W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
Jesteś tutaj » Home » Sport - żużel »
Libuszy, Wacławy, Wacława , 28 września 2020

Widowiska tworzą zawodnicy, atmosferę kibice

2020-09-14

Za nami dwudniowe święto żużla w Gorzowie, które dostarczyło sporo emocji i radości, szczególnie pierwszego dnia, kiedy triumfował Bartosz Zmarzlik.

medium_news_header_28549.jpg Fot. Robert Borowy Latający motocykl Patryka Dudka

Jeszcze nigdy w Gorzowie nie mieliśmy takiej dawki czarnego sportu na najwyższym światowym poziomie dzień po dniu. Jakie to były więc dwa dni dla światowego, polskiego i gorzowskiego żużla? Przeżyjmy to wszystko jeszcze raz…

FREKWENCJA – Gdybyśmy mieli powiedzieć jednym krótkim zdaniem, to na pewno ,,mogło być lepiej’’, ale dotyczy to tylko piątku. Nie można jednak mieć pretensji do nikogo, że na trybunach pojawiło się zdecydowanie mniej widzów niż dozwolone 50 procent pojemności trybun. Były marketingowiec Stali, obecnie dyrektor Wydziału Obsługi Inwestora i Biznesu Jacek Gumowski w rozmowie z nami powiedział, że sprzedaż biletów w ograniczonych warunkach nie mogła być tak ekspresowa, jak przed koronawirusem.

- Zwyczajnie zabrakło czasu – uważa. – Od momentu ogłoszenia kalendarza Gorzów miał około miesiąca na sprzedaż wejściówek. To zdecydowanie za mało, żeby przeprowadzić odpowiednie działania marketingowe, zachęcające kibiców do przyjścia na stadion dzień po dniu. Do tego, o czym należy pamiętać, w krótkim czasie było mnóstwo meczów ligowych. To był ogromny wysiłek finansowy dla kibiców. Jestem i tak pełen szacunku dla działaczy Stali, którzy potrafili zebrać na piątek naprawdę sporo ludzi, a w sobotę ta frekwencja była już na bardzo dobrym poziomie – wyjaśnił.

KLIMAT – Zawsze, jak stadion miejscami świeci pustkami klimat imprezy nie jest tak ciepły, jak przy pełnych trybunach. Trzeba jednak oddać, że ci kibice, którzy pojawiły się na zawodach zrobili wszystko, żeby być aktywnymi uczestnikami wydarzenia. Podobnie było zresztą przed dwoma tygodniami we Wrocławiu. Do tego zdecydowana większość posiadała narodowe stroje lub przynajmniej elementy w kolorach biało-czerwonych i stworzyła miłą atmosferę. Ciepło przyjęci zostali praktycznie wszyscy żużlowcy. Największe brawa były kierowane do Bartosza Zmarzlika, co w pełni zrozumiałe, ale i pozostali Polacy oraz zawodnicy z innych krajów poczuli pozytywną energię płynącą z trybun. Jedynie na koniec sobotnich zawodów na wysokości pierwszego łuku doszło do niepotrzebnych przepychanek pomiędzy częścią widzów i ochroną. Czasami wystarczy niewielka iskra, żeby ktoś nie wytrzymał z kibiców lub z ochrony i awantura gotowa. Nad tym warto wciąż popracować, żeby w przyszłości przez takie rzeczy nie psuć pięknego obrazu widowiska sportowego.

ZAWODY – O ile w piątek oglądaliśmy sporo fajnej walki, o tyle w sobotę z toru częściej wiało nudą. Czy to wina przygotowania toru? Trudno powiedzieć, skoro w finale zawodnicy ostro się ,,cięli’’, to znaczy, że warunki sprzyjały ciekawej jeździe. Problemem gorzowskiego owalu jest to, że po równaniu trudno jest wykorzystać na nim linie jazdy po szerokiej. Przez to najczęściej o wszystkim decyduje start i jak najszybsze dojechanie w pobliże krawężnika. Najciekawsze wyścigi mamy dopiero pod koniec każdej serii, gdy na zewnątrz odsypie się trochę luźnej nawierzchni. Nie ma jednak co narzekać, bo przecież naprawdę trudno oczekiwać wielu mijanek w sytuacji, kiedy na starcie spotykają się najlepsi żużlowcy świata.

– Widowiska tworzą sami aktorzy, a wyprzedzenia biorą się najczęściej z różnicy poziomów sprzętu lub zawodników albo z ich błędów – zawsze powtarza trener Stanisław Chomski i w tej kwestii ma wiele racji.

PUNKTACJA – O zmianie punktacji, która premiuje teraz zajęte miejsca a nie wywalczone na torze punkty, zimą sporo dyskutowano. I zapewne dyskusja ta będzie trwała jeszcze długo, ale nic dziwnego, skoro dla przykładu we Wrocławiu na koniec piątkowej rundy Martin Vaculik na torze zebrał 11 punktów, a do klasyfikacji generalnej zapisano mu tylko 9. Wielu kręciło już wtedy głowami. A kiedy spojrzeli, że Fredrik Lindgren uciułał zaledwie 10 oczek, a do punktacji mistrzostw zapisano mu… 16, to już na dobre rozpoczęły się narzekania. W Gorzowie też bywały różne sytuacje. Dla przykładu Lindgren w oba dni na torze zebrał 31 punktów, a do klasyfikacji generalnej 36 punktów. Zmarzlik zaś na torze 34 punkty, czyli o trzy więcej, a do punktacji mistrzostw 32, czyli cztery mniej. Różnica to aż siedem punktów. Sporo.

BIAŁO-CZERWONI: W tegorocznym cyklu mamy trzech reprezentantów Polski i po pierwszej podwójnej odsłonie największe powody do zadowolenia miał Maciej Janowski. We Wrocławiu jeździł jak natchniony, ale w Gorzowie już mocno się męczył i spadł na trzecią pozycję. Zadowolony może być za to Zmarzlik, choć chyba nie do końca. Po wspaniałej piątkowej wiktorii, w sobotę również świetnie jeździł, ale w półfinale przytrafił mu się błąd i nie awansował do najważniejszego wyścigu dnia. Jest jednak wiceliderem mistrzostw z szansami na obronę tytułu, choć teraz czekają wszystkich dwa turnieje w Pradze, a tam naszemu zawodnikowi nie zawsze się dobrze wiodło. Największym pechowcem był natomiast Patryk Dudek. W pierwszym biegu zaliczył potwornie wyglądający upadek (w powtórce wygrał), po czym pojechał jeszcze raz i wycofał się z zawodów. W sobotę dzielnie walczył z bólem, ale nie z rywalami i zdobył tylko jeden punkt.

WIKTOR JASIŃSKI: Młodzieżowiec Stali Gorzów od zawsze marzył, żeby pojechać w turnieju Grand Prix. To marzenie spełnił w piątek, a kiedy zdobył jeden punkt po zaciętej walce z Maksem Fricke jego szczęście było podwójne. Został 40 polskim żużlowcem punktującym w historii Grand Prix. Został zapisany w kronikach, a dodatkowo uwierzył jeszcze bardziej, że ciężką pracą można iść do przodu. Minęły zaledwie dwa dni i Wiktor w meczu drugiej ligi w Poznaniu wywalczył pierwszy karierze ligowy komplet 15 punktów. Nic, tylko bić brawo i czekać, kiedy w meczach PGE Ekstralidze zacznie regularnie punktować.

OPONY: Na temat słynnych już opon Anlas, na których jeszcze niedawno jeździli niektórzy zawodnicy powiedziano bardzo dużo. Dzisiaj wiemy, że coś z nimi nie jest okey, skoro zostały w trybie pilnym odstawione w kąt.  Wszyscy czekamy jednak na odpowiedź na pytanie, jak to się stało, że mając homologację prawdopodobnie zmieniono mieszankę do ich produkcji i przez to nie spełniają one norm? Żeby była jasność, niczemu winni nie są zawodnicy, ale faktem jest, że ci co niedawno dominowali na żużlowych torach nagle przestali dominować. To zapewne efekt innych ustawień sprzętu i teraz tacy zawodnicy jak Maciej Janowski, Artiom Łaguta czy gorzowscy Duńczycy Anders Thomsen i Niels Kristian Iversen muszą szybko poszukać ustawień współgrających z twardszymi oponami firmy Mitas.

CO DALEJ: Po dwóch pierwszych rundach wiemy, że tegoroczna walka o medale jest bardzo ciekawa, a będzie zapewne jeszcze ciekawsza w ostatnich czterech rundach, które mają się odbyć w Pradze (18-19 września) i Toruniu (2-3 października). Prowadzący w klasyfikacji Lindgren ma na koncie 66 punktów i o siedem wyprzedza Zmarzlika oraz dziewięć Janowskiego. Chętnych do włączenia się do walki o medale jest zdecydowanie więcej zawodników, bo czwarty Tai Woffinden ma 53, a piąty Leon Madsen 50 punktów.  Na razie czekamy na potwierdzenie, czy w najbliższy weekend dojdzie do turniejów w Pradze, bo sytuacja epidemiologiczna w Czechach jest nieciekawa i pojawiły się informacje, że może dojść do odwołania zawodów lub ich rozegranie przy mniejszej widowni niż dozwolone obecnie na 50 procent pojemności obiektu.

Robert Borowy