W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x

Jesteś tutaj » Home » Sport - żużel »
Jadwigi, Leonarda, Teresy , 15 października 2018

Wojownik, którego kontuzje nie omijały

2018-02-12

Jedną z barwniejszych postaci gorzowskiego żużla w latach wielkich sukcesów Stali był Marek Towalski.

medium_news_header_20925.jpg

W osiągnięciach sportowych nigdy nie dorównał Edwardowi Jancarzowi, Zenonowi Plechowi czy nawet Jerzemu Rembasowi, ale swoją postawą zyskał sympatię wielu kibiców.

Marek Towalski na świat przyszedł 18 maja 1956 roku jako gorzowianin z krwi i kości. Jak mówi, do żużla ciągnęło go od dziecka. Z pierwszych lat chodzenia na stadion najbardziej zapamiętał Bronisława Rogala. Chciał jak najszybciej pójść w jego ślady. Kiedy zgłosił się do szkółki trafił na Andrzeja Pogorzelskiego. Po kilku treningach Edward Jancarz popatrzył na filigranowego chłopaczka i poradził mu, żeby najpierw nabrał masy. Zaproponował mu nawet, żeby poszedł grać w... hokeja.

Oszukał lekarza

- I poszedłem do Stilonu, zgłaszając się od razu na bramkę, bo bramkarze ubierali się w ciężki sprzęt – wspomina. – Pomyślałem sobie, że od tego samego dźwigania bramkarskiego stroju szybciej nabiorę masy – śmieje się i szybko dodaje, że z przyjemnością wraca pamięcią do tych kilku miesięcy występowania na lodowej tafli.

- Stilon miał wówczas silną drużynę seniorów, juniorzy również jeździli po całej Polsce, my byliśmy natomiast ich bezpośrednim zapleczem, poznającym dopiero tajniki gry. Choć byłem krótko zdążyłem poznać niemal wszystkich zawodników, z którymi potem często utrzymywałem dobre kontakty – podkreśla.

Po powrocie na tor Marek Towalski szybko poznał podstawowe tajniki jazdy i egzamin licencyjny zaliczył przed meczem Polska – Wielka Brytania, który w czerwcu 1973 roku odbył się w Gorzowie. Atmosfera towarzysząca temu spotkaniu była gorąca, nie tylko ze względu na ładną pogodę, ale przyjazd wielkich gwiazd światowego żużla, z Ivanem Maugerem na czele. Polacy pewnie zwyciężyli 75:33, a kompletem 18 punktów popisał się ówczesny najmłodszy w historii indywidualny mistrz Polski Zenon Plech.  

- Zdać egzamin to było jedno, ale nauczyć się ścigać na torze to drugie – tłumaczy Marek Towalski. – W krótkim czasie miałem mnóstwo różnych urazów, w tym dwa razy uszkodziłem sobie staw skokowy, miałem kontuzję kolana, złamałem obojczyk. Spora ilość upadków brała się ze słabych umiejętności i przerostu ambicji. Pamiętam, jak pod koniec mojego debiutanckiego sezonu jechaliśmy towarzyski mecz z Wybrzeżem Gdańsk. W drugim starcie złamałem kość strzałkową w lewej nodze. W tej, gdzie każdy ma na stopie laczek. Ledwo doszedłem do pomieszczenia, gdzie siedział lekarz Henryk Gola. Mówi do mnie, żebym pokazał mu tę nogę. A ja wystawiłem mu prawą. On nie wiedział, którą sobie uszkodziłem. Zbadał z wszystkich stron i stwierdził, że mogę jechać dalej. Szczęśliwy wsiadłem na motocykl i kiedy dotknąłem potem tą złamaną nogą toru, to jakby ktoś mi na żywca ją ciął, taki był ból. Tak, to był ten przerost ambicji  – przyznaje.

Zakończył karierę Puzona

Pierwszy sezon startów zakończył jednak znaczącym osiągnięciem. W lidze pojechał co prawda tylko raz, z Unią Leszno, i choć nie ukończył żadnego z dwóch biegów mógł świętować ze Stalą drużynowe mistrzostwo Polski. I to dosłownie, bo akurat spotkanie z Unią odbywało się w chwili zdobycia przez gorzowian drugiego w historii tytułu i nadkomplet publiczności razem z zawodnikami celebrował ten sukces.

- Absolutnie nie przypisywałem sobie jakiegokolwiek wkładu w ten sukces – mówi. – Tak akurat jednak wyszło, że mój debiut przypadł na to spotkanie, kiedy wiadomo było, że cały Gorzów będzie świętował mistrzostwo. Już długo przed meczem rozpoczęło się to świętowanie, boi nie wszyscy chętnie mogli dostać się na stadion. Mnie zaś zjadła trema. Kiedy wyjechałem do swojego pierwsze w karierze biegu ligowego, Jurek Padewski, z którym jechałem, powiedział, żebym stanął na drugim polu, a on pójdzie na ostatnie. I po starcie wszyscy zaczęli się składać do krawężnika, a ja tak się pogubiłem, że wjechałem na trawę. Zostałem oczywiście wykluczony – przypomina.

W następnym sezonie tych startów ligowych było więcej, pojawiły się nawet pierwsze punkty. Jeden z nich zdobył na Andrzeju Pogorzelskim i z tym wiązała się ciekawa historia. Andrzej Pogorzelski, nazywany przez kolegów ,,Puzonem’’, do Stali przyszedł ze Startu Gniezno w 1962 roku. W 1973 roku powrócił w rodzinne strony, gdyż pochodził z Leszna i jeszcze przez dwa sezony jeździł w lidze w barwach tamtejszej Unii. Jego pożegnanie z torem było takie jak cała jego kariera. Niekonwencjonalne z powodu… Marka Towalskiego. Nastąpiło to w ostatniej kolejce ligowej w 1974 roku, w której Unia podejmowała Stal Gorzów. W pierwszym wyścigu Pogorzelski przyjechał do mety trzeci. Tuż za nim był 18-letni jego wychowanek z Gorzowa.

- Mogłem spokojnie minąć Andrzeja na trasie, ale czułem wobec niego duży szacunek i po prostu głupio mi było przyjechać przed nim – opowiada Marek Towalski. – Kiedy zjechałem do parkingu zebrałem ostre cięgi od chłopaków, bo wszyscy widzieli, że powinienem wygrać. Chwilę potem znowu jechaliśmy i tym razem wyprzedziłem ,,Puzona’’, gdyż nie chciałem ponownie dostać bury. Zjeżdżamy do parkingu, wszyscy mnie poklepują a po chwili nasi chłopacy z taką ironią zaczęli żartować z Andrzeja, że przegrał z takim nowicjuszem jak ja, którego przecież przyjmował do szkółki – przyznaje.

Najciekawsze, że wysłuchawszy żartów Andrzej Pogorzelski odwrócił się na pięcie i poszedł do szatni. Tam przebrał się w garnitur i powiedział, że właśnie zakończył karierę zawodniczą.

Transfer, do którego nie doszło

Mimo wygranej z trzykrotnym drużynowym mistrzem świata i swoim nauczycielem Marek Towalski wiedział, że z taką jazdą, jaką w tym czasie prezentował, nie miał szans na wywalczenie stałego miejsca w zespole. Tym razem wicemistrzów Polski, bo Stal przegrała na finiszu rozgrywek walkę o złoty medal z Włókniarzem Częstochowa. W porozumieniu z trenerem Ryszardem Nieścierukiem i działaczami podjął decyzję o przeniesieniu się do Gniezna.

- Moja przygoda z nowym klubem tak naprawdę nigdy nie doszła do skutku – opowiada dalej. – Owszem, na początku sezonu pojechałem do Gniezna. Ze Stali dostałem nawet sprzęt i na drugim lub trzecim treningu odnowiła mi się kontuzja obojczyka. To były takie czasy, że raczej nie operowano na siłę złamań i po wcześniejszym złamaniu czekałem aż kość sama się zrośnie. Kiedy upadłem ponownie obojczyk od razu pękł. Wróciłem do Gorzowa, wziąłem się za porządne leczenie i na tor powróciłem dopiero w następnym roku – tłumaczy.

Nie chciał już próbować szczęścia w innym klubie. Pozostał w Gorzowie i wziął się do ciężkiej pracy. Ale jak pech, to pech. Pod koniec kwietnia pojechał na młodzieżowy czwórmecz do Gniezna i w drugim biegu stał się ofiarą niecodziennego wypadku. Jadąc po szerokiej na drugim łuku w pewnym momencie zauważył, jak leci na niego z góry motocykl. To był motocykl leszczynianina Stanisława Turka, który jadąc przy krawężniku wpadł w nierówność i tak mu wyrwało maszynę, że nie był w stanie jej utrzymać.

- Obudziłem się w szpitalu i nagle usłyszałem jak pielęgniarka krzyczała do lekarza, że pacjent powrócił. Nie rozumiałem o co chodzi. Przyszedł lekarz, zapytał się, jak się nazywam, odpowiedziałem mu, ale na kolejne pytania, gdzie się znajduję, co robię w Gnieźnie, nie za bardzo potrafiłem od razu odpowiedzieć. Dopiero po rozmowie przypomniałem sobie praktycznie wszystko oprócz samego wypadku – przypomina.

Marek Towalski miał bardzo silne wstrząśnienie mózgu. Chciał jednak jak najszybciej wracać do domu i wpadł na pomysł, żeby nie brać tabletek, które garściami dostawał i po których ciągle spał. Po trzech dniach został na własną prośbą wypisany ze szpitala.

- Przyjechał po mnie Jurek Padewski i w drodze do Gorzowa strzeliłem sobie kielicha. Boże, myślałem że nie przeżyję tej drogi. Dojechałem całkowicie wyczerpany i przez kilka kolejnych dni dochodziłem do zdrowia. Zrozumiałem wówczas, jak organizm dramatycznie reaguje na wstrząśnienie mózgu. Po takim zdarzeniu konieczny jest odpowiedni odpoczynek i regeneracja organizmu – wyjaśnia.

Chciał do ligi angielskiej

Gdy już wrócił do ścigania poprzysiągł sobie, że każdy następny wypadek będzie oznaczał rezygnację z dalszej jazdy, ale słowa nie dotrzymał. Ledwo powrócił na tor i ponownie przydarzył mu się kolejny upadek. Z winy rywala, któremu zdefektował motocykl, na który wpadł. Na szczęście bez poważniejszych konsekwencji zdrowotnych.

- Mocno postawiłem na indywidualne zajęcia, bardzo dużo trenowałem i z czasem okazało się, że przestałem upadać – mówi dalej. – Dzisiaj, jak sięgam pamięcią do tamtych lat, jestem szczęśliwy, że żaden z zawodników w wyniku mojej jazdy nigdy nie ucierpiał. Nie złamał nawet palca. Ja z kolei wielokrotnie byłem kontuzjowany w wyniku nie zawsze czystej jazdy rywali. Ale taki jest ten czarny sport – przypomina.

Od 1976 roku Marek Towalski coraz częściej znajdował miejsce w składzie ligowym i z każdym sezonem podnosił średnią biegową. W 1979 roku w Lesznie został indywidualnym wicemistrzem Polski juniorów, przegrywając jedynie z Mariuszem Okoniewskim. W finale Srebrnego Kasku na zielonogórskim torze przegrał zaś tylko z Romanem Jankowskim. Już rok wcześniej miał on sporą szansę pokazania się w finałowym turnieju o Srebrny Kask. Do Opola jednak nie pojechał, bo został wykluczonych z tych zawodów przez zarząd Stali.

- Kilka dni przed finałem mieliśmy mecz ligowy u siebie z Wybrzeżem. Jeździło mi się znakomicie, w ogóle znajdowałem się wtedy w fenomenalnej formie. W jednym z biegów Bolek Proch ostro mnie wywiózł w płot, ale jakoś się utrzymałem. Po zjechaniu do parkingi Stasiu Maciejewicz powiedział mi, żeby poszedł do Procha i wyjaśnił mu, że tak nie należy jeździć. Zrobiła się nerwowa sytuacja. Do akcji potem wkroczył zarząd, który mnie zawiesił i straciłem szansę zdobycia tego trofeum – dodaje.

W następnym roku, ponownie w Zielonej Górze, sięgnął ze swoim rówieśnikiem Jerzym Rembasem po srebrny medal w parach, a w 1981 roku w Toruniu obaj stanęli na najwyższym stopniu podium.

Dla Marka Towalskiego 1981 roku był nie tylko z tego powodu bardzo udany. W lidze jeździł znakomicie, pod względem średniej biegowej w zespole Stali ustąpił jedynie Edwardowi Jancarzowi i Jerzemu Rembasowi. W indywidualnych mistrzostwach świata dotarł do finału kontynentalnego. W Pradze miał kłopoty ze sprzętem i znalazł się dopiero na 14 miejscu. I kiedy wydawało się, że wszystkie żużlowe drzwi zostały właśnie przed nim otwarte, nagle podjął decyzję o zakończeniu kariery.

- Powód tej decyzji był jeden – kontynuuje. – Nie dostałem zgody na wyjazd do ligi angielskiej, choć miałem to obiecywane przez kilka lat. To był czas, że nie zależało mi na pieniądzach a rozwijaniu umiejętności. Tylko starty w lidze brytyjskiej taką realną szansę umożliwiały. Chodziło głównie o dostęp do najlepszego światowego sprzętu. Byłem rozczarowany postawą działaczy, ale nie tylko. Rozmawialiśmy konkretnie, po męsku, a potem usłyszałem dziecinne wymówki. Uznałem, że skoro ktoś nie potrafi dotrzymać danego mi słowa, to nie może liczyć na mnie – mówi wprost, choć w połowie sezonu dał się przekonać do powrotu na tor. Dzisiaj tłumaczy, że miało to związek z prowadzoną przez niego firmą krawiecką.

- To były trudne lata dla prywatnej inicjatywy, do tego mieliśmy stan wojenny, problemy zaopatrzeniowe – wylicza. – W tym momencie klub pomógł mi, dlatego zgodziłem się pomóc drużynie, która walczyła o powrót na mistrzowski tron.

Najważniejsze dobro drużyny

Nie udało się jednak sięgnął po mistrzostwo Polski. Stal zakończyła sezon na trzeciej pozycji, a Towalski zdążył odjechać połowę meczów. Brak startów w pierwszej fazie rozgrywek spowodował, że nie był jednak w najwyższej formie.

W 1983 roku ponownie świętował ze Stalą mistrzostwo Polski. Rok później wystąpił tylko w pierwszych czterech meczach ligowych. Po wypadku w spotkaniu z Apatorem Toruń jego noga trafiła do gipsu. I to był jego ostatni ligowy występ w karierze.

- Po zdjęciu gipsu chciałem jeszcze raz spróbować – wraca pamięcią do 1984 roku. –  Na jednym z treningów jechałem z Edkiem Jancarzem. W pewnej chwili na drugim łuku Edka wyniosło szeroko, a ja tamtędy akurat jechałem, i tak niefortunnie mnie trącił, że upadając uderzyłem się kierownicą. Złamałem mostek oraz żebro. W tym momencie powiedziałem sobie, że to już nie ma sensu. Może bym jeszcze wrócił, ale był to czas inwestowania klubu w młodych chłopaków. Pojawili się Krzysiek Grzelak, Rysiek Franczyszyn, Mirek Daniszewski. Dla nich szybciej znajdowano sprzęt niż dla mnie. Nie miałem własnego motocykla, jeździłem na czym popadło, a to nie sprzyjało dobrym wynikom i pracy nad budową wysokiej formy. Do tego nie żyłem z żużla. Miałem dobre zajęcie, nieźle zarabiałem i działacze to widzieli. Myślami rzeczywiście coraz bardziej byłem poza żużlem i gdy zapadła decyzja o całkowitym wycofaniu się, miesiąc czy dwa później wyjechałem do Niemiec – przypomina.

W Hamburgu z czasem założył działalność gospodarczą i dopiero przed kilkoma laty powrócił do Gorzowa.

Marek Towalski, jak sam przyznaje, na tle wielu bardziej utytułowanych kolegów nic wielkiego w żużlu nie osiągnął. Ci co pamiętają go z torów mają jednak inne zdanie. To był jeden z największych wojowników wielkiej Stali.

- Miałem taki charakter, że zawsze liczyło się dla mnie dobro drużyny. Wszystko jej podporządkowywałem. Dzisiaj jestem z tego dumny, bo choć minęło ponad 30 lat dalej tworzymy wspaniały zespół. Często się spotykamy przy różnych okazjach, jesteśmy przyjaciółmi. I tak już zapewne pozostanie do ostatnich naszych dni – przyznaje.

W sumie ze Stalą wywalczył 10 medali w lidze. Wystąpił w 136 pojedynkach i zdobył 894 punkty.

Robert Borowy