W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x

 
Jesteś tutaj » Home » Pozarządowo »
Elżbiety, Katarzyny, Klemensa , 25 listopada 2017

Nie dawał ryby, chciał dawać wędkę ludziom w potrzebie

2017-10-23

Jan Koniarek, lat 53. Odszedł stanowczo za wcześnie. Mógł jeszcze tyle dobrego zrobić... Chorował, ale do końca pracował i wierzył, że jeszcze coś zrobi. Nie zdążył…

medium_news_header_19947.jpg

Na początku dał się poznać jako polityk, który jeszcze będąc studentem, niekonwencjonalnym działaniem, jak na owe czasy, czyli prowadząc kampanię wyborczą chodząc od drzwi do drzwi, został radnym miasta Gorzowa. Później był członkiem zarządu miasta za prezydentury Henryka Macieja Woźniaka, a także parał się biznesem, by po kilka latach nieobecności w mieście odnaleźć się w tzw. ekonomii społecznej, której stał jednym z najlepszych specjalistów w kraju wcielającym idee w życie.

***

Jego formalnym dzieckiem i dziełem było Lubuskie Stowarzyszenie Rozwoju Regionalnego ROZWÓJ, które od lat z powodzeniem funkcjonuje w obszarze tzw. ekonomii społecznej. Kilka lat temu rozmawialiśmy o tym z Janem Koniarkiem, wówczas prezesem stowarzyszenia. Oto, co wtedy miał m.in. do powiedzenia:

- Czym jest, najogólniej rzecz biorąc, ekonomia społeczna?

- Jest to szeroko rozumiane wsparcie osób wykluczonych lub zagrożonych wykluczeniem społecznym, czyli osób niepełnosprawnych, bezrobotnych, w tym szczególnie długo pozostających bez pracy. Dotyczy to przede wszystkim tych, którzy sami chcą i mogą  sobie pomóc. Nie pomija jednakże tych, którzy z różnych powodów nie są w stanie sobie pomóc, ale są otwarci na taką pomoc. I nie chodzi przy tym o doraźne działanie, lecz o wsparcie systemowe. W ramach ekonomii społecznej nie dajemy przysłowiowej ryby, ale dajemy wędkę wraz z oprzyrządowaniem, uczymy wędkowania, pokazujemy łowiska i prowadzimy aż do skutecznego finału, czyli do złowienia tej upragnionej ryby. To jest właśnie istota ekonomii społecznej. 

- Termin ekonomia społeczna jest może czymś nowym, ale sama idea znana była już wcześniej. Jakie dzisiaj są  podstawowe problemy, które próbujecie rozwiązywać?

- Problemem  jest to, że coraz więcej osób nie radzi sobie z obecną rzeczywistością, która coraz częściej nas przerasta. Mamy więc liczne grupy, często całe środowiska ludzi wykluczonych społecznie lub zagrożonych wykluczeniem. I nie chodzi tylko o tych, których los doświadczył kalectwem czy chorobą. Dzisiaj każdy z nas -  bez względu na status, wykształcenie i zawód,  wiek,   stan zdrowia – może znaleźć się sytuacji człowieka wykluczonego. Bez pracy, bez środków do życia i  perspektyw życiowych. To może być na skutek likwidacji zakładu lub stanowiska pracy, wypadku lub choroby, a nawet urlopu macierzyńskiego, po którym powrót do pracy może być trudny, bo zmieniły się regulacje prawne, standardy, regulaminy, programy komputerowe czy też wymogi, oczekiwania pracodawcy.

- Stowarzyszenie ma w dorobku m.in. tworzenie klubów ekonomii społecznej, zakładanie i prowadzenie spółdzielni socjalnych, a teraz próbujecie pomóc tym, którzy nie bardzo wiedzą co potrafią, co chcą robić i z tego powodu  nie mogą się odnaleźć na rynku pracy. Na czym to konkretnie polega?

- Nasz najnowszy projekt, który niedawno rozpoczęliśmy, czyli Poradnia Edukacji Dorosłych w Gorzowie Wlkp., to doradztwo dla osób dorosłych w zakresie diagnozy ich potrzeb oraz wyboru kierunków i formy podnoszenia swoich kompetencji, podwyższanie kwalifikacji. Inaczej mówiąc trafiają do nas osoby bezrobotne lub zagrożone bezrobociem, by przy pomocy specjalistów zweryfikować swoje predyspozycje, kwalifikacje i preferencje zawodowe. Dopiero po postawieniu właściwej diagnozy proponujemy odpowiednie kursy, szkolenia czy inne formy kształcenia, które dadzą im nowy lub zupełnie inny zawód, kwalifikacje czy uprawnienia niezbędne do wykonywania określonej pracy. Nasze  usługi świadczymy nieodpłatnie, a i  wskazywane przez nas oferty edukacyjne także są nieodpłatne.  I nie chodzi tylko o oferty edukacyjne z Gorzowa, ale i województwa oraz większych miast w kraju.

- Jaki jest zakres i zasięg tego projektu?

- Zakładamy, że w ciągu dwóch najbliższych lat  z naszych usług skorzysta około tysiąca gorzowian, w tym przede wszystkim osoby z grupy 50 plus, które są szczególnie zagrożone na rynku pracy, a  ponadto osoby niepełnosprawne. Z naszego doświadczeni wynika, że zainteresowanie będzie duże, bo przybywa osób nie mogących się odnaleźć na rynku pracy. Często, bowiem ludzie mają wykształcenie, ale nie mają zawodu czy uprawnień do wykonywania określonej pracy. Nie będziemy wobec nich uprawiać sztuki dla sztuki, ale chcemy w bardzo praktyczny sposób pomóc im najpierw w poznaniu siebie, a następnie wskazać możliwości podniesienie lub zmiany kwalifikacji i umożliwić im to.(…).

***

Jego ostatnim, niezrealizowanym niestety, tegorocznym pomysłem było stworzenie spółdzielni pracy dla uczniów szkół średnich. Oto co w styczniu 2017 r. odpowiadając na nasze Trzy pytania, jako koordynator Lubuskiego Ośrodka Wsparcia Ekonomii Społecznej o tym pomyśle mówił:

- Wyszedł pan z propozycją powołania w Gorzowie, mówiąc językiem roboczym, Międzyszkolnej Spółdzielni Pracy. Czym taki podmiot miałby się zajmować?

- W Gorzowie, jak wszędzie, mamy masę zdolnej i kreatywnej młodzieży, którą warto  poprzez pewne działania przygotowywać do poznania mechanizmów gospodarczych. Jak przypominam sobie młodzieńcze lata, to pamiętam działalność spółdzielni uczniowskich. Prowadziły one między innymi sklepiki szkolne, organizowały wycieczki. Były współorganizatorem wielu wydarzeń i było to naprawdę dobre. W tej chwili takich spółdzielni nie ma, bo mamy również inne uwarunkowania gospodarcze. Nie oznacza to wcale, że tamte pomysły nie można wprowadzić na nowo, dostosowując je do dzisiejszych realiów. Świata w tym przypadku nie odkrywam. Zresztą mamy spółdzielnie studenckie, na działalności których kiedyś zrobiono fortuny, korzystając z licznych zwolnień. Przenieśmy te pomysły niżej i dajmy szansę chętnej do pracy młodzieży. Niech dorabiają sobie w ten sposób do kieszonkowego i przy okazji uczą się przedsiębiorczości.

- Przyjmijmy, że znajduje się grupa gimnazjalistów lub licealistów i chcą trochę popracować na własnym rozrachunek.  Jak organizacyjnie miałoby to wyglądać?

- Inicjatywa musi być oddolna, bo tego rodzaju podmioty muszą być niezależne, ale powinny posiadać patrona. Przykładowo mógłby to być nasz ośrodek, który zadbałby o aspekty prawne, pomógłby w działaniach marketingowych. Mamy osoby odpowiedzialne za inkubację i kontakty z młodzieżą. Pomysł ten przyszedł mi zresztą do głowy, bo nie kryję podziwu dla tego, co widzę, co młodzi ludzie na poziomie szkół średnich potrafią zdziałać. Warto, żeby to wykorzystali w szerszym zakresie. Jako LOWES jesteśmy w stanie takim ambitnym ludziom, z ciekawymi pomysłami, stworzyć warunki techniczne. Mamy sporo pomieszczeń, możemy wspomagać w prowadzeniu księgowości. Wszystko oczywiście zależy od stopnia potrzeb. Najlepiej byłoby, gdyby takie spółdzielnie zakładały organizacje pozarządowe. A my możemy udzielić również pomocy finansowej.

- Czym przykładowo miałaby zajmować się taka spółdzielnia?

- Wszystkim. Młodzi ludzie często są geniuszami w stworzeniu różnych platform informatycznych i zarządzaniu nimi nawet na odległość. Mogliby zajmować się całym obszarem związanym z teleinformacją, ale również organizować targi szkolne, prowadzić korepetycje. Miasto w takim przypadku zapewne mogłoby włączyć się w działalność poprzez zlecanie niektórych zadań. Rodzice także mają różne potrzeby i mogliby je zlecać spółdzielni. Nawet proste prace porządkowe. Uważam, że mamy tu niszę rynkową. Podobnie wygląda to z osobami starszymi i ich usługami. Na rynku bardzo przydałaby się spółdzielnia tzw. ,,złotej rączki’’. Mamy mnóstwo emerytowanych fachowców potrafiących wykonywać drobne prace, ale nie mogących prowadzić działalności gospodarczej, bo wiąże się to choćby z dużymi kosztami. Spółdzielnia może posiadać rejestr zainteresowanych specjalistów i w razie potrzeby mogą one zrealizować usługę, której koszt zawsze będzie niższy od tego, co mamy obecnie na rynku.

***

Jego charakter, osobowość, także spojrzenie na Gorzów i jego mieszkańców oddaje w jakiejś mierze nasz Kwestionariusz Gorzowski, który wypełnił 5 lat temu. Oto, co w nim zostało zapisane:

Kwestionariusz gorzowski wypełnia: Jan Koniarek, prezes Lubuskiego Stowarzyszenia Rozwoju Regionalnego „Rozwój” w Gorzowie.

Jestem tym, kim jestem:

- Po prostu jestem.

Gorzów to moje miasto:

- Moje, ale nabyte, bo przyjechałem tu z Kutna za piękna kobietą.

Moje  ulubione miejsce:

- To las, w tym lasy wokół Gorzowa.

Mój ulubiony lokal:

- Kiedyś była to Karczma Słupska.

Jestem dumny:

- Z zieleni w mieście, o którą – niestety – w ostatnim okresie przestano dbać.

Wstyd mi:

- Za małomiasteczkowe zachowania niektórych ludzi, w tym części dziennikarzy.

Marzy mi się:

- Żeby Gorzów nauczył się dbać o swoje interesy.

Gdybym był prezydentem:

- Współczuję prezydentowi i nie chciałbym nim być.

Lubię gorzowian:

- Dlatego, że są otwarci na nowe wyzwania.

Gościom mówię, że Gorzów:

- To piękne miasto, warte odwiedzenia.

***

Co dalej będzie z jego dziełem? Miejmy nadzieję, że przetrwa dzięki ludziom, których zaraził ekonomią społeczną, czyli profesjonalną potrzebą pomagania innym.

Jan Delijewski