W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x

Jesteś tutaj » Home » Sport - żużel »
Klaudyny, Romana, Tomasza , 18 listopada 2019

Był uparty i dlatego został mistrzem Polski

2019-08-07

Nie wszyscy żużlowcy w ponad 70-letniej historii Stali Gorzów odgrywali pierwsze skrzypce. To naturalne, bo mistrzami mogli być tylko nieliczni, ale wszyscy zasługują na wielki szacunek.

medium_news_header_25474.jpg Fot. Mirosław Wieczorkiewicz Roman Jóźwiak

Do grona tych, którzy zapisali się w historii klubu, ale wielkimi mistrzami nie byli należał Roman Jóźwiak, którego właśnie pożegnaliśmy na zawsze. Jako młody chłopak chciał zostać żużlowcem i został w 1969 roku. W roku, w którym gorzowianie pierwszy raz w historii zostali drużynowymi mistrzami Polski. To były czasy, w których przebicie się do pierwszego składu graniczyło niemal z cudem. Roman Jóźwiak dał radę uczynić to rok później. Zadebiutował w meczu z Wybrzeżem Gdańsk. Nie był to najlepszy debiut, gdyż raz upadł i raz dojechał do mety na końcu stawki. Początek jednak zrobił, marzenie zostania prawdziwym żużlowcem spełnił. W tymże roku pojechał jeszcze u siebie w jednym biegu z ROW-em Rybnik oraz na wyjeździe w Lesznie i tam wywalczył premierowy punkt.

W następnym sezonie było nieco lepiej. Jóźwiak jeździł częściej, ale z punktowaniem nie było łatwo. W sumie w siedmiu meczach zebrał pięć oczek, lecz był to nadal bardzo młody chłopak, zaledwie 18-letni.

- W tamtych czasach nie było biegów młodzieżowych, jak teraz. Od razu trzeba było walczyć z najlepszymi w kraju i o te punkty było naprawdę ciężko – niedawno opowiadał w rozmowie z nami.

W 1971 roku cieszył się z pierwszego medalu. Srebrnego. Niestety, był to też czas licznych kontuzji. Chęci nie zawsze szły bowiem w parze z umiejętnościami. A i żużel w tamtych latach był niebezpieczny, o bandach dmuchanych nikt nie myślał. Już w następnym roku lekarze powiedzieli mu wprost, żeby jak najszybciej zakończył ściganie, bo może się to źle skończyć dla jego zdrowia.

- Ja jednak się uparłem i postanowiłem dalej jeździć – mówił dla naszego portalu przed czterema laty. -  Rok później, czyli w 1973 roku w Częstochowie miałem upadek, w wyniku którego poważnych obrażeń doznała moja ręka i groził mi nawet jej bezwład. Nie chciałem się jeszcze poddać, ale uczyniłem to definitywnie w następnym roku, mając zaledwie 21 lat. Był to czas, kiedy w naszej drużynie były już gwiazdy najwyższych lotów, a ja nie należałem do najbardziej uzdolnionych zawodników i trudno było mi walczyć o miejsce w składzie. Nie chciałem natomiast wyjeżdżać do innego miasta – tłumaczył.

Zanim definitywnie odstawił motocykl do warsztatu został razem z zespołem mistrzem Polski. Zapytany, czy czuł z tego dumę, z najwyższą skromnością wyjaśnił, że jego wkład w ten złoty medal był skromny.

- Łatwo można sprawdzić, że mój wkład w sięgnięcie przez Stal złotego medalu w 1973 roku nie był duży, gdyż ze względu na wspomnianą kontuzję ręki pojechałem tylko w 14 wyścigach, w których zdobyłem zaledwie kilka punktów. Ale w klubie doceniono również moją postawę i wraz z całym zespołem w nagrodę pojechałem na wycieczkę do Soczi. Dlatego mam satysfakcję, że zapisałem się w historii nadwarciańskiego żużla – zaznaczył i przypomniał, że w ostatnim roku startów w 1974 roku odebrał też srebrny medal.

Po zakończeniu kariery Roman Jóźwiak pozostał wiernym kibicem żużla. Jak mówił, mieszkając blisko stadionu grzechem byłoby nie zaglądanie na niego podczas fajnych imprez.

Orszak Trzech Króli w Gorzowie 2019 rok. Od lewej: Jerzy Rembas, Ryszard Dziatkowiak i Roman Jóźwiak          Fot. Robert Borowy

- Przy czym od razu przyznaję, że to już nie jest ten sport co kiedyś. Oczywiście, czasy się zmieniają, to i żużel musi się zmieniać. Mnie najbardziej martwi brak własnych wychowanków. I nie dotyczy to tylko Stali Gorzów, ale większości klubów. Dlatego doceniam zespoły, które starają się zachować jakąś proporcję. Tylko drużyny mające w swoich składach 50-60 procent wychowanków mogą mówić dumnie, że reprezentują własne miasto. Swoi zawodnicy inaczej podchodzą do jazdy, inaczej też są odbierani przez kibiców. A najemnicy? Przyjadą, odjadą mecz, zainkasują pieniądze i tyle ich widać. Dzisiaj pozostały głównie klubowe herby – szczerze wypowiadał się też na temat dzisiejszych realiów panujących w tym sporcie.

Roman Jóźwiak do ostatnich dni był bardzo aktywnym członkiem ,,złotej Stali’’, która od wielu lat trzyma się razem, uczestniczy w ważnych wydarzeniach sportowych, ale i miejskich. Pomimo, że przed dwoma laty przeszedł ciężką operację wycięcia jednego płuca. Można było go dojrzeć choćby podczas tradycyjnego Orszaku Trzech Króli, gdzie razem z Ryszardem Dziatkowiakiem i Jerzym Rembasem stanowili poczet sztandarowy.

Robert Borowy

Fot. archiwum, Mirosław Wieczorkiewicz i Robert Borowy