W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x

Jesteś tutaj » Home » Sport - żużel »
Bolka, Cezaryny, Marioli , 25 marca 2019

Żużlowiec, który uciekł z radzieckiego transportu

2016-03-01

Na przestrzeni siedmiu dekad gorzowski żużel nie tylko rozwinął się organizacyjnie, ale przede wszystkim sportowo. Żeby jednak dojść do dziesiątek medali mistrzostw świata, Europy czy ponad stu medali mistrzostw Polski, ktoś kiedyś musiał dać początek rozwojowi tej dyscypliny w naszym mieście.

medium_news_header_14009.jpg Dawna Stal Gorzów. Od lewej Kazimierz Wiśniewski, Marian Kaiser, Tadeusz Gomoliński i Tadeusz Stercel

Zapaleńców było wielu, a jednym z nich był Tadeusz Stercel, człowiek skądinąd zagadkowy, czego przykładem jest choćby… data urodzenia. 

We wszystkich możliwych publikacjach, a nawet w akcie zgonu czytamy, że Tadeusz Stercel na świat przyszedł 26 października 1927 roku. Kiedy jednak spojrzymy na nagrobek na poznańskim cmentarzu Miłostowo okazuje się, że jest tam wybity rocznik 1925. Czyżby kamieniarzowi w pewnej chwili wymknęło się z ręki dłuto? – długo się zastanawiałem, ale moje wątpliwości szybko rozwiewa syn Tadeusz Stercla – pan Władysław.

- Wie pan, czasy pod koniec wojny na kresach wschodnich były trudne. Trwały prześladowania, wywózki, mordowano. Zwłaszcza Polaków. Ojciec miał blisko 20 lat i upomniała się o niego Armia Czerwona. On tam nie chciał iść. Zdołał uciec z kilkoma kolegami z transportu jadącego gdzieś w głąb ZSRR zapewne na niechybną śmierć. Żeby nie być potem ścigany sfałszował dokumenty, w tym rok urodzenia – opowiada, ale nie rozwija dogłębnie tematu, ja nie pytam dalej. To wystarczy.

Krótko po tym Tadeusz Stercel przyjechał do Gorzowa z rodzicami i tu zaznał wreszcie spokoju. Rozpoczął też przygodę z motocyklami. Pierwsza była Unia, to do niej trafił. Kiedy powstała Gwardia przeszedł tam, lecz kiedy na początku 1950 roku chciano zwolnić z klubu wszystkich cywilnych pracowników, Stercel razem z Kazimierzem Wiśniewskim, Marianem Kaiserem i Tadeuszem Gomolińskim nie byli z tego zadowoleni, choć mogli dalej jeździć. Wybrali inną drogę. Wzięli własnoręcznie skonstruowane motocykle i poszli przekonywać dyrektora Ursusa Jana Kocota, żeby ich przygarnął. – Czemu nie, żużel w mieście jest popularny, otwieramy sekcję w Stali – powiedział dyrektor i dał ambitnym zawodnikom pomieszczenie na zorganizowanie warsztatu.

Tadeusz Stercel jeździł z kolegami w Poznańskiej Lidze Okręgowej, indywidualnie wyróżniał się sporymi umiejętnościami, czego przykładem były liczne sukcesy. Nie na skalę krajową, ale regionalną. W 1948 roku na stadionie przy ul. Myśliborskiej gościliśmy ówczesnego wicemistrza Polski w klasie 250 ccm Alfreda Smoczyka, który wygrał w drugim turnieju o Złoty Puchar Ziemi Lubuskiej. Tadeusz Stercel uplasował się na czwartej pozycji. Ale rok później wygrał już w klasach do 250 i 350 ccm, natomiast w finałowym biegu open był trzeci. W 1950 roku został mistrzem okręgu zielonogórskiego, a rok później wygrał turniej o ,,Stalowy But’’. To były czasy, kiedy jeżdżono na wszystkim co miało silnik i dwa kółka. Takie motocykle nazywano ,,przystosowanymi’’.

Niestety, decyzja o reorganizacji sportu w Polsce i powołaniu centralnych zrzeszeń spowodowała, że w 1952 roku Tadeusz Stercel przeniósł się do Ostrowa. Dla niego był to awans sportowy, gdyż z tamtejszą drużyną Stali mógł posmakować jazdy w ekstraklasie. Swój debiut zaliczył 4 maja w Rawiczu, gdzie w trzech startach zdobył cztery punkty, a jego zespół wygrał 30:23. Potem już tak dobrze nie było, gdyż Stal przegrała pozostałe cztery mecze i zajęła siódme miejsce w rozgrywkach. Na co dzień Stercel, który wystąpił w czterech spotkaniach, pracował w ZMG jako szlifierz tłoków, a w innych zawodach dalej jeździł jako zawodnik gorzowskiej Stali. Tak samo było w sytuacji Mariana Kaisera. Wszystko zmieniło się w przerwie zimowej, kiedy zapadła decyzja o przeniesieniu centralnego zrzeszenia z Ostrowa do Świętochłowic. W 1953 roku Tadeusz Stercel nie jeździł w lidze, powrócił do niej rok później. W Świętochłowicach Sterclowi ponownie nie szło najlepiej, podobnie jak całej drużynie, która na 18 meczów zdołała odnieść tylko jedno zwycięstwo (nad Górnikiem Rybnik 32:22).

Jesienią tegoż roku nastąpiła długo oczekiwana decentralizacja. Wszyscy mogli powrócić do macierzystych klubów, o ile oczywiście chcieli. Stercel razem z Wiśniewskim natychmiast wsiedli w pociąg i przyjechali do Gorzowa. Przywieźli ze sobą także niemal całą drużynę Stali Świętochłowice. Chcieli pokazać kibicom na czym polega nowoczesny żużel. Zawodnicy z Górnego Śląska mieli do dyspozycji angielskie motocykle JAP i na torze przy ul. Śląskiej zorganizowali mistrzostwa federacji Stal. Zainteresowanie zawodami było bardzo duże, o imprezie napisał również tygodnik Motor. Co ciekawe, ani dziennikarz ani tym bardziej kibice nie zauważyli, że podczas turnieju doszło do humorystycznego zdarzenia. Na starcie pojawiło się dziewięciu żużlowców, w tym 16-letni Paweł Waloszek. Ale stawiający dopiero pierwsze kroki na torze późniejszy wicemistrz świata nie wystartował. Był jeszcze zbyt młody, a warunki torowe były trudne. W biegach, w których miał jechać startował Stercel, uprzednio zakładając jego numer startowy. Kiedy doszło do wyścigu, gdzie programowo mieli obaj startować z numerem Waloszka wyjechał Roman Staneczko.

Powrót naszych doświadczonych zawodników pozwolił na rozpoczęcie prac nad budową nowej drużyny i własnego motocykla, w czym duży udział miał Stercel. Zresztą miał on smykałkę do mechaniki, czego dowodem jego późniejsza praca zawodowa. Przy ul. Drzymały postawił warsztat, w którym produkował poszukiwane na rynku części samochodowe, motocyklowe, a z czasem też grzejniki.

- W najlepszym okresie nasza oferta składała się z około dwustu asortymentów, to była duża działalność – przypomina syn Władysław, który po szkole zawodowej pracował u ojca.

Tadeusz Stercel z zespołem Stali przeszedł całą drugoligową drogę w latach 1955-61. Nie był to dla niego łatwy czas, gdyż rozwijając działalność gospodarczą bardzo oddał się pracy, ale nie chciał rozczarować kolegów i starał się być zawsze maksymalnie przygotowany do meczów ligowych. 

- Bywały takie mecze, że po ukończonym wyścigu zsiadał z motocykla i od razu kładł się na trawie i… zasypiał. Koledzy budzili go przed kolejnym startem. Z tego okresu pamiętam, jak tata kupił jawę 250 i latem podróżował nią na mecze, czasami mnie zabierając. Oczywiście nie wszędzie, ale pamiętam na przykład wyjazd do Rawicza, gdzie trochę kilometrów było – opowiada dalej jego syn, który przypomina też, że ojciec był bardzo dobrze rozpoznawalny i lubiany przez gorzowskich kibiców. Nic dziwnego, przez pierwsze lata był liderem Stali, potem musiał ustąpić pola Edmundowi Migosiowi, ale do końca startów w drugiej lidze należał do czołowych zawodników.

Po awansie do ekstraklasy Tadeusz Stercel pomógł jeszcze kolegom utrzymać się w krajowej elicie, po czym zakończył karierę, całkowicie oddając się pracy zawodowej. W jego ślady próbował pójść syn.

- Miałem 16 lat, to było w 1965 roku, a więc w tym samym kiedy Edek Jancarz zdał licencję i Nawet mi dobrze szło na treningach, które prowadził Kazimierz Wiśniewski. Niestety, pewnego dnia tata kategorycznie zabronił mi więcej chodzenia na stadion, gdyż w warsztacie było bardzo dużo pracy, a ja jeszcze się uczyłem. I tak zostałem tylko kibicem, a najbardziej uwielbiałem oglądać Mariana Kaisera, który jako pierwszy z Polaków opanował brytyjski styl jazdy na wirażach. Nauczył się tego podczas rocznej jazdy w Anglii w 1959 roku. Miał on naprawdę piękny, jak na ówczesne czasy, styl jazdy. Ponadto często gościł u nas w domu, bo razem z tatą byli serdecznymi kolegami. Zresztą był to człowiek żyjący na wesoło, rozluźniony, nic dziwnego, że z czasem wybrał wolność w Niemieckiej Republice Federalnej  – podkreśla.

Tadeusz Stercel jeszcze w latach startów w Gorzowie rozpoczął budować dom w Poznaniu, ale do stolicy Wielkopolski na stałe wyjechał dopiero w 1971 roku. Założył tam również warsztat i zajmował się już tylko produkcją części samochodowych i motocyklowych. Jak mówi pan Władysław dla niego ta praca była wielką pasją. Nie zapomniał jednak o żużlu. Jak tylko na poznańskim Golęcinie odbywały się zawody na trybunach nie mogło zabraknąć jego ojca. Szczególnie w 1981 roku, gdy w stolicy Wielkopolski przez cały sezon jeździła Stal, mająca wyłączony ze względu na remont stadion przy ul. Śląskiej. – Często razem chodziliśmy na mecze. Do dzisiaj zresztą interesuję się tym sportem – zaznacza Władysław Stercel.

Niestety, Tadeusz Stercel miał kłopoty ze zdrowiem, szczególnie z sercem. Przeszedł dwa zawały. Trzeciego już nie przeżył. Zmarł 23 kwietnia 1991 roku, zabierając też ze sobą tajemnicę o swojej prawdziwej dacie urodzenia.

Robert Borowy