W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x

 
Jesteś tutaj » Home » Leśnym tropem »
Amandy, Jana, Juliana , 27 maja 2019

Dziki są lekarzami lasów, ale mieszkają też blisko nas

2019-01-09

Rozmowa z Wojciechem Pawliszakiem, Łowczym Okręgowym Polskiego Związku Łowieckiego w Gorzowie

medium_news_header_23719.jpg

- Panie łowczy, coś dziwnego się stało w ostatnim czasie. Chodzimy po lesie i oglądamy się na boki, bo patrzymy, czy dziki żyją.

- Żyją. Jest ich mniej niż w latach poprzednich w związku z wystąpieniem w Polsce wirusa Afrykańskiego Pomoru Świń (ASF). Strategia stopniowej redukcji dzika, która ma zapobiegać przenoszeniu się wirusa w populacji jest realizowana w całym kraju.

- Proszę wyjaśnić, co to znaczy stopniowa redukcja dzika.

- Realizując zalecenia Głównego Lekarza Weterynarii oraz postulaty środowisk rolniczych, zwiększaliśmy stopniowo w planach pozyskania odstrzał dzika po to, aby dojść do rekomendowanego poziomu zgęszczenia to jest pięć osobników na 1000 ha powierzchni dzierżawionych obwodów łowieckich. Takie zagęszczenie zapewnia większe bezpieczeństwo epizootyczne w środowisku, a dokładniej mówiąc, w mniejszych zagęszczeniach choroby, chociażby takie, jak klasyczny czy afrykański pomór świń przenoszą się wolniej, a to dlatego, że stada dzików zwane watahami nie mają ze sobą częstego kontaktu. To dokładnie tak, jak u ludzi – chory człowiek kichający i pociągający nosem, nie zaraża innych, jeśli nie ma z nimi kontaktu. Dzika faktycznie jest mniej w porównaniu ze stanami dotychczasowymi, ale jego ilość zapewnia możliwość odbudowy populacji w niedługim czasie przy sprzyjających warunkach środowiskowych.

- To co się zmieniło?

- Zmieniło się wiele. Od nowelizacji ustawy prawo łowieckie poprzez zmianę koncepcji i oczekiwań w stosunku do myśliwych. Myśliwy w obecnym stanie prawnym jest odpowiedzialny za realizację zaleceń służb weterynaryjnych i wytycznych Ministerstwa Środowiska i Rolnictwa. Stąd też przy zmianie wytycznych i oczekiwań w dążeniu do uzyskania zagęszczenia na poziomie tylko 1 dzika/1000 ha obwodu łowieckiego odczuwamy pewne obawy.

- A to jest zwyczajnie możliwe?

- Jako praktycy, wykonujący społecznie codzienne zadania, jakie stawia nam administracja państwowa, staramy się pomagać na tyle, na ile jesteśmy w stanie, ale jesteśmy tylko ludźmi i niepokoi nas fakt, że wymaga się od nas rzeczy, których po prostu zwyczajnie się nie da się fizycznie zrobić.

- Dlaczego?

- Możliwości personalne są takie, jakie są. Myśliwi idą na polowanie w czasie wolnym od pracy, angażując własne pieniądze. A nie są to małe pieniądze. Myśliwi, aby dojechać do łowiska, potrzebują samochodu, którym średnio na jednym polowaniu przejeżdżają ok. 50 km. Wiąże się z tym wydatek na paliwo i oczywiście potrzeba czasu. Prowadzimy od lat statystyki, które pokazują, ile czasu myśliwi potrzebują, aby pozyskać jednego dzika. Otóż pięć lat temu w naszym okręgu, aby upolować dzika, myśliwy musiał wyjechać do łowiska średnio pięć razy. Aktualnie, aby dzika strzelić, trzeba wyjechać średnio 18 razy! Co nie oznacza, jak już wcześniej wspomniałem, że dzika nie ma, tylko jest go trudniej spotkać i watahy są mniej liczne.

- Czy wobec tego koncepcja jeden dzik na 1 tys. hektarów powierzchni ma szansę powodzenia?

- Mało realne. Natura nie znosi pustki, to znaczy, że na terenie, gdzie występują warunki dogodne do życia danego gatunku, a jest ich tam mniej, następuje migracja osobników na te tereny. A skąd przyjdą? Otóż mamy obszary wyłączone z obwodów łowieckich, na których nie prowadzi się odstrzału zwierzyny. Są to tereny zurbanizowane: tereny miast, osiedli, parków, tereny przemysłowe, parki i rezerwaty, gdzie zwyczajnie nie można prowadzić gospodarki łowieckiej, gdzie nie ma możliwości wykonywania polowania. Tereny te są swoistą ostoją dla zwierzyny łownej w tym dzika i lisa, z uwagi na dostępność między innymi pozostawianego przez ludzi pożywienia, ale i obecność miejsc osłonowych w postaci zakrzewień, gdzie zwierzęta te odpoczywają w ciągu dnia. Przykład z naszego podwórka to chociażby teren miasta Gorzowa. Tylko na terenie naszego miasta, jak szacujemy bytuje ponad setka dzików.

- Naprawdę? A gdzie je można spotkać?

- Na obrzeżach, okolice TESCO, tereny po byłym poligonie, tzw. „Prochownia”. To jest świetna baza osłonowa dla tych zwierząt. Czują się tu świetnie, bo w żarnowcach, których tu nie brakuje, można się ukryć, a i rzadziej wilk tu zagląda. Warto podkreślić, że presja wilka w lesie jest odczuwalna. Zwierzyna, żeby chronić się przed dużym drapieżnikiem, wybiera sobie tereny przymiejskie, gdzie nie przeszkadza jej obecność ludzi, a przy okazji łatwiej znaleźć coś do zjedzenia. Najlepszym tego dowodem są powywracane śmietniki, a zbuchtowane trawniki porastające pobocza na odcinku między Słowianką a TESCO potwierdzają stałą obecność tych zwierząt na terenie miasta.

- No właśnie, przecież dzik nie tylko lata po lesie i straszy turystów, którzy mu tam przeszkadzają. To także pożyteczny gatunek zwierzęcia.

- Dokładnie. Martwimy się, że to rozrzedzenie populacji wpłynie także na zwiększoną presję owadów w lesie, i to tych, które te lasy niszczą. Bez wątpienia dzik zjada olbrzymie ilości larw, które zimują w ściółce. Zwłaszcza teraz w okresie wiosennym każdy widzi, że las jest przewrócony, bo dziki buchtują w poszukiwaniu owadów, które pod wpływem ciepła, a wystarczy odrobina promieni słonecznych, wychodzą pod powierzchnię i tak naprawdę w większości są zjadane właśnie przez dziki. Nie będzie dzików w lesie, będzie znacznie większa presja owadów, a to się odbije na kondycji lasów. Zresztą leśnicy podzielają ten pogląd. Zawsze się mówiło, że dzik jest lekarzem lasu i dużo dobrego robi. Przecież w lesie szkód praktycznie nie robi poza drobnymi wyjątkami w nasadzeniach dębowych. Mówiąc w skrócie, dzik w lesie jest pożyteczny. A dla nas, myśliwych, jest też gatunkiem podstawowym, jeśli chodzi o prowadzenie gospodarki łowieckiej.

- Co pan przez to rozumie?

- Odstrzeliwujemy rocznie, przynajmniej tak do tej pory bywało, na terenie województwa lubuskiego ok. 20 tysięcy sztuk tego gatunku oczywiście bez szkody dla populacji i ekosystemu. Pamiętajmy, że dzik uznany za pożyteczny gatunek w lesie daje się we znaki rolnikom, niszcząc zakładane przez nich uprawy rolne. Gospodarka łowiecka polega na racjonalnym gospodarowaniu populacjami zwierząt łownych w zgodzie z gospodarką nie tylko leśną, ale i rolną i rybacką. Jeśli przestaniemy strzelać do dzików, odbije się to pośrednio na cenach płodów rolnych, a w konsekwencji na cenach żywności. Mało kto zdaje sobie sprawę, jak wiele skutków wywołałoby teraz całkowite wstrzymanie odstrzału dzików.  Nie bez znaczenia jest przecież dla całej gospodarki krajowej pozyskanie surowca w postaci zdrowego mięsa zwierząt łownych, w tym dzików, tak przecież cenionego zagranicą. Większość odbieranej od dzierżawców dziczyzny trafia za zachodnią granicę, gdzie konsumenci bardzo ją sobie cenią. Na szczęście coraz więcej podmiotów w Polsce widzi konieczność zagospodarowania zdrowego surowca, którego w naszych regionach nie brakuje.

- Jest coś takiego, co się nazywa etyką myśliwską. Usłyszałam ostatnio, że myśliwi nie będą strzelali do loch.

- Z ubolewaniem jesteśmy świadkami, jak przez cały okres rozprzestrzeniania się wirusa ASF na terenie Europy choroba dziesiątkuje pogłowie dzika. Myśliwi, jak wielu niestety tak sądzi, nie tylko polują na dziki, ale również o nie dbają. W okresach srogich zim, to nie mieszkańcy „ciepłych domów” wywozili karmę do lasu właśnie dla loch, które prowadzają całe „wagoniki” dopiero co urodzonych uroczych pasiaczków. To właśnie myśliwi wykładają w lizawkach sól dla tych zwierząt, aby mogły uzupełnić mikroelementy w okresach ich niedoboru w naturalnej karmie. To nie kto inny, jak właśnie myśliwi zwalczają przejawy kłusownictwa i szkodnictwa łowieckiego. Nikt z nas nie podejrzewał, że dożyjemy czasów, gdzie pod wpływem niezależnych od nas przyczyn (rozwój choroby ASF) wielokrotnie w krótkim okresie czasu zmienią się wytyczne, założenia i wymogi dotyczące gospodarowaniem populacją dzika. W ciągu niespełna czterech lat zmieniano rozporządzenia i nakazy dotyczące chociażby okresu polowań na dziki. Jeśli chodzi o lochy, mieliśmy okres ochronny, który trwał od 15 stycznia do 15 sierpnia. A teraz już tego nie ma. Jeśli chodzi o polowanie, to zostają jedynie etyczne hamulce, które w każdym z nas drzemią. Dzik może być strzelany przez cały rok, ale ja nie znam myśliwych, którzy by pojechali w okresie, kiedy lochy są wysokociężarne i z premedytacją odebrali jej życie. Podobnie, kiedy lochy prowadzą małe pasiaki (małe dziczki z charakterystycznymi paskami na tułowiu). Nie wyobrażam sobie, żeby myśliwy wymierzył broń w kierunku prowadzącej swoje potomstwo lochy. Przecież każdy z nas ma dzieci, rodziny. Dobrze wiemy, że utrata matki, zwłaszcza w środowisku przyrodniczym, gdzie drapieżników nie brakuje spowoduje, że te bezbronne maleństwa skazane będą na śmierć. Dlatego powtórzę, nikt nie pokusi się, aby strzelić. Ostatnio w mediach pojawiło się mnóstwo informacji, że na wzmożonym odstrzale dzików myśliwi zarobią miliony.

- A tak nie będzie?

- Proszę mi wierzyć, to, co myśliwi wydają na polowanie, na swoją pasję, nie zrekompensują żadne premie i ekwiwalenty, tym bardziej, że premie, które są wypłacane za odstrzał, są reglamentowane. Koła strzelają po trzy – pięć dzików w odstrzale sanitarnym, czyli odstrzale dodatkowym wykonywanym tylko indywidualnie (nie zbiorowo). Taki rodzaj polowania pozwala ocenić myśliwemu, czy dany osobnik to locha, czy też odyniec (samiec dzika), a strzela się zawsze zgodnie z etyką i tradycją myśliwską. I tu kwota 650 zł, bo tyle wynosi premia wypłacana przez Inspektorat Weterynarii za odstrzał lochy, to naprawdę nie jest karta przetargowa, choć dla niewielu to kwota duża, ale nie aż taka, że każdy pojedzie do lasu i sobie będzie strzelał. Zresztą procedura związana z rozliczeniem odstrzelonego dzika jest dość zawiła. Trzeba dzika oznakować specjalnym znacznikiem, zbadać na obecność włośnicy, a następnie zagospodarować go tylko we własnym gospodarstwie domowym. Trzeba zatem powiedzieć jasno – myśliwi nie zarobią, myśliwi stracą na tych polowaniach. Proszę też pamiętać, że największy szum medialny zrobił się wokół polowań wielkoobszarowych, które mają się odbyć w tym samym czasie na terenie całego kraju w terminach 12, 19 i 26 stycznia br., czyli polowań zbiorowych, za które premia nie przysługuje. My jesteśmy zobligowani, aby takie polowania przeprowadzić na terenie naszego województwa. No i będziemy to robić zgodnie z zaleceniami ministra oraz rekomendacją inspektoratu weterynarii. A ja mogę i chcę zapewnić, że myśliwi są etyczni i na pewno przeprowadzą te polowania zgodnie ze sztuką etycznego łowiectwa. Wspomnieć tu jeszcze raz należy, że populacja dzika jest na tyle dynamiczna, dostosowana do warunków środowiskowych, że wystarczy jeden, dwa sprzyjające lata w przyrodzie i mamy odbudowę populacji.

- Taka pogoda jak w tym roku wystarczy?

- W tym roku mamy urodzaj żołędzi. Poza tym nie ma mrozów jeśli chodzi o zimę. I jeśli taka pogoda potrwa dłużej, czyli w temperatura w okolicach zero stopni co najmniej do marca, to tym małym dzikom nic nie grozi. I można założyć, że te przyrosty będą takie, jak w poprzednich latach, czyli nawet do 250 procent stanu wiosennego populacji. Tak więc populacja się dość szybko powinna odbudować. Jest tylko pytanie, jak długo będziemy winić dzika za roznoszenie ASF. Faktycznie wirus w rozkładających się zwłokach dzika, zwłaszcza w kościach długich potrafi przetrwać naprawdę długo, w mrożonym mięsie nawet tysiąc dni, ale przecież martwy dzik, czy jego mięso nie przemieści się na znaczne odległości. Tego dokonać może tylko człowiek. Dlatego prowadzimy zakrojoną na szeroką skalę edukację myśliwych ze stosowania zasad bioasekuracji podczas polowań na dziki.  To ważne, bo wygląda na to że szykuje się batalia z wirusem ASF na długie lata. Przypomnę tylko doświadczenia hiszpańskie.

- Jak to wyglądało właśnie tam?

- Hiszpanie zwalczali na terenie swojego kraju ASF przez ponad dziesięć lat. Ogromnym nakładem sił służb weterynaryjnych przy wsparciu państwa i funduszy unijnych udało się pokonać wirusa dopiero, gdy zlikwidowano trzodę chlewną i ostatnie źródło wirusa. Wznowienie produkcji nastąpiło dopiero po kilku latach przy świadomości i zachowaniu zasad bioasekuracji. Dziś, po ogromnym kryzysie na rynku wieprzowiny Hiszpania jest jednym z potentatów jeśli chodzi o produkcję i eksport wieprzowiny na świecie. U nas takie rozwiązanie chyba jednak nie jest możliwe.

- Dziękuję.

Renata Ochwat