie przeprowadzono…”.    

Na takie pytania odpowiedzieć muszą inni. Pani Alicja Kłaptocz swoimi – tylko z pozoru – rodzinnymi wspomnieniami otwiera nowy rozdział analizy historycznej i socjologicznej Kostrzyna. Czy na miejscu znajdzie się kontynuator/ka?

Książkę wydało Muzeum Twierdzy Kostrzyn, które prowadzi bardzo ożywioną działalność badawczą, ale przede wszystkim – zgodnie z nazwą – skierowaną ku starszej historii. Książką Alicji Kłaptocz dowodzi, że lata nowsze też są w zasięgu jego analiz.

***

Alicja U.M. Kłaptocz „Pionierskie lata powojennego Kostrzyna nad Odrą”, Kostrzyn nad Odrą 2017, wydawca Muzeum Twierdzy Kostrzyn. 184 s. Książka do kupienia u wydawcy. Korzystałam z egzemplarza przesłanego mi w prezencie. Dziękuję.