W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x

Jesteś tutaj » Home » Sport - żużel »
Ady, Aleksandra, Dagmary , 12 grudnia 2019

Jak będzie jeździł, kiedy się już nauczy?

2019-10-07

- To jest diament, który po oszlifowaniu zostanie prawdziwym brylantem – tak o Bartku Zmarzliku mówiono już w 2010 roku, jeszcze przed zdaniem licencji żużlowej.

medium_news_header_25989.jpg Fot. Rafał Włosek Bartosz Zmarzlik - indywidualny mistrz świata

Dzisiaj, po dziewięciu latach jest indywidualnym mistrzem świata, a jego lista sukcesów może przytłoczyć każdego. Wystarczy napisać, że ma on na koncie 37 medali mistrzostw świata, Europy i Polski. Jeżeli będzie sięgał po następne krążki w tak szybkim tempie, to już w przyszłym roku zdystansuje… Edwarda Jancarza, mającego na koncie 40 medali.

- Nie przesadzajmy, do Edwarda Jancarza jest mi bardzo daleko, ale wszystko jest przede mną. Kiedyś w przyszłości chciałbym przynajmniej dorównać mu w liczbie trofeów – mówił jeszcze trzy lata Bartosz Zmarzlik, kiedy sięgnął wówczas po brązowy medal indywidualnych mistrzostw świata. Dzisiaj przeskoczył już legendę Stali, choćby zdobytym złotem w Grand Prix.

Jeździł już jako czterolatek

Podstawy ku temu, że dziewięć lat temu okrzyknięto Bartosza Zmarzlika wielkim talentem były mocne. Zwłaszcza, kiedy oglądało się go jeszcze wcześniej na mini-torach, gdzie wyróżniał się nienaganną techniką i mądrością podczas jazdy. A to wszystko zasługa przede wszystkim ojca Pawła i całej rodziny.

- Do dzisiaj z sympatią wspominam rodzinne wycieczki do lasu – mówi Paweł Zmarzlik senior. – Najczęściej jeździliśmy w czwórkę. Dziadek, ja i synowie. Bartek już jako czterolatek dobrze sobie radził. A jak zdarzyło mu się przewrócić, to nawet nie miał siły podnieść motocykla, tylko biegł za mną i krzyczał, żebym się zatrzymał i mu pomógł. Piękne to były czasy – kręci głową.

Kiedy w wieku 15 lat Bartek zdał egzamin licencyjny i pojechał na finał młodzieżowych drużynowych mistrzostw Polski do Łodzi, niewielu spodziewało się z jego strony tak szybkiego błysku talentu. Na tle bardziej utytułowanych rywali jeździł znakomicie, wygrał trzy wyścigi i raz był drugi, ale za kolegą klubowym Łukaszem Cyranem. Do tego uzyskał najlepszy czas zawodów. To głównie za jego sprawą gorzowianie po 11 latach ponownie wywalczyli miano najlepszej młodzieżowej drużyny. To nie był jednak jednorazowy wyskok, gdyż utalentowany młokos sięgnął z kolegami po złoto w Lidze Juniorów, a indywidualnie w tych rozgrywkach wywalczył trzecie miejsce. I to wszystko uczynił w chwili, kiedy w szpitalu mocno cierpiał po ciężkim wypadku w Bydgoszczy jego starszy o pięć lat brat Paweł.

- Pamiętam, że mama chciała zakazać Bartkowi dalszej jazdy, ale wtedy powiedziałem jej, żeby nie karała go za mój wypadek. I posłuchała – powiedział Paweł, który od wielu lat jest menadżerem Bartka.

Na debiut ligowy obecny mistrz świata musiał poczekać do ukończenia 16 lat, gdyż takie mamy przepisy. I kiedy 25 kwietnia 2011 roku wyjechał na tor przeciw mistrzom Polski z Leszna wielu kibiców obawiało się, czy wytrzyma presję. Wytrzymał, zdobył pierwsze cztery punkty w karierze. Do końca sezonu w sumie wywalczył 51 punktów. Jak szybko wyliczyli statystycy, żaden polski żużlowiec w historii, w tym wieku, nie mógł poszczycić się tak wspaniałym dorobkiem w najwyższej klasie rozgrywek. A już jego postawa w meczu o brązowy medal z Unibaksem Toruń, kiedy zdobył pierwszy w karierze komplet punktów (14+1), zszokowała całe środowisko żużlowe w kraju. I nie tylko…

- Marzyłem, żeby zakończyć sezon dwucyfrową zdobyczą i udało się dzięki tacie, który wspaniałe przygotowuje mi sprzęt – cieszył się wtedy junior Stali.

Sezon zakończony w szpitalu

Kiedy rok później, w wieku zaledwie 17 lat, stanął na podium Grand Prix w Gorzowie wszyscy oniemieli. I pytali się, skąd wziął się ten talent? Potem było indywidualne mistrzostwa Europy juniorów w Opolu. Następne sukcesy zaczęły sypać się niczym z rogu obfitości, a Bartek za każdym razem  zapewniał, że woda sodowa do głowy na pewno mu nie uderzy i on ciągle musi się uczyć, uczyć i uczyć. - Moim idolem jest pan Tomasz Gollob –  dodawał.

Niestety, 1 września 2012 roku w trakcie finału drużynowych mistrzostw świata w Gnieźnie w jednym z wyścigów niefrasobliwa postawa Andrieja Kudriaszowa spowodowała, że gorzowianin doznał skomplikowanego złamania lewej nogi i musiał zakończyć sezon. Szybko przekonał się, że powroty po takich kontuzjach nie są wcale łatwe. W 2013 roku nasz junior jeździł dobrze, solidnie, zdobywał medale, był silnym punktem Stali, ale czegoś brakowało. Nie był już taki błyskotliwy, zdarzały mu się słabsze występy i pojawiło się pytanie, czy aby wypadek z Gniezna nie wyhamował rozwoju sportowego nastolatka?

Następny sezon pokazał, że wszystko co złe było za nim. Ponownie cieszył kibiców widowiskową i skuteczną jazdą, a jego wygrana w Grand Prix w Gorzowie czy fenomenalne występy na finiszu rozgrywek ligowych na długo pozostaną w pamięci fanów Stali. To on pociągnął zespół do drużynowego mistrzostwa Polski. Po 31 latach przerwy.

Przed rozpoczęciem szóstego swojego sezonu w 2015 roku Bartek nie wywierał na siebie żadnej presji. Zresztą on już taki jest, że chciałby wygrywać, ale nie za wszelką cenę.

- Do wszystkich startów starał się podchodzić na zasadzie pokazania maksimum możliwości, wszędzie chcę jeździć na sto procent, ale niczego nie zakładam z góry. Oczywiście, że każdorazowo chcę wygrywać, zdobywać kolejne trofea, lecz staram się o tym nie myśleć na zasadzie, że coś muszę zrobić bez względu na okoliczności. W takich sytuacjach niepotrzebne napięcie może tylko zadziałać odwrotnie niż tego byśmy chcieli – podkreśla.

Dominator w Grand Prix

W 2015 roku spełnił trzy wielkie marzenia. Został wśród juniorów indywidualnym mistrzem świata i Polski oraz awansował do cyklu Grand Prix.

- Jeszcze do mnie nie dociera, że wygrałem, ale jestem mega szczęśliwy. Kiedy już było pewne, że jestem mistrzem świata, gdzieś tam zakręciła się w moim oku łezka, bo spełniłem jedno z moich najskrytszych marzeń – mówił tuż po zejściu z podium w Pardubicach, gdzie wygrał rywalizację w kategorii do 21 lat. Podobne słowa wypowiedział zresztą już tydzień wcześniej w Rybniku, kiedy wszedł do Grand Prix. Pojechał tam z dziką kartą, gdyż wcześniej odpadł w krajowej eliminacji, dokładnie w finale Złotego Kasku w Lublinie. Prawo jazdy w Grand Prix Challenge dało mu tylko miejsce należne organizatorowi, a osobą, która mocno naciskała, żeby to był gorzowianin był trener kadry Marek Cieślak. Zresztą Zmarzlik nigdy go nie rozczarował, w kadrze zawsze jeździł bardzo dobrze.

Potem były kolejne sukcesy, kolejne medale w drużynowych mistrzostwach świata juniorów, zaczęły pojawiać się też seniorskie trofea. Zaczął od brązowego medalu w Drużynowym Pucharze Świata w Vojens, ale tam jeszcze nie błysnął, bo nabierał dopiero doświadczenia, by w kolejnych dwóch sezonach zdobyć już z reprezentacją mistrzowskie tytuły. Passę przerwała dopiero… likwidacja rozgrywek i zastąpienie ich nowymi pod nazwą Speedway of Nations, w których to w tym sezonie niemal w pojedynkę wywalczył dla Polski srebrny medal.

Od 2016 roku Bartek zaczął jednak pisać oddzielną piękną kartę. Jego starty w Grand Prix od początku zaskakiwały. Pozytywnie rzecz jasna, czego efektem było wywalczenie już w debiutanckim sezonie brązowego medalu. Uczynił to jeszcze jako junior i do dzisiaj uważa, że jest to jeden z sukcesów z grona tych przełomowych. Wyżej nawet go klasyfikuje niż srebrny medal sprzed roku. Najwyżej oczywiście ceni tegoroczne złoto, co jest naturalne. Statystyka startów Zmarzlika w Grand Prix jest niespotykana. Na 48 występów pojechał aż w 24 finałach i 19 razy stanął na podium.

Czapka Kadyrowa czeka

Do tego Bartek zwraca uwagę często na szczegóły, na które niewielu przywiązuje wagę. Takim fajnym przykładem był finał Młodzieżowych Mistrzostw Polski Park Klubowych w 2015 roku w Gorzowie. Impreza ważna, ale nie dla wielkich gwiazd. Młodszy z braci Zmarzlików chciał jednak pojechać i wygrać, bo…

- Przed zawodami nie miałem w kolekcji żadnego medalu w tych rozgrywkach, a mój brat pięć lat wcześniej był mistrzem w młodzieżowych parach i chciałem mu dorównać, bo inaczej zapewne śmiałby się ze mnie do końca kariery – zwrócił uwagę, oczywiście w żartobliwym stylu, ale dzięki tamtemu zwycięstwu skompletował tytułu we wszystkich rozgrywkach U-21. Do kompletu w seniorach nadal brakuje mu tylko jednego: indywidualnego mistrzostwa Polski i czapki Kadyrowa. Dotychczas dwukrotnie był drugi, choć aż trzy razy wygrywał rundy zasadnicze. Brakowało mu jednak trochę szczęścia w biegach finałowych. Ale i na to przyjdzie czas.

Bartosz Zmarzlik jest bardzo lubiany przez kibiców. I odwrotnie. - Kibice są dla mnie najważniejsi. To oni przychodzą na stadion, dopingują, trzymają kciuki. Dlatego czasami trzeba w jakiś sposób im to wynagrodzić. Pójść do nich, porozmawiać, rozdać autografy i porobić z nimi zdjęcia – mówi.

Jest lubiany przez środowisko żużlowe, w tym dziennikarzy. Zawsze jest uśmiechnięty, skromny i chętny do rozmów. I prawie zawsze stara się powiedzieć jak… najmniej. Uważa, że wszystko co ma do powiedzenia mówi swoją jazdą na torze. Ale kiedy mu coś nie wyjdzie, nie chowa się za parawanem, nie ucieka, tylko spokojnie wyjaśnia. I często bije się w piersi, uważając że w pierwszej kolejności wina jest po jego stronie.

- Ja ciągle się uczę i poznaję ten sport – mówi na każdym kroku, a wszyscy zastanawiają się, jak będzie jeździł, kiedy już wszystkiego się nauczy?

Robert Borowy

Zdjęcia: Rafał Włosek, Robert Borowy, archiwum