W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Pod koszem AZS AJP »
Elżbiety, Marka, Pauli , 18 czerwca 2019

Rozpoczął się wyścig z czasem. O wszystkim zadecydują godziny

2019-04-15

Już tylko jeden krok dzieli koszykarki InvestInTheWest ENEA Gorzów od awansu do finału Basket Ligi Kobiet i zdobycia po ośmiu latach medalu mistrzostw Polski.

medium_news_header_24554.jpg Fot. Bogusław Sacharczuk Gorzowianki są coraz bliżej trzeciego w historii klubu awansu do finału mistrzostw Polski

Gorzowskie koszykarki w swojej długiej już historii gier w najwyższej klasie rozgrywek (najpierw Stilon, obecnie AZS AJP) rozegrały mnóstwo dramatycznych i pięknych spotkań. Nieliczne jednak przeszły do historii, co zrozumiałe, bo najczęściej pamięta się o wyjątkowych wydarzeniach. Podobnie zapewne będzie z niedzielnym pojedynkiem we Wrocławiu.

- Biorąc wszystkie okoliczności związane szczególnie z drugim meczem nie przypominam sobie bardziej dramatycznego starcia w wykonaniu naszych dziewcząt, a koszykówką interesuję się od wielu lat – mówi Krzysztof Kielec, prezes głównego sponsora Kostrzyńsko-Słubickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej oraz prezes AZS AJP.

Akademiczki pojechały do stolicy Dolnego Śląska mocno zdeterminowane, żeby powtórzyć wyczyn z Torunia, gdzie zdołały dwukrotnie ograć zespół Energi w ćwierćfinałowych meczach play off. Pewnym zmartwieniem dla trenera Dariusza Maciejewskiego było to, że nie mógł on skorzystać z dwóch zawodniczek – Darii Stelmach i Julii Rytsikawy. Ta pierwsza ma złamany palec i dla niej sezon już się zakończył. Białorusinka zaś nadal boryka się z urazem nogi, ale w jej przypadku ciągle jest szansa na powrót do gry. Mając jednak dwa poważne ubytki akademiczki dzielnie radziły sobie w sobotę w hali AWF-u we Wrocławiu. I choć miały słabszy fragment w pierwszej kwarcie ostatecznie zdołały wygrać całe spotkanie 89:76. Jedną z bohaterek była Annamaria Prezelj, która, niestety, występ ten okupiła kontuzją skręcenia stawu skokowego.

- Przed drugim meczem bałem się jeszcze o Maszę Papową, która miała problemy z kolanem i plecami – kontynuuje prezes Krzysztof Kielec. – Prezelj rzeczywiście świetnie zagrała w sobotę, na wyjątkowo wysokiej skuteczności. Dlatego po jej kontuzji pomyślałem sobie, że do drugiego starcia przystąpimy praktycznie bez większych argumentów, szczególnie pod kątem taktycznym i fizycznym. Liczyłem jednak na walkę, choć zacząłem obawiać się, że może być nam ciężko nie tylko w tym drugim meczu, lecz w dalszej fazie serii – zaznacza.

Brak trzech już koszykarek stanowił ogromny problem, a kiedy pod koniec pierwszej kwarty, po zderzeniu z rywalką, do szpitala została zawieziona nasza najskuteczniejsza zawodniczka w całym sezonie Ariel Atkins, w gorzowskim obozie był już widoczny smutek. Miejscowe szybko zaczęły to wykorzystywać i na początku drugiej kwarty prowadziły 26:19. W tym momencie już chyba tylko najwięksi optymiści mogli wierzyć jeszcze w pomyślne zakończenie tej trudnej przeprawy.

- Po upadku na parkiet od razu wiedziałem, że Ariel ma spore kłopoty i że trzeba będzie wieźć ją do szpitala – mówi dalej nasz rozmówca. – W takim momencie raczej mniej się myśli o dalszym przebiegu meczu, lecz bardziej o stanie zdrowia zawodniczki. Zwłaszcza, że wyglądało to bardzo poważnie. Na szczęście szybko otrzymałem informację, że Ariel odzyskała przytomność, ale konieczne było badanie w szpitalu tomografem. Myślałem głównie o tym, jakie będą wyniki? Potem okazało się, że nic złego badanie nie wykazało, z czego dzisiaj bardzo się wszyscy cieszymy, ale Amerykanka jest pod stałą obserwacją – tłumaczy.

Wśród tych, które nie chciały łatwo się poddać były oczywiście same zawodniczki. Szybko udowodniły, że mają twarde charaktery. Zagrały w myśl starej mądrości ludowej ,,Co nas nie zabije, to nas wzmocni’’. I choć pod względem widowiskowości samo spotkanie może nie należało do tych z najwyższej półki, to jednak charakteryzowało się ogromną wolą walki, gdzie – jak to potem powiedział trener Dariusz Maciejewski – wszędzie lał się pot, łzy i krew.

- Kiedy przed przerwą nasze zaczęły grać jak z nut zacząłem na nowo obserwować ich walkę, ale nieco inaczej niż czynię to zawsze – opowiada dalej prezes Krzysztof Kielec. – Z niedowierzaniem patrzyłem, co się dzieje na parkiecie. Wyglądało to jak piękny sen. Przy tej masie problemów i świadomości, że brakuje tylu zawodniczek reszta zaczęła grać fantastycznie i skutecznie. A to co robiły Sharnee Zoll-Norman i Maria Papowa, które nawet na sekundę nie zeszły na odpoczynek, to była najwyższa klasa sportowa. Pozostałe się zmieniały, ale na bardzo krótki czas. To pokazuje, że fizycznie są świetnie przygotowane do walki – wyjaśnia.

W sporcie niczego nie należy być pewnym, póki nie osiągnie się określonego celu. Dlatego dzisiaj nadal nie wiadomo, kto awansuje do finału Basket Ligi Kobiet? W środę czeka nas trzeci pojedynek, w którym gorzowianki zapewne zrobią wszystko co w ich mocy, żeby pokonać wrocławianki, ale one z kolei niczego nie oddadzą za darmo. Zwróćmy również uwagę, że o ile nasz zespół w tym sezonie nie przegrał we Wrocławiu, to jednak jeszcze nie wygrał ze Ślęzą na własnym parkiecie. W meczu rundy zasadniczej, rozegranym na początku marca, było 69:63 dla przyjezdnych.

- Obecnie trwa u nas wyścig z czasem. Szansę na występ w środę ma każda obecnie kontuzjowana koszykarka, poza Darią Stelmach, dla której sezon się skończył. O wszystkim będą jednak decydowały dosłownie godziny i może się okazać, że zagrają wszystkie, ale może nie zagrać żadna. Na pewno nie zaryzykujemy ich zdrowiem, bo może to tylko pogorszyć sytuację – mówi wprost prezes klubu.

Mnóstwo pracy ma szczególnie fizjoterapeuta zespołu Radosław Kownacki, któremu w miarę możliwości pomaga Konrad Wieczorek. W tej chwili to praktycznie cały REHAkompleks (partner medyczny klubu) jest zaangażowany w ciężką pracę, bo każdy wie, o jaką stawkę idzie gra. Dotyczy to również dr Sławomira Dziobaka, który jest lekarzem zespołu. 

- Bez względu na to, w jakim ostatecznie składzie wyjdziemy już teraz musimy szykować się na ostrą batalię, bo jak chcemy awansować do finału, to musimy zagrać na najwyższym poziomie. Jestem przekonany, że nawet jak przegramy walkę z czasem, to te dziewczyny, które wystąpią dadzą z siebie wszystko. Rywalki nie odpuszczą i tu nie ma znaczenia, po czyjej stronie jest handicap własnej hali. Prosiłbym kibiców, żeby przyszli w środę na mecz i swoim dopingiem wzmocnili siłę naszego zespołu. Koszykarki zrobiły już naprawdę dużo i warto, żeby postawiły kropkę nad ,,i’’. Muszą jednak czuć moc również ze strony kibiców – kończy.

Środowe spotkanie (17 kwietnia) rozpocznie się w hali przy ul. Chopina o godzinie 19.10.

Robert Borowy