W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x

Jesteś tutaj » Home » Sport - żużel »
Anety, Lehca, Leona , 20 lutego 2020

W innym klubie byłby nawet liderem

2020-02-11

Kiedy 1 stycznia 1952 roku na świat przychodził Mieczysław Woźniak, Chińczycy wchodzili w rok Smoka. Woźniak smokiem nigdy nie został, przylgnął za to do niego  przydomek ,,Czarny koń’’.

medium_news_header_26912.jpg Fot. Robert Borowy Mieczysław Woźniak podczas odsłonięcia pamiątkowej tablicy w Alei Sław Stali Gorzów

- To kibice mnie tak nazwali, bo potrafiłem ich zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie – śmieje się Mieczysław Woźniak. – Często startowałem z pozycji zawodnika rezerwowego i kiedy trzeba było pomóc drużynie wielokrotnie wygrywałem ważne wyścigi. Bywały jednak mecze, w których nie szło mi najlepiej i przez to byłem takim niepewnym w sumie zawodnikiem. Przynajmniej w rozgrywkach ligowych, bo w turniejach indywidualnych szło mi zdecydowanie lepiej – tłumaczy.

Dojechał tylko do pierwszego łuku

Na stadion żużlowy Mieczysław Woźniak trafił wiosną 1970 roku i już na pierwszych zajęciach poszło mu bardzo dobrze.

– Jazda sprawiała mi wielką frajdę i od razu zakochałem się w motocyklu żużlowym – wspomina i zaraz dodaje, że ze względu na ogromne zainteresowanie i wielu chętnych, początkowo trzeba było czekać na kolejny trening. Były też dla wielu bardzo stresujące.

- Zapisało się nas ponad 200 i prowadzący zajęcia Andrzej Pogorzelski każdemu starał się dać chociaż jedną szansę, po której podejmował decyzję, czy dana osoba ma przyjść na kolejny trening, czy powinna dać sobie spokój. Oczekiwanie każdorazowo na werdykt ze strony trenera było nerwowe, gdyż każdy obawiał się, że nie dostanie więcej sposobności wykazania się umiejętnościami. Ostatecznie pozostało nas z tego i wcześniejszego naboru kilku. Wszyscy zrobili potem duże kariery. Boguś Nowak i Zenek Plech nieco szybciej zdali licencję, potem ja z Rysiem Fabiszewskim i ostatnim był Jurek Rembas, ale on był też najmłodszym – dodaje.

Tym samym Woźniak licencję uzyskał dopiero w wieku 19 lat, ale ze względu na liczne problemy kadrowe, jakie dotknęły Stal w 1971 roku szybko dostał szansę jazdy w lidze.

- Najpierw ciężki wypadek na treningu miał Edmund Migoś, potem paskudnej kontuzji doznał Andrzej Pogorzelski i tak się złożyło, że na mnie zaczęto stawiać – opowiada dalej Woźniak. – Początki nie były może najlepsze. Pamiętam debiut w Bydgoszczy, gdzie miejscowi zrobili bardzo przyczepny tor i po dojechaniu do pierwszego łuku nie potrafiłem złamać motocykla. Od razu zjechałem z toru. Potem pojechałem raz jeszcze i byłem zadowolony, że ukończyłem wyścig, choć żadnego punktu w debiucie nie zdobyłem. Z czasem zacząłem przywozić pojedyncze oczka, a przede wszystkim zacząłem nabierać doświadczenia. Lepiej poszło mi w następnym sezonie, choć głównie na własnym torze. Na wyjazdach miałem dalej problemy, dopiero w trzecim sezonie startów poznałem te tory i już zacząłem lepiej punktować – wyjaśnia.

Mistrz jazdy po szerokiej

W rozgrywkach ligowych Woźniak nie stał się zawodnikiem, o którym można byłoby powiedzieć, że jest jednym z liderów drużyny lub maszynką do zdobywania punktów. Nigdy w karierze swoich startów w Stali Gorzów nie przekroczył w sezonie bariery dwóch punktów na jeden wyścig. Najwyższą średnią osiągnął w 1978 roku (1,87 pkt.) a i tak była to dopiero szósta średnia w drużynie. Przed nim wyższe mieli Edward Jancarz, Bolesław Proch, Jerzy Rembas, Bogusław Nowak i Ryszard Fabiszewski.

- Ze względu na potężną siłę zespołu, przypomnę, że w którymś sezonie ośmiu z nas ze Stali było w kadrze narodowej, bardzo trudno było wywalczyć sobie stałe miejsce w drużynie – kontynuuje. – Wiadomo, że liderami byli Jancarz, Plech, Nowak, po odejściu Zenka na jego miejsce wskoczył Rembas i doszedł jeszcze Proch. Pozostali w czasie treningów walczyli o powołanie na mecz. W każdym innym zespole zapewne miałbym szansę być jednym z liderów, a tutaj walczyłem choćby o miejsce rezerwowego – tłumaczy i zarazem wyjaśnia, dlaczego z czasem został mistrzem jazdy po szerokiej.

- To była konieczność, gdyż zawsze byłem wystawiany z parzystym numerem a w tamtych latach doparowi jeździli tylko z zewnętrznych pól. I chcąc wyprzedzać na pierwszym łuku musiałem nauczyć się jazdy pod bandą. W Gorzowie wypracowałem ją do perfekcji, a do tego dobrze czułem się na naszym torze. Mnie nie interesowało, z kim się ścigam. Nikogo nie obawiałem się, gorzej wyglądało to na wyjazdach. Tam wolałem jeździć przy krawężniku. Zresztą w żużlu, kto radzi sobie z jazdą przy krawężniku, zawsze poradzi sobie pod bandą. Odwrotnie już tak łatwo nie jest – dodaje.

Przez piętnaście lat jazdy w Stali Mieczysław Woźniak zebrał 1275 punktów oraz 190 bonusów, co daje mu dzisiaj nie tylko zaszczytny tytuł ,,Wybitnego Reprezentanta Stali Gorzów’’, ale i ósme miejsce w klasyfikacji wszechczasów pod względem liczby wywalczonych punktów ligowych dla gorzowskiego zespołu. Ponadto jego bilans medalowy drużynowych mistrzostw Polski jest bardzo bogaty, gdyż w dorobku posiada dwanaście medali, z czego sześć złotych, pięć srebrnych i jeden brązowy.

Podwójny medalista

Mieczysław Woźniak został zapamiętany przez starszych już kibiców m.in. dzięki dwóm świetnym występom w finałach indywidualnych mistrzostw Polski. Oba rozegrano w Gorzowie. Najpierw w 1977 roku wielki triumf świętował Bogusław Nowak, zaś największym przegranym czuł się Jerzy Rembas. Faworyt ekspertów zajął dopiero czwarte miejsce, ulegając jeszcze Andrzejowi Tkoczowi i właśnie Mieczysławowi Woźniakowi.

- Nie byłem faworytem, podszedłem do zawodów na luzie, wszyscy stawiali na Jurka Rembasa, Zenka Plecha, nawet bardziej na Bogusia Nowaka. Mnie nikt nie wymieniał – śmieje się, ale zaraz dodaje, że sam został zaskoczony zdobyciem brązowego medalu.

Jeszcze bardziej zaskakujący i dramatyczny przebieg miał finał IMP dwa lata później. Rozgrywany 22 lipca początkowo toczył się przy pięknej pogodzie, potem dwukrotnie stadion nawiedziła ulewa i trzeba było przerywać zawody na kosmetykę toru. Od momentu otwarcia bram stadionu do zakończenia dekoracji minęło siedem godzin. Stadion był nabity kibicami do ostatniego miejsca. Wszystkie przejścia między sektorami zostały zajęte, nawet stadionowe drzewa były oblepione wiernymi fanami. Sędzia Roman Cheładze z Torunia był głuchy na wszelkie głosy zachęcające go do przerwania zawodów. Nakazywał ściąganie wody z toru, po czym dawał sygnał zawodnikom, żeby wsiadali na motocykle i jechali dalej. Błotnista nawierzchnia miała duże znaczenie w końcówce zawodów. Jak tłumaczy Mieczysław Woźniak, w takich warunkach dużo trudniej jechało się pod bandą.

- Ze stalowców w tym finale jechałem tylko ja i Bolek Proch – mówi. - On jednak zaczął źle, bo od upadku i potem ostatniego miejsca, a więc szybko stracił szansę na dobry rezultat. Dla mnie ten start w 1979 roku był już kolejnym występem w finale IMP i zdążyłem nabrać doświadczenia, które w trudnych chwilach zaprocentowało. Kiedy spadł pierwszy, potem drugi deszcz najważniejsze było umiejętne uciekanie rywalom spod szprycy. Kto umiał to dobrze robić, ten wygrywał – wyjaśnił.

Mieczysław Woźniak przyznaje, że czuł wtedy presję, bo był nadzieją na dobry wynik dla gorzowskich kibiców. Zaczął bardzo dobrze, bo w czwartym biegu zawodów pokonał Plecha. Potem przegrał z obrońcą mistrzowskiego tytułu, Bernardem Jąderem, by kolejne dwa biegi znów rozstrzygnąć na swoją korzyść. Przed ostatnim startem wiedział, że wygrana da mu mistrzostwo, ale przegrał z bardzo dobrze radzącym sobie tego dnia Robertem Słaboniem, który, gdyby nie upadek w czwartej serii, zostałby mistrzem z kompletem punktów. Ostatecznie z bilansem czterech zwycięstw wywalczył brązowy medal, natomiast Plech i Woźniak zakończyli zawody z dorobkiem po 13 punktów. I czekał ich wyścig dodatkowy.

- Losy mistrzostwa tak naprawdę rozstrzygnęły się w chwili losowania pól startowych – mówi dalej Mieczysław Woźniak. – Wiedzieliśmy z Zenkiem, że kto trafi na wewnętrzny, ten wygra. I tak też się stało. Dla mnie wicemistrzostwo kraju i tak było największym sukcesem w karierze – podkreślił.

Pobił rekord Ivana Maugera

W swoje karierze miał też epizod jazdy w mistrzostwach świata. W 1977 startował w eliminacjach IMŚ. Przeszedł pierwszą eliminację w Debreczynie, ale poległ w drugiej na gorzowskim torze.

- To nie był mój dzień, do tego zawody były bardzo trudne – krótko komentuje i przypomniał jednocześnie, że wielokrotnie był powoływany do reprezentacji Polski na mecze towarzyskie.

Mieczysław Woźniak nigdy nie myślał o odejściu z Gorzowa. Jak mówi, czuł się w Stali bardzo dobrze i póki był potrzebny zespołowi, póty jeździł dla żółto-niebieskich barw.

- Dla mnie nie liczyły się tylko starty w lidze. Bardzo lubiłem jeździć w turniejach indywidualnych, a często byłem na nie wysyłany, jak do klubu przychodziły zaproszenia od organizatorów. Pamiętam, że kiedyś w Miszkolcu pobiłem rekord toru, który należał w tym czasie do Ivana Maugera. Sprawiło mi to dużą satysfakcję - przypomina. 

Wszystko jednak ma swój koniec. U schyłku kariery, w latach 1987-89 Woźniak jeździł w Gnieźnie, po czym definitywnie zjechał z toru. Pózniej wyjechał na kilka lat do Niemiec i tam pracował jako operator koparki. Przygotowywał wykopy pod kable. Następnie powrócił do żużla za sprawą jednego telefonu.

- To była połowa 1995 roku, kiedy zadzwonił do mnie dyrektor Stali Antoni Galiński i zapytał, czy nie chciałbym spróbować poprowadzić drużynę w lidze? Zostałem totalnie zaskoczony tą propozycją, ale przyjąłem ofertę. W Stali byłem do końca sezonu, potem pracowałem w innych klubach. Byłem w Łodzi, Gnieźnie, Rzeszowie, a od wielu lat pracuję w szkółce w Wawrowie – podkreśla, przy czym na co dzień jeździ taksówką.

22 sierpnia 2016 roku w Alei Sław na koronie stadionu im. Edwarda Jancarza pojawiła się pamiątkowa tablica z odciśniętą dłonią Mieczysława Woźniaka, który tym samym przeszedł do historii klubu, jako jedna z jego legend.

Robert Borowy

Fot. Robert Borowy i archiwum