W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x

 
Jesteś tutaj » Home » Leśnym tropem »
Amandy, Jana, Juliana , 27 maja 2019

Sokolnicy, kolekcjonerzy czyli święto niepełnosprawnych

2019-05-09

Setki gorzowian bawiło się na nadwarciańskich błoniach na Międzynarodowym Dniu Inwalidy z Kulturą Łowiecką. Atrakcji było co nie miara, każdy znalazł coś dla siebie.

medium_news_header_24790.jpg

- Od zawsze uważam, że era myśliwych, którzy zajmują się tylko gospodarką łowiecką właśnie się kończy. W dobie social media, łatwego dostępu do informacji, wizerunek myśliwego bardzo łatwo negować. Dlatego pomyślałam, że trzeba coś zrobić – mówi Franciszek Jamnku, prezes Koła Łowieckiego Dzik w Słońsku, główny organizator Międzynarodowego Dnia Osoby Niepełnosprawnej z Kultura Myśliwską, która w drugą majową sobotę na nadwarciańskie łęgi ściągnęła prawdziwe tłumy.

Myśliwi to społeczność

Na pomysł prezentacji kultury myśliwskiej właśnie w taki sposób Franciszek Jamniuk wpadł, kiedy zaczął się zastanawiać, jak odwrócić negatywną opinię, jaka od pewnego czasu towarzyszy myśliwym. – Pomyślałem, że skoro jesteśmy zorganizowaną grupą, pewną społecznością, to możemy wesprzeć inną grupę. I wyszło mi, że trzeba wspomóc niepełnosprawnych, bo oni także bywają wykluczeni ze społeczeństwa. A przecież mają takie same prawa jak wszyscy. No bo jak się zastanowić, to komu  pomagać? Przecież nie tym, co mają wszystko – tłumaczy Franciszek Jamniuk.

Podobnie o takim sposobie obchodzenia dnia inwalidy myśli Ewa Zdrowowicz-Kulik, która od dwóch lat nie jest czynnym myśliwym, ale była nim przez 36 lat. – Zajmowałam się wówczas głównie edukacją, zresztą teraz, jako już nie członkini Polskiego Związku Łowieckiego też to robię. Uważam, że każdy sposób propagowania wiedzy o myślistwie jest jak najbardziej wskazany. Nie ma edukacji w szkołach, trzeba robić więc wszystko, aby inaczej propagować wiedzę o tej społeczności. Jak dla przykładu na takich imprezach jak ta – mówi i dodaje, że trzeba głośno mówić, że gdyby nie myśliwi, to rolnicy nie poradziliby sobie z dziką zwierzyną, która się pasie na ich polach.

Sokolnictwo, zawód rzadki i chroniony

Wśród atrakcji przygotowanych przez myśliwych jedną z najbardziej podziwianych była prezentacja sokolników i ich ptaków. – Pierwszy raz widzę na własne oczy sokolników. To niezwykłe – mówił Agata Zielińska, która na nadwarciańskie łęgi przyszła ze zwyczajnej ciekawości, bo chciała sprawdzić, o co to z tymi myśliwymi chodzi.

Drapieżne ptaki z sokolnikami przyjechały z Drawska Pomorskiego. Krystian Pytel, sokolnik, który trzymał na ręku zakapturzonego sokoła wędrownego Arlena, spokojnie odpowiadał na pytania zaciekawianych gorzowian. No i okazało się, że sokolnictwo to zawód wpisany na Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. – Trochę kosztuje, żeby przygotować ptaki do takich łowów. Przede wszystkim trzeba najpierw ptaka oswoić z człowiekiem i otoczeniem. Potem zaczyna się nauka przylatywania na rękawicę lub na wabidło. I co bardzo ważne, tu nie ma systemu kar i nagród, tu jest tylko system nagród. Ptak za każdym razem, jak cos dobrze wykona, dostaje nagrodę, czyli kawałek mięsa – tłumaczy sokolnik.

Drugi sokolnik, Artur Stanisławski, też z Drawska, tłumaczy, że z ptakami drapieżnymi poluje się na zające, na czaple siwe, zające i podobną zwierzynę. – Można się dziwić, że na czaple też, ale jest ich bardzo dużo i potrafią wyrządzić naprawdę wielkie szkody w hodowlach – stawach rybnych – dodaje Krystian Pytel. Sokolnicy oprócz sokoła wędrownego przywieźli ze sobą także inne ptaki drapieżne, które spokojnie siedziały na specjalnie przygotowanych pniakach. – I to jest niesamowite, że one zupełnie nie przejmują się ludźmi – komentowali gorzowianie. A sokolnicy, nie dość, że chętnie stawiali do zdjęcia, to jeszcze pozwalali śmiałkom na pogłaskanie skrzydlatych łowców. I co ważne, każdy ptak ma własne imię, na które reaguje.

Zaczynało się od książek Włodzimierza Korsaka

Równie wielkim zainteresowaniem, jak stoisko sokolników, cieszył się namiot Klubu Kolekcjonera i Kultury Łowieckiej, oddział Gorzów. I tu właśnie najbardziej można się było przekonać, że łowiectwo to nie tylko polowanie, ale też setki odznak, plakietek, różnych przedmiotów nawiązujących do tradycji myśliwskich. – U mnie pasja zaczęła się od książek Włodzimierza Korsaka, który zresztą patronuje naszemu klubowi – opowiada Karol Utrata, który należy do koła w Świdwinie. W swojej kolekcji ma ponad 3,5 tys. rozlicznych odznak, plakietek i tym podobnych rzeczy. Pozyskuje je jak wszyscy kolekcjonerzy – przez wymianę, przez dary, kupuje i tak powstaje stale uzupełniana kolekcja, która zwyczajnie przestaje się mieścić w domu. A przy okazji jest także czynnym myśliwym, choć jak sam mówi, coraz częściej jedzie do lasu nie po to, aby strzelać, ale po to, aby popatrzeć na przyrodę.

Oko zaciekawionych gorzowian przyciągała też kolekcja starej broni myśliwskiej i takich akcesoriów. XIX-wieczne dwururki, takie też kordy, sakwy myśliwskie czy rożki sygnalizacyjne zbiera od dawna Henryk Leśniak ze Strzelec Krajeńskich. – Pasjonuję się starą bronią, bronią białą, i tak wyszło, że mam kolekcję właśnie takiej – mówi. I należy do tych nielicznych kolekcjonerów, którzy pozwalają wziąć broń do ręki. – To są przedmioty w bardzo dobrym stanie, właściwie to można byłoby pójść z nimi do lasu i też dałyby radę – opowiada. No i każdemu, kto chciał, a chciało wiele, opowiadał, jak tworzono naboje do tych strzelb, jaką skuteczność ona miała, ale też dlaczego na niektórych lufach można zobaczyć wzór w różyczki. – To są przepiękne rzeczy i przyjemnością jest ich kolekcjonowanie – mówi kolekcjoner, zresztą czynny myśliwy.

A teraz pora na koncert

Osobną atrakcją był konkurs muzyki myśliwskiej, na który czekało sporo uczestników. – Zasada jest taka, że udział w nim mogą brać tylko muzycy, którzy są amatorami – tłumaczy Karol Jurczyszyn z Zespołu Trębaczy Myśliwskich Gorzowska Knieja, który osobiście przygotowywał konkurs. Udział w nim wzięło kilka zespołów, w tym dwa rodzinne. W pierwszym wystartowało rodzeństwo Janina, Andrzej i Adam Barczowie z Chojny, którzy grają ze sobą już trzy lata. W drugim obok taty Radosława Walkowiaka stanęli na scenie jego synowie Julian i Stanisław. Zespół uzupełnia także córka Łucja, która nie mogła przyjechać do Gorzowa. Jak tłumaczy Radosław Walkowiak, gra na instrumentach jest swego rodzaju rozwinięciem tradycji łowieckich.

Oprócz nich wystąpił zespół z zamku w Bytowie w składzie Patrycja Węsierska  i Marta Pluto Prądzińska. – Ja także od półtora roku poluję – dodaje muzyczka. Jednak serca publiczności skradł zespół z Technikum Leśnego w Rogozińcu, który zagrał HBB Bluesa, czyli utwór, który absolutnie na pierwszy rzut nie kojarzy się z tradycja muzyki myśliwskiej. – No i to było najlepsze – komentowali słuchacze.

Grochówka, rodeo i inne atrakcje

Organizatorzy zadbali też i o dobra zabawę dla dzieci – było rodeo i dmuchańce. Można było skosztować wyśmienitej grochówki. Firma ze Słońska przywiozła także grilla i za niebyt duży pieniądz można było zjeść kaszanę, szaszłyk czy inne frykasy. Chętni mogli się sprawdzić na strzelnicy.

- Trzeba i warto promować kulturę myśliwską. Takie imprezy znakomicie się do tego nadają. Sam fakt, że przyszło aż tylu ludzi, jest potwierdzeniem sensu – sumuje Wojciech Pawliszak, łowczy okręgowy. A uczestnicy tylko potwierdzają, że myśliwi zapewnili świetną rozrywkę i mają nadzieję na powtórkę w przyszłym roku.

Renata Ochwat

1.JPG
2.JPG
3.JPG
4.JPG
5.JPG
6.JPG
7.JPG
8.JPG
P1010090.JPG
P1010091.JPG
P1010094.JPG
P1010100.JPG
P1010102.JPG
P1010103.JPG
P1010121.JPG
P1010125.JPG
P1010130.JPG