W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
Jesteś tutaj » Home » Sport - żużel »
Augusta, Saturnina, Urbana, 31 października 2020

Edmund Migoś w czapce Kadyrowa

2020-09-27

27 września 1970 roku na gorzowskim stadionie żużlowym po raz pierwszy rozegrano finał indywidualnych mistrzostw Polski.

medium_news_header_28619.jpg

Tego dnia po raz pierwszy też na najwyższym stopniu podium stanął reprezentant Stali Gorzów. W najbliższą niedzielę będziemy obchodzili 50-lecie tamtego wydarzenia. Działacze Stali zapraszają kibiców o godzinie 12.00 pod jego pomnik przy Galerii Nova Park. Na razie przypomnijmy sobie finał IMP sprzed półwiecza, który bardzo ciekawie został opisany przed red. Jana Delijewskiego w książce ,,Żużel nad Wartą 1945-1989'':

            Kiedy Edmund Migoś w 17 wyścigu mijał jako pierwszy linię mety, mając za plecami Gluecklicha, Bombika i Cieślaka, stadion oszalał ze szczęścia. Tym zwycięstwem bowiem Migoś pieczętował swój pierwszy (i jedyny) tytuł indywidualnego mistrza Polski na rok 1970. Jak pierwszy żużlowiec Stali sięgnął po ten zaszczytny tytuł, na który przez wiele lat cierpliwie czekali kibice z nadwarciańskiego grodu.

            „Wiedziałem, że publiczność pragnie mego zwycięstwa i ja też o tym marzyłem – powie po latach Krzysztofowi Hołyńskiemu z „Gazety Lubuskiej”. – Jeździło mi się bardzo dobrze. Klasa rywali była najlepszym dopingiem. Przed ostatnim moim wyścigiem Janek Malinowski i inni działacze oraz żużlowcy już mi gratulowali. Powiedziałem im: poczekajcie, mam jeszcze jeden wyścig, Do końca byłem przezorny. Wygrałem i potem mogłem sobie pozwolić na radość. Łzy miałem w oczach, gdy cały stadion szalał ze szczęścia.”

            A zdarzyło się to w ostatnią niedzielę września 1970 roku, na gorzowskim torze. Finał rozgrywano po raz pierwszy w Gorzowie, gdyż zgodnie z obowiązującą zasadą, to drużynowy mistrz Polski organizował w następnym roku finał indywidualnych mistrzostw kraju. Zabrakło na starcie tego finału m.in. Jancarza, Pogorzelskiego i Padewskiego. Kontuzje i inne losowe przypadki sprawiły, że nie mogli wystąpić. Oprócz Migosia startował jeszcze Dziatkowiak z miejscowego klubu. Na Dziatkowiaka nikt nie stawiał – był za młody, brakowało mu umiejętności, doświadczenia. Wszyscy liczyli na Migosia. Był już przecież wicemistrzem kraju i medalistą mistrzostw świata. No i startował na własnym torze przed własną publicznością.

            Edmund Migoś zaczynał sportową karierę w latach pięćdziesiątych od ... boksu. Podobnie jak Rogal. I też w Stali. I może zostałby przy boksie dłużej, gdyby nie rozpadła się drużyna, z którą wywalczył awans do II ligi. Wtedy zajął się motocrossem. Również w Stali. I tutaj dał się poznać z dobrej strony. Był mistrzem i wicemistrzem okręgu w klasie 125 ccm. Z motocrossu trafił do żużla. Oczywiście w Stali. Tak w nietypowy sposób rozpoczęła się jego przygoda z czarnym sportem.

            W 1970 roku miał już 33 lata. Czas był więc najwyższy zdobyć medal, którego nie miał w swojej kolekcji, a którego bardzo mu brakowało, jak sam przyznawał. No i brakowało go też kibicom, działaczom. Ba, ale podobne pragnienia mieli Wyglenda i Woryna z Rybnika, P. Waloszek i Mucha ze Świętochłowic, Trzeszkowski i Bruzda z Wrocławia, Gluecklich z Bydgoszczy, Żyto z Gdańska i inni uczestnicy gorzowskiego finału. Wygrać mógł tylko jeden.

            Tym jednym był właśnie Migoś. Mimo przegranych startów cztery razy mijał linie mety jako pierwszy i raz tylko był drugi przegrywając z Wyglendą. Dało mu to w sumie 14 punktów i tytuł mistrza kraju wraz z czapką Kadyrowa (byłego radzieckiego zawodnika – Gabdrachmana Kadyrowa, sześciokrotnego mistrza świata w wyścigach na lodzie), przekazywaną od lat jako nieoficjalny atrybut mistrzostwa. Każdy mistrz dopisywał na niej swoje nazwisko i przekazywał następnemu. Drugi był Woryna, trzeci Wyglenda. Dziatkowiak z 3 punktami znalazł się na piętnastej pozycji.

            To był wielki dzień Edmunda Migosia i kontynuacja dobrej passy – tydzień wcześniej wywalczył z polską drużyną na Wembley brązowy medal DMŚ. Zdobył tam 4 punkty, mając za partnerów Jana Muchę - 6 pkt., Antoniego Worynę – 5 pkt., Henryka Gluecklicha – 3 pkt. i Pawła Waloszka – 2 pkt. Jeszcze wcześniej po raz pierwszy w swej karierze wystąpił w finale IMŚ na stadionie we Wrocławiu, gdzie zgromadził 4 punkty i zajął czternaste miejsce. Wielki triumf święcił tam Ivan Mauger, ale też świętowali Polacy – Waloszek był drugi, Woryna trzeci.

            Był to najlepszy sezon w karierze Edmunda Migosia.

Jan Delijewski

Fot. archiwum i ze zbiorów Jerzego Michalaka