W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x

 
Jesteś tutaj » Home » Biznes po gorzowsku »
Dalidy, Juliusza, Łucji , 13 grudnia 2018

Atelier spełnieniem marzeń i rodzajem biznesu

2018-10-04

W oknie wystawowym widać kilka oryginalnych sukienek, w tym różową bezę z tiulu jakby z lat 60.

medium_news_header_22931.jpg

Właścicielka mówi, że choć na takich projektach zarabia się tak sobie, to jednak marzenia mogą być przepustką do własnej firmy.

- Od dziecka lubiłam coś robić. Taka manualna byłam i jestem – mówi Wioletta Toruńczak, właścicielka Atelier Violet przy ul. Chrobrego. I dodaje, że choć pamięta jak się uczyła czytać, to szyć właściwie umie od zawsze, a co więcej, szalenie to lubi.

Ale lubi też niewyszukaną elegancję. Sama o tym nie mówi, ale wystarczy przejść się obok jej atelier. Latem stoi tam ławeczka, zawsze jakiś kwiatek, zimą wabią oko ozdoby świąteczno-karnawałowe. W tym roku, kiedy tylko była na miejscu, zawsze stała miska ze świeżą wodą dla psów. Wszystkie te elementy budują niezwykły klimat, który się pogłębia, kiedy ktoś otworzy drzwi do wnętrza.

Trochę Paryża, trochę Londynu

Atelier Violet jest niewielkie, ale właśnie wystarczy wejść do środka, aby poczuć się jak w wypieszczonym butiku w Londynie czy Paryżu. Ze ścian patrzą na klientki podobizny Audrey Hepburn, wielkiej aktorki i ikony stylu z lat 60. i 70. minionego wieku. Na kolejnej widać podobizny innej ikony stylu i też znakomitej aktorki Marylin Monroe. Gdzieś tam oko wychwytuje eleganckie pudło na kapelusze – przed laty konieczny i niezbędny element bagażu każdej wytwornej i eleganckiej damy. Jednak najważniejsze, co tu jest, to suknie. Każda jedyna w swoim stylu, każda niepodrabialna, bo nawet jeśli klient zobaczy dwie bezy, to każda jest inna. Bezy czyli modne do dziś wśród amerykańskich nastolatek wybierających się na własne bale promocyjne suknie, czyli ozdobny gorset i do tego spódnica z wielu warstw tiulu. Każda w innym kolorze, z innymi dodatkami i każda wymagająca mnóstwa pracy. Właśnie taką bezę ma Marylin Monroe na jednym ze zdjęć wiszących w Atelier.

Ale na wieszaku zachwyca biała suknia z mnóstwem koronkowych aplikacji. – Sama je wycinałam i nanosiłam na tiul. Kilka dni mi zajęła praca nad nią – opowiada Wioletta Toruńczak. I jak wyjaśnia, takie lub podobne modele kupują u niej klientki jako suknie ślubne do ceremonii cywilnej lub te, które tylko taką ceremonię przewidują. Zresztą ciekawych ubiorów jest znacznie więcej. Każda suknia, płaszczyk czekają na swoją nową właścicielkę.

Nie szyję z gotowych modeli

Każda z gotowych sukien, płaszczyków czy innych rzeczy czeka na kogoś. – Ja już nie szyję na zamówienie. Zwyczajnie uznałam, że podpatrywanie czyichś projektów jest niezbyt w porządku. Myślę, że także w tym przypadku obowiązują prawa autorskie. Jeśli ktoś chce kupić moją suknię, to mogę ją dopasować, ale tylko tyle – tłumaczy właścicielka Atelier.

Zdradza, że ma kilka gotowych szablonów, takich szkiców całości, które sama opracowała dzięki modelom w Burdzie – piśmie-biblii wszystkich szyjących. Ale szablon to punkt wyjścia, szkielet, który się zamienia w coś osobnego. Co dalej, to już wyobraźnia Wioletty Toruńczak, jej styl i gust. Sama wybiera materiały, szuka ciekawych dodatków, które sprawią, że jej suknie są pojedynczymi egzemplarzami. – Ja nie zwężam spódnic, nie podwijam spodni. Moje atelier nie jest pracownią krawiecką – wyjaśnia właścicielka. I rzeczywiście, w Atelier nie ma maszyny do szycia, a w każdym razie na parterze, gdzie przyjmuje klientki. Pracownia mieści się na piętrze, na które prowadzą wąskie schody. Tam powstają te wszystkie niezwykłe rzeczy. I rzadko kto może tam wejść.

Violet znaczy Wioletta

Pomysł na niezwykle klimatyczne miejsce ma bardzo niepospolitą historię. Kilka lat temu mąż Wioletty Toruńczak dostał kontrakt do Anglii. Miał jechać na cały rok, więc decyzja zapadła – jedziemy całą rodziną. I tak państwo Toruńczak wraz z córkami znalazła się w Liverpoolu, mieście The Beatles, wielkiego portu oraz, co mało kto wie, mieście butików, miejsc, gdzie można kupić niezwykłe ubrania. Mąż pracował, córki chodziły do szkoły, a Wioletta Toruńczak musiała sobie znaleźć jakieś zajęcie, bo jak sama mówi, prowadzenie domu to jedno, ale coś jeszcze robić trzeba. Zna angielski, więc szybko znalazła sobie pracę w sobotniej szkole polskiej, gdzie uczyła polskie dzieci. Jednak trafiła też do pracowni ubioru Carolyn Marsden. – Ja tam mogłam robić wszystko. Nawet sprzątać. Ale Carolyn poprowadziła mnie do maszyny do szycia i już mowy o sprzątaniu nie było. Przez cały rok tam zostałam – wspomina Wioletta, po angielsku Violet.

A kiedy przyszedł czas powrotu do Polski, bo mężowski kontrakt dobiegł końca, pani Carolyn namawiała Polkę do pozostania. Rodzina jednak wróciła do kraju, a w głowie Wioletty-Violet zakiełkowała myśl o własnym studio, takim vintage, czyli o miejscu, gdzie będą powstawać jedyne, pojedyncze modele. Suknie, na które się odkłada pieniądze, suknie, jakich nikt inny nie będzie miał. Bo nawet jak się jakaś elegantka pojawi w bezie, a druga też będzie ubrana w taką suknię, to jednak będą dwie zupełnie inne. Fason owszem, taki sam, ale już pozostałe elementy zupełnie inne.

Od 12 lat przy Chrobrego

Firma pod nazwą Atelier Violet działa od 2006 roku, a od dziewięciu lat mieści się przy ul. Chrobrego. Nazwa wywodzi się od angielskiej wersji imienia właścicielki. – Po angielsku Wioletta to Violet. Pani Carolyn tak do mnie mówiła. Zresztą była matką chrzestną pomysłu, dlatego taka nazwa – wyjaśnia właścicielka.

Dlaczego akurat Chrobrego? – To może być piękne miejsce. Marzy mnie się, aby tu były właśnie takie studia, jak moje i Natalii Ślizowskiej – tłumaczy Wioletta Toruńczak. Obie panie sią znają, co dziwne nie jest. I co ciekawe, ich pracownie – studia mieszczą się na dwu biegunach ul. Chrobrego. Natalia Ślizowska ma swoje studio u zbiegu Chrobrego z Wybickiego, a Wioletta Toruńczak u zbiegu Chrobrego z 30 Stycznia. Pomiędzy mieści się jeszcze pracownia krawiecka, jedna z lepszych w mieście i mocno zapracowana, sklep z materiałami oraz dobra pasmanteria, czyli powstał taki mały klasterek związany z branżą ubraniowo-modową.

Obu marzy się, aby Chrobrego było deptakiem z prawdziwego zdarzenia, z kafejkami i innymi miejscami, do których warto przyjechać i zajrzeć. Dlatego też tu zdecydowały się otworzyć swoje studia. – Tu naprawdę będzie kiedyś pięknie – mówią.

- Powiedzieć, że zarabiam kokosy, nie bardzo można. Ale przecież czasem trzeba zrobić coś dla marzeń. Moim marzeniem było takie miejsce, więc je sobie stworzyłam i wierzę, że to dobry pomysł – mówi Wioletta-Violet.

A klientki, które kupiły u niej suknię, wracają.

Renata Ochwat