W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x

 
Jesteś tutaj » Home » Biznes po gorzowsku »
Antonii, Ignacego, Wiktora , 17 października 2018

Pieczątkarstwo to zawód, który ma jednak przyszłość

2018-08-06

Mały zakład na pierwszym piętrze kamienicy zawieszony jest dyplomami, poświadczeniami mistrzowskimi i wzorami wykonywanych usług.

medium_news_header_22436.jpg

Mało kto wie, że pieczątki z gorzowskiej Alby trafiają na cały świat.

Stara kamienica przy ul. Wodnej. O tym, że mieści się tu od 1945 roku firma Alba informuje nienachalny szyld. W domofonie trzeba przycisnąć cyfrę 1 po chwili już drewnianymi, wąskimi i wychodzonymi schodami można wejść na I piętro. Tu, niemal od początku, działa firma Alba założona przez Lucjana Lepkę, rzemieślnika i mistrza pieczątkarstwa z Poznania, a od jego śmierci kierowana przez syna Zdzisława.

Gorący telefon z Berlinem

W niewielkim pomieszczeniu, gdzie na ścianach wiszą dyplomy mistrzowskie Łucjana i Zdzisława oraz potwierdzenie przynależności do bardzo elitarnego klubu, jakim jest Klub Stemplarzy Polskich, jak i dziesiątki różnych podziękowań, wzory wykonywanych usług, właśnie dwoje młodych ludzi zamawia pieczątki. – A nie lepiej je wyrównać, tak, żeby optycznie wyglądały lepiej – podpowiada Zdzisław Lepka, który na kartce pokazuje gotowe wzory zamówionych stempli. Chłopak sam za bardzo nie chce podejmować takiej decyzji, dzwoni do kogoś w Berlinie. Okazuje się, że zleceniodawca jest ojcem chłopaka i mieszka na stałe właśnie w stolicy Niemiec. Potem jeszcze kilka razy telefonuje, bo Zdzisław Lepka chce znać wszystkie szczegóły zamawianych pieczątek. Uzgadnianie zajmuje około pół godziny. Młodzi ludzie wychodzą z zakładu z pełną wiedzą, czyli kiedy mają zamówienie odebrać oraz ile przyjdzie im za to zapłacić. Widać, że są zadowoleni. – U nas jest cały czas właśnie tak. Ciągle są klienci. No i nasze pieczątki są w USA, Kanadzie, Niemczech, Szwecji, w kilku krajach Afryki – opowiada właściciel Alby i dodaje, że niekiedy to ma wrażenie, iż klient przyjechał zamówić pieczątkę, a czas oczekiwania skraca sobie, pijąc gdzieś kawę.

Wojna przygnała tu rodziców

Pierwsza Alba powstała na krótko przed wybuchem II wojny światowej na poznańskiej Górnej Wildzie. – Tak, tak, w przyszłym roku będziemy obchodzić 80-lecie firmy – potakuje Zdzisław Lepka.

Firmę prowadził tylko ojciec obecnego właściciela. Mama Joanna zajmowała się wychowywaniem pięciorga dzieci. Zresztą historia poznania obydwojga przypomina opowieść jak z filmu. – Moja mama pochodziła z zamożnej rodziny spod Poznania i przyjeżdżała do krawca, gdzie wówczas szyto sobie odzież. Państwo młodzi zakochali się w sobie. Doszło do ślubu. A potem przyszła II wojna i Lucjan lepka musiał uciekać z Poznania. Osiadł w podpoznańskim Ostrorogu. Tam zajmował się pomocą ludziom w różnych sprawach życiowych. Nawet ludziom z podziemia pomagał papiery załatwić – opowiada Zdzisław Lepka.

Po zakończeniu wojny Lucjan miał do wyboru dwie drogi. Wracać do Poznania, na stare śmieci, albo jechać na ówczesny Dziki Zachód, gdzie tworzyła się nowa jakość. – I tak tata wybrał Gorzów. Dostał przydział na mieszkanie przy ul. Krzywoustego, ale bardziej mu się spodobała ulica Wodna, ten balkon, to mieszkanie, w którym do dziś jest firma– mówi Zdzisław Lepka.

Lucjan Lepka wybrał się więc do starej Niemki, pani Emmy, jak mówi Zdzisław, aby ją namówić do tego, by rodzinę do siebie przyjęła. Niemka mieszkała tu tylko ze starym psem. Kobieta zgodziła się wziąć do siebie Lepków, co było tylko z korzyścią, bo mieszanie było duże, siedem pokojów.

Sama firma powstała na parterze, w narożnym pomieszczeniu, w którym kiedyś była karczma Rzym, a dziś jest sklep z upominkami i balonikami. – Ale komuniści ojca z tego pomieszczenia przegnali i tak firma zamontowała się na pierwszym piętrze, gdzie jest do dziś – mówi Zdzisław.

Pani Emma ostatecznie odeszła za Odrę. Zabrała ze sobą tylko kilka rzeczy i swojego psa. – Zostały po niej jakieś meble, talerze. Ale został też metalowy stojak na wino pełen dobrego francuskiego szampana i koniaku. Mój ojciec ten markowy alkohol spożytkował na moje chrzciny – śmieje się właściciel Alby. Całkiem na poważnie dodaje, że stojak ma do dziś i do dziś mu służy.

Przejął firmę, choć chciał iść na prawo

Po pracowni ojca, która przylegała bezpośrednio do mieszkania, od dziecka kręcił się Zdzisław. – Tu się ciągle coś działo. Zresztą miałem talent manualny – opowiada. Skończył Szkołę Podstawową nr 3, II Liceum Ogólnokształcące, zdał nawet na prawo na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, jednak ostatecznie studiów nie zrobił. – Trzeba było podjąć decyzję co do firmy. Musiałem ją przejąć, bo jakoś trudno było mi myśleć, że ją sprzedam, pójdzie w obce ręce – mówi. I tak od 1974 roku jest głównym właścicielem i naczelnym szefem Alby. – Ale potem, tak dla siebie zrobiłem jeszcze dwa i pół roku studiów na AWF – dodaje. Dziś w firmie pracuje jego córka, więc jakby co, to ciągłość jest zapewniona, choć Zdzisław Lepka dość sceptycznie patrzy na przyszłość swego fachu. – Myślę, że elektronika zastąpi pieczątki. Choć oczywiście będą grupy ludzi, którzy będą się posługiwać pieczęciami, jak choćby notariusze czy inni – mówi. Jednak na razie firmy zamykać nie myśli, bo przecież te 80 lat jednak do czegoś obliguje.

Przez dziurę w ścianie

Firma ma też bardzo ciekawą historię związaną z czasami stanu wojennego. Wówczas władza zaplombowała wejście do firmy. A zamówienia się sypały, bo każda komórka Solidarności musiała i chciała mieć pieczątkę. Bez stempla żadna poważna organizacja jakoś sobie działania nie wyobrażała. – Wybiliśmy więc dziurę w ścianie od strony mieszkania i praca szła. Nie trzeba było dodatkowego światła, hałasu też nie było. Pracowaliśmy niemal na okrągło – wspomina Zdzisław Lepka.

To były takie czasy, kiedy pieczątki robiono metodami zecerskimi. Dziś to jest znacznie łatwiejsze, bo technika poszła do przodu. I choć generalnie klienci zamawiają plastikowe stemple automatyczne, to jednak bywają i tacy, którzy decydują się na stary typ, taki do którego potrzebna jest poduszka z tuszem. Zgodnie z zasadą – klient nasz pan, dla Alby to żaden problem, aby i taki stempel błyskawicznie wykonać. – Stosujemy plastikowe korpusy, ale jak sobie klient zażyczy drewnianego, też dostanie – tłumaczy Zdzisław Lepka.

Firma to także grawerowanie napisów – na tabliczkach, na piórach wiecznych czy długopisach, ale i drukowanie wizytówek czy innych rzeczy ulotnych. – Pracy jest naprawdę dużo. I bardzo dobrze, że jest – mówi szef Alby.

Renata Ochwat