W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x

Jesteś tutaj » Home » Sport - żużel »
Felicji, Roberta, Sławy , 24 stycznia 2020

Bartosz Zmarzlik najlepszym polskim sportowcem 2019 roku!

2020-01-04

Aktualny indywidualny mistrz świata na żużlu Bartosz Zmarzlik odniósł kolejny wielki i prestiżowy sukces.

medium_news_header_26651.jpg Fot. Rafał Włosek Bartosz Zmarzlik niedawno świętował mistrzostwo świata, teraz został najlepszym sportowcem Polski!

W Warszawie ogłoszono właśnie wyniki na najlepszych polskich sportowców 2019 roku w 85. Plebiscycie Przeglądu Sportowego. I tytuł najlepszego z najlepszych trafił do Bartosza Zmarzlika. Drugie miejsce przypadło Robertowi Lewandowskiemu, a trzecie Pawłowi Fajdkowi. Na kolejnych pozycjach znaleźli się: 4. źeńska sztafeta 4x400 m, 5. Dawid Kubacki, 6. Kamil Stoch, 7. Wilfredo Leon, 8. Piotr Lisek, 9. Marcin Lewandowski i 10. Mateusz Ponitka.

To drugi w bogatej historii plebiscytu przypadek, że główne trofeum trafia do żużlowca. Pierwszym był Tomasz Gollob w 1999 roku, choć wtedy akurat nie był on mistrzem, a ,,jedynie’’ wicemistrzem świata.

Bartosz Zmarzlik trzeci raz znalazł się wśród wyróżnionych w plebiscycie Przeglądu Sportowego. Przed trzema laty był ósmy, przed rokiem szósty. Z żużlowców tylko Tomasz Gollob częściej znajdował się w gronie laureatów (dziewięciokrotnie). Ponadto po dwa razy honorowani byli Alfred Smoczyk i Jarosław Hampel oraz po jednym razie Antoni Woryna, Edward Jancarz, Paweł Waloszek, Jerzy Szczakiel, Zenon Plech, Krzysztof Kasprzak i Patryk Dudek.

Ubiegły rok pod każdym niemal względem należał do Bartosza Zmarzlika. Przypomnijmy jego najważniejsze chwile w drodze na żużlowcy Olimp, która zaczęła się blisko 20 lat temu w rodzinnych Kinicach.

- Bartek wychowywał się wśród motocykli, gdyż prowadziłem warsztat i zajmowałem się naprawami, składaniem oraz dorabianiem do nich części. Dlatego zanim zaczął porządnie chodzić miał już na czym jeździć – śmieje się Paweł Zmarzlik, ojciec indywidualnego mistrza świata.

- Do dzisiaj z sympatią powracam pamięcią do rodzinnych wycieczek do lasu niedaleko rodzinnego domu w Kinicach – kontynuuje. – Najczęściej jeździliśmy w czwórkę. Dziadek, ja i synowie. Bartek już jako czterolatek dobrze sobie radził. A jak zdarzyło mu się przewrócić, to nawet nie miał siły podnieść motocykla. Biegł za mną i krzyczał, żebym się zatrzymał i mu pomógł. Piękne to były czasy – kręci głową tata, który coraz trudniej wytrzymuje napięcie związane ze startami syna.

Zaczęło się od znalezionej ulotki

- Może tego po mnie nie widać, ale za każdym razem jak jeździ Bartek mam wysokie ciśnienie. Staram się zachować jednak maksymalny spokój, bo ktoś musi. Nerwy szkodzą – podkreśla Paweł Zmarzlik senior.

Bartosz Zmarzlik jest przykładem idealnego wzoru sportowca. Trudno będzie kiedyś nagrać o nim trzymający w napięciu thriller, gdyż kiedy jedni balują, on wypoczywa w łóżku. Kiedy inni lubią wyskoczyć do miasta, on woli posiedzieć z rodziną w domu. Kiedy wreszcie są tacy co idą na dyskotekę, on wybiera dodatkowy trening.

Nazwisko ,,Zmarzlik’’ w dzisiejszym sporcie jest znane bardzo dobrze. Nawet tym, którzy w życiu nie widzieli na własne oczy jazdy w lewo po owalnym torze. Skoro jednak 24-latek z Kinic o imieniu Bartosz już trzykrotnie stawał na podium indywidualnych mistrzostw świata, to zapewne legenda o jego wyczynach na motocyklu dotarła już do najdalszych zakątków Polski. Ale warto w tym miejscu przypomnieć, jak to się wszystko zaczęło i jakie wydarzenia były przełomowe w sportowym życiu trzeciego polskiego mistrza świata w speedway’u?

- Zaczęło się w chwili, kiedy Bartek znalazł ulotkę Bogusia Nowaka, w której była informacja o zawodach pokazowych – opowiada dalej ojciec mistrza. – Powiedziałem synom, żeby szykowali się, to pokażę im jak wygląda żużel w wydaniu mini. Wspólnie z dziadkiem pojechaliśmy do Barlinka i obu chłopakom tak to się spodobało, że od razu chcieli się zapisać. Nie widziałem żadnych przeciwwskazań. Bartek jeździł wtedy na simsonie i za każdym razem robił mi takie dziury na podwórku, że musiałem latać za nim z grabiami i wyrównywać teren. Robiłem to jednak z radością, bo widziałem na jego twarzy przyjemność z tej jazdy – dodaje.

Niespełnione marzenie

Po przygodzie na minitorze przyszła jazda na dużym torze. Początkowo obecny mistrz towarzyszył starszemu o pięć lat bratu Pawłowi juniorowi i pomagał mu w parkingu, choć raczej bardziej przypatrywał się jego startom. Aż sam kiedyś wsiadł na motocykl i szybko zrobił furorę. Kiedy w wieku 15 lat zdał egzamin licencyjny i pojechał na finał młodzieżowych drużynowych mistrzostw Polski do Łodzi, niewielu spodziewało się z jego strony tak widowiskowego błysku talentu. Na tle bardziej utytułowanych rywali jeździł znakomicie, zdobył komplet punktów i uzyskał najlepszy czas zawodów. To głównie za jego sprawą gorzowianie po 11 latach ponownie wywalczyli miano najlepszej młodzieżowej drużyny. To nie był jednak jednorazowy wyskok, gdyż utalentowany młokos sięgnął z kolegami po złoto w Lidze Juniorów, a indywidualnie w tych rozgrywkach wywalczył trzecie miejsce. I to wszystko uczynił w chwili, kiedy w szpitalu mocno cierpiał po ciężkim złamaniu kręgosłupa jego brat.

– Przyznaję, że prosiłem wtedy mamę, która widziała ten mój dramat, żeby nie zabraniała Bartkowi jazdy na żużlu, Chciała to uczynić z tego powodu, że ja miałem wypadek – wspomina Paweł jr., który ostatecznie powrócił na tor w następnym sezonie. I zaraz zaczął odliczać dni do wspólnego startu z Bartkiem w lidze. Musiał poczekać do trzeciej kolejki, bo dopiero wtedy jego brat kończył 16 lat. Jak to w żużlu bywa, niestety, przyszedł kolejny sportowy pech. W drugiej kolejce, w spotkaniu z Włókniarzem Częstochowa na gorzowskim torze, Paweł miał kolejny upadek. Nabawił się urazu barku i to był praktycznie koniec dla niego kariery. Braciom nigdy nie udało się więc spełnić marzenia i wspólnie pojechać w meczu ligowym.

Ciężki powrót po kontuzji

W sierpniu 2012 roku Bartosz odniósł pierwsze znaczące sukcesy międzynarodowe, ale miał również ogromnego pecha. Najpierw jako 17-latek stanął na trzecim stopniu podium Grand Prix. W finale przegrał z Martinem Vaculikiem i Chrisem Holderem, ale pokonał Tomasza Golloba i wszyscy oniemieli. I pytali się, skąd wziął się ten talent? Potem było indywidualne mistrzostwo Europy juniorów do 19 lat na torze w Opolu. Już wtedy Bartek zapewniał, że woda sodowa do głowy na pewno mu nie uderzy i on ciągle musi się uczyć, uczyć i uczyć. - Moim idolem jest pan Tomasz Gollob –  dodawał na każdym kroku.

Niestety, 1 września 2012 roku w trakcie finału drużynowych mistrzostw świata juniorów w Gnieźnie w jednym z wyścigów niefrasobliwa postawa Andrieja Kudriaszowa spowodowała, że gorzowianin doznał skomplikowanego złamania lewej nogi i musiał zakończyć sezon. Szybko przekonał się, że powroty po takich kontuzjach nie są wcale łatwe. W 2013 roku jeździł dobrze, solidnie, zdobywał medale, był silnym punktem Stali Gorzów, ale czegoś brakowało. Nie był już taki błyskotliwy, zdarzały mu się słabsze występy i pojawiło się pytanie, czy aby wypadek z Gniezna nie wyhamował rozwoju sportowego nastolatka?

Nie wyhamował. Pokazał to choćby następny sezon, a szczególnie pierwszy finałowy mecz w Ekstralidze. Na torze w Lesznie 19-latek, jadąc w siedmiu biegach, sześć z nich wygrał. 18 zdobytych punktów w finale przez juniora zrobiło na wszystkich ogromne wrażenie. Nawet leszczyńskich kibicach, którzy na każdy głos spikera o tym, że na tor wyjeżdża Zmarzlik reagowali głębokim westchnieniem. W Gorzowie cieszono się z postawy młodzieżowca, bo po 31 latach Stal stanęła, w dużej mierze dzięki właśnie temu zawodnikowi, na najwyższym stopniu podium. Do tego Bartosz został najmłodszym zwycięzcą Grand Prix, gdyż wygrał swój pierwszy turniej, jadąc w Gorzowie z dziką kartą.

Nos trenera Cieślaka

Śledząc przełomowe momenty w karierze Zmarzlika nie sposób zwrócić uwagę na to, że w 2015 roku głównie dzięki aktywności trenera kadry Marka Cieślaka otrzymał dziką kartę na start w Grand Prix Challenge, choć gospodarze optowali za Kacprem Woryną. To była świetna decyzja, która zmieniła bieg historii polskiego żużla. Przynajmniej w ostatnich latach. W Rybniku Zmarzlik znowu zaskoczył wszystkich i wygrał. Gdyby nie dostał dzikiej karty nie wiadomo, jak długo przebijałby się do tego cyklu. Nie wiadomo też, czy wzbogaciłby polski skarbiec o trzy medale, w tym jeden złoty? Te pytania pozostaną już bez odpowiedzi, ale to dobrze, bo obecna historia jest ze sportowego punktu widzenia wspaniała.

Gorzowianin zaledwie dwa tygodnie później został w Pardubicach mistrzem świata juniorów a nieco wcześniej młodzieżowym indywidualnym mistrzem Polski. Ten ostatni tytuł bardzo go ucieszył, bo ,,polował’’ na niego przez kilku lat. Miał nawet dwie szanse na własnym torze (2011 i 2014), ale ich nie wykorzystał, uczynił to dopiero w Lesznie.

- Jeszcze do mnie nie dociera, że wygrałem, ale jestem mega szczęśliwy – każdorazowo powtarzał po zwycięskich zawodach. Czynił to naturalnie, jakby naprawdę nie wierzył, że stać go na wielkie rzeczy.

Potem były kolejne sukcesy, kolejne medale. Choćby w drużynowych mistrzostwach świata juniorów, w których aż czterokrotnie zdobywał z polską drużyną najcenniejszy laur oraz jeden srebrny medal. Pod tym względem jest absolutnym dominatorem tych rozgrywek w świecie. Zaczęły pojawiać się ponadto poważne seniorskie trofea. Zaczął od brązowego medalu w Drużynowym Pucharze Świata w Vojens, ale tam jeszcze nie błysnął. Nabierał doświadczenia, by w kolejnych dwóch sezonach zdobyć już z reprezentacją mistrzowskie tytuły. Passę przerwała dopiero… likwidacja rozgrywek i zastąpienie ich nowymi pod nazwą Speedway of Nations, w których to w minionym sezonie niemal w pojedynkę wywalczył dla Polski srebrny medal.

Komplet medali w Grand Prix

Od 2016 roku Bartek zaczął pisać oddzielną piękną kartę. Już jego debiut, jako stałego uczestnika cyklu Grand Prix, zaskoczył wszystkich. Będąc nadal juniorem nie przeląkł się gwiazd światowych torów i od początku jeździł świetnie. Zaowocowało to zdobyciem brązowego medalu, który odebrał w Melbourne.

- To był fascynujący moment, po którym uwierzyłem, że stać mnie na walkę z najlepszymi. Do dzisiaj tamten medal ma szczególne miejsce w mojej kolekcji – powiedział kilka dni temu Bartosz Zmarzlik.

Rok później walczył o medal do ostatniej serii. Jedna słabsza runda w Teterowie spowodowała, że ostatecznie uplasował się na piątej pozycji, ale przed rokiem powrócił na podium. Do ostatniego turnieju w Toruniu gonił Taia Woffindena. Brytyjczyk wytrzymał napięcie i nie dał się doścignąć, ale srebrny medal potwierdził, że Zmarzlik jest już przygotowany do walki o najwyższy laur w światowym speedway’u. I cel został osiągnięty w dramatycznych okolicznościach.

O mistrzowskiej klasie Zmarzlika w turniejach Grand Prix świadczą liczby. Nieprawdopodobne. Na 48 dotychczasowych występów pojechał aż w 38 półfinałach i potem w 24 finałach. 19 razy stanął na podium, z czego sześć turniejów wygrał, cztery razy był drugi i dziewięć razy trzeci. Mógł częściej stawać na podium, ale dwukrotnie miał w biegach finałowych defekt motocykla. Gorzowianin zapowiada, że dopiero tak naprawdę się rozkręca. Chce uczynić wszystko, żeby dalej być na topie, obiecuje, że łatwo mistrzostwa nie odda.

W tej chwili Bartosz Zmarzlik posiada na koncie 37 medali mistrzostw świata, Europy i Polski. Zaledwie o trzy mniej niż legenda gorzowskiego i polskiego żużla Edward Jancarz.

Na sukcesy Bartka wpływ ma wiele osób, szczególnie oddany mu do reszty team. Przede wszystkim rodzice, mama Dorota i ojciec Paweł. To również brat Paweł junior i bratowa czy mechanicy, Seweryn Czerniawski i Grzegorz Musiał. To także dziewczyna Sandra, oddani kibice i, o czym wspomniał Bartek w trakcie gali - Stal Gorzów jako klub, w barwach którego odnosi wielkie sukcesy.  

Robert Borowy