W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Czytaj ze mną »
Bogusława, Jagody, Katarzyny , 22 marca 2019

Barką po Warcie. Kto pisał o naszej rzece?

2018-12-30

medium_news_header_23641.jpg

Część pierwsza powieści Marka P. Wiśniewskiego „Rzeka szaleństwa” rozgrywa się na barce płynącej Odrą i Wartą ze Szczecina do Sieradza, przez Gorzów oczywiście.

Główny bohater  - Michał Marlowski otrzymał zlecenie dowiezienia barką oryginalnej kolumny, która ma zdobić ogród w sąsiedztwie Burzenina. Wyruszają w trójkę: kapitan Listkiewicz, bosman Hryciuk i Michał. Dwaj pierwsi są marynarzami z krwi i kości, pływali po lądach i oceanach, teraz tłuką się po rzece i aktualną  pracę traktują jako deprecjonującą. W opinii Hryciuka pływanie Wartą to pływanie po szuwarach. Michał nigdy dotąd nie pływał na żadnym statku. Nadzór nad ładunkiem przyjął ze względu na dobre wynagrodzenie. Całą podróż czytelnik obserwuje oczyma Marka – narratora. Jest maj. Już wiosennie, ale niekiedy jeszcze bardzo zimno, czasami pada deszcz.

Marek P. Wiśniewski zapewne także płynął Odrą i Wartą od Szczecina po Burzenin. A że to perspektywa rzadko oglądana, więc przedstawię ją obszernymi cytatami z książki.

*

Kapitan Listkiewicz pływał po morzach i oceanach, ale także wiele razy po Warcie. Za każdym rejsem rzeka okazywała się inna. Takie zmiany może obserwować tylko ten, kto związał się z rzeką na dobre i złe.

Listkiewicz miał duży zmysł obserwacji i zdolność zapamiętywania szczegółu, co było bardzo pomocne przy prowadzeniu statku na tak zaniedbanym szlaku. Ciekawe było też to, że wszystko postrzegał w czasie i wszystko widziane było przez niego jako zmienne. Mówił: teraz wygląda to tak, a rok temat wyglądało tak. Znał na pamięć całą rzekę, raz po raz zabawiając się w przypominanie, jak niegdyś wyglądał jakiś szczegół brzegu. Słuchałem tego z umiarkowanym zainteresowaniem, z jakim słucha się wynurzeń szefa-pierdoły na służbowym wyjeździe. Ciekawe było jednak to, w jaki sposób zawód – tu prowadzenie barki po w praktyce nieuregulowanej rzece – wpływa na widzenie rzeczywistości i pośrednio samego siebie. Wszystko było płynne, zmienne i właściwie tymczasowe (s.70).

*

W arkana nieznanego zajęcia wprowadzał Michała bosman Hryciuk. Nie była to zachęcająca lekcja:

- Słaby jesteś, oczywiście na razie – zaznaczył Hryciuk. Ale się wyrobisz. Dwa, trzy dni i się przyzwyczaisz. Zobaczysz sam. To tu pływanie to bułka z masłem. Roboty mało, byle się wciąć w rytm i jedziesz (s.31).

- Chłopie! Tu się nie pływa. Po Warcie jedna zaraza tylko lata. Płytko, krzaczory, nie ma gdzie stanąć i po co. A szlak jest tylko do Konina (s. 34 ).

*

Nasi bohaterowie w Kostrzynie wpłynęli z Odry na Wartę:

Warta przypominała kanał wyrąbany w zabagnionej, płaskiej równinie. Listkiewicz wspominał coś o parku narodowym i dzikim ptactwie, ale ja nic takiego nie zauważyłem. Niskie brzegi porośnięte były nieśmiertelnymi wierzbami, przetykanymi szpalerem topoli, czasami kępami olch. Zauważyłem więcej krów niż dzikich kaczek, a krajobraz nie uzasadniał w żaden sposób konieczności objęcia go szczególną ochroną (s.28).

*

Barka wpłynęła do Gorzowa.

We mgle miasto nie pokazało nam wiele ze swego uroku. Pomimo parady przez całą długość nabrzeży niczego ciekawego nie zauważyłem. Kilku penerów kręciło się pośród wędkarzy ślęczących nad zielonkawą wodą, jeden z nich przyjął cumy, dzięki czemu cała operacja poszła w miarę sprawnie. Bosman poszedł obgadać z kimś nasz postój. Gdy wrócił, zamknęliśmy wszystko, co dało się zamknąć, i poszliśmy do miasta na zakupy (s.48).

Zjedli po kurczaku z rożna, wypili piwo. W barze spotkali dawnego kolegę z rejsów, z którym bosman nie miał ochoty rozmawiać, w związku z tym szybko odcumowali i popłynęli dalej. Gorzów był dla nich tylko miejscem posiłku i zakupu pożywienia na dni następne.

*

Ciąg dalszy spokojnego rejsu:

Do Santoka nic nie przerywało monotonii powolnego wspinania się w górę rzeki. Te same brzegi porośnięte bliźniaczymi rzędami wierzb, resztki rozmytych ostróg, okupowanych przez wędkarska stonkę, smętnie sterczącą w otoczeniu plastikowych butelek, resztek po ogniskach i nieśmiertelnych białych torebek. Na koniec te same niezdrowo wyglądające topole i dęby, wystające co jakiś czas zza wałów (s. 52).      

*

Bohaterowie mieli w planie zatrzymanie się w Skwierzynie, ale ostatecznie zacumowali poza portem, bo...

Mijaliśmy budynki stanicy wodnej czy hotelu z przystanią. Przy nabrzeżu kołysało się kilka motorówek. Na tarasie hotelu i wokół niego kręcili się odświętnie ubrani ludzie i raz po raz przebiegały grupki dzieciaków.

- Komunia. Gdzie ty się chcesz pchać. – Bosman roześmiał się, zginając wpół. – Spójrz na siebie. Wyglądasz, jakby cię z haka zdjęli. – Rechotał zachwycony swoim dowcipem (s.53-54).

*

Przed Międzychodem:

Rzeka wypiękniała. Okolica zafalowała nachylającymi się w stronę doliny pagórkami, oddzielonymi od siebie głębokimi, zadrzewionymi dolinami. Po lewej, na horyzoncie ciemniała Puszcza Notecka, odprowadzana sięgającymi samej rzeki, gęstym pasiakiem pól. Po prawej, płaskie, trawiaste dno doliny raptownie się podnosiło, by łanami zielonego jeszcze zboża zniknąć na szczytach pagórków. Rzeka zwężała się do najeżonej ostrogami wstęgi, by niemal natychmiast rozlać się leniwie po wały przeciwpowodziowe, podtapiając niżej położone łąki. Koło południa na moment wyjrzało słońce. Pachniało sianem, świeżą zielenią i wodą. Rzeka nabrała szafirowej barwy, co w połączeniu z intensywnością późnomajowej zieleni dawało heroinowy, psychodeliczny efekt (s.61).

*

Poznań to miasto dobrze znane Michałowi. Tam studiował, tam przeżywał pierwszą miłość. A mimo to…

Minęliśmy most kolejowy, będący, sądząc z zachowania kapitana i statku, nie lada problemem nawigacyjnym, i wpłynęliśmy w miasto. Szliśmy betonowym korytem prowadzącym środkiem płaskiego kanionu rozdzielającego miasto na dwie części. Nienawiść miasta i rzeki. Mgła płynęła doliną, nie próbując nawet wypłynąć poza jej krawędź, mając świadomość wrogości miasta przyczajonego u góry. Stałem na dziobie, patrząc, jak mija moje miasto. (…) Miasto nie przygarniało rzeki, tak by stała się jego częścią i składnikiem, jak czynią to inne. Miasto i rzeka żyły obok siebie, ignorując swoją obecność i podkreślając swoją osobność jak wyprane z miłości i wzajemnego szacunku małżeństwo, egzystujące w milczącym układzie dzień po dniu. Sunąłem we mgle, płynąc rzeką i myśląc o wszystkim, co łączyło mnie z tym, ponad moją głową. Widziałem skrawki budynków, drzewa i wszędobylskie śmieci. I nie czułem nic, poza nie do końca sprecyzowanym żalem czy nostalgią, z jaką wspomina się, miejsca letnich wakacji z czasów dzieciństwa (s.66-67).

*

Z tej relacji wyraźnie widać, że podróż Wartą do przyjemności nie należy. Oprócz monotonii przemieszczania się głównemu bohaterowi bardzo przeszkadzał wieczny smród oleju, który służył do napędu. Mimo płynięcia po rzece, nie miał czym oddychać, a nawet wszystkie ubrania były nasiąknięte tym silnym zapachem.

*

Nasza kochana Warta występuje w polskim hymnie, jest u Długosza, a w popularnym wierszu Jana Brzechwy „Kłótnia rzek” pokazana jest jako inicjatorka wielkiej awantury. Ale nie znam książki, w której byłaby tak ważna jak Niemen w „Nad Niemnem” albo Łośna w „Wiernej rzece”.

A może nie mam racji. Może ktoś z czytelników tej rubryki pomoże mi znaleźć utwór literacki z rzeką Wartą jako miejscem ważnym dla akcji i bohaterów?

Bardzo proszę o przesłanie informacji na adres redakcja@echogorzowa.pl

***

Marek P. Wiśniewski „Rzeka szaleństwa”, Warszawa 2010, wyd. SOL, 334 s. .