W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Prosto z Polski »
Filipa, Halki, Melanii , 22 października 2019

Życie górników jest nieważne

2018-12-22

- Powiem panu, jak to wygląda. Kopie jedna zmiana, kopie druga, na trzeciej zmianie pojawia się metan. I jest polecenie od dyspozytorów: zrób coś z tym - mówi Wirtualnej Polsce jeden z górników pracujący w czeskiej kopalni Stonava.

- Znałem głównego przodowego. Zamienił sobie zmianę, miał iść na rano, a poszedł od południa. Mówiliśmy sobie codziennie "cześć" - mówi Wirtualnej Polsce pan Marcin pracujący w kopalni Stonava.

"Sztygar zamiecie to pod dywan"

- Każdego dnia narażane jest nasze życie. Powiem panu, jak to wygląda. Kopie jedna zmiana, kopie druga, na trzeciej zmianie pojawia się metan. I jest polecenie od dyspozytorów: zrób coś z tym. I czujnik metanu, który powinien być na górze, idzie na dół, gdzie nie ma metanu. I mówi się: tym się udało, tamtym się udało, to i wam się uda. Życie górników jest nieważne - mówi górnik.

- Możemy się poskarżyć tylko sztygarowi. A sztygar zamiecie to pod dywan. I tak jest na każdej kopalni: zamieść pod dywan, żeby nakopać - stwierdza pan Marcin. - W Czechach wcale nie jest bezpieczniej niż w polskich kopalniach, wszędzie jest tak samo, na każdej kopalni liczą się tylko pieniądze. A jak nie nakopiesz swojej normy, to nie dostaniesz pieniędzy. Takie mamy umowy - wyjaśnia.

Około jedna czwarta załogi czeskiej kopalni Stonava położonej blisko granicy to Polacy, zatrudniani przez zewnętrzne firmy.

- Od 12 lipca jestem na chorobowym, bo stwierdzono u mnie pylicę, czyli chorobę zawodową. W tej chwili jestem na wypowiedzeniu i staram się o rentę na przyszły rok - mówi Wirtualnej Polsce Grzegorz Wierzbicki, jeden z górników, który przyjechał pod kopalnię, gdy usłyszał, co się wydarzyło. - Gdyby nie moja choroba, to na pewno byłbym z nimi na dole, bo ja byłem przodowym tych chłopaków. Chciałem ich zaprosić na pożegnanie z okazji mojego odejścia na rentę - mówi.

- Kombajnista już odliczał dzionki do emerytury. Mówił mi "Grzegorz, jak ty masz fajnie, że już nie pracujesz. Ja za pół roku dopiero kończę" - mówi Wierzbicki. - Kamil załatwił sobie przesunięcie z przodka do ściany, bo tam lepiej płacili. I okazało się, że też zginął - dodaje.

Czujniki, które nie mogły nic poczuć

- Patryk miał 29 lat, w tym roku został ojcem. To jego ojciec przerwał konferencję prasową i mówił o sytuacji, która miała miejsce na mojej zmianie. Mieliśmy chodnik, na którym było bardzo dużo metanu. A jak wybije metan, to trzeba wstrzymać roboty. Dlatego niektórzy zasłaniali czujniki - ujawnia.

- Była taka sytuacja, że na zmianie widzę, że Patryk wychodzi. Więc pytam się go, gdzie idzie. A on, że sztygar, który też został tam na dole, kazał mu zasłonić czujnik. A on przy zasłoniętym czujniku nie będzie pracował - opowiada Grzegorz Wierzbicki. - Poszedłem do sztygara i pytam się, co on robi. Mówię: "Przecież ty masz dbać o nasze bezpieczeństwo, a ja się czuję zagrożony".

- Zasłonięcie czujnika to jest jak siedzieć na beczce prochu i bawić się zapałkami. Średnia zabawa. Człowiek o zdrowych zmysłach nie może do tego dopuścić - mówi górnik. - Nie wiem, jak to nazwać - dodaje. - Był taki okres, że 3 tysiące to była maksymalna pensja. A za tyle nie warto narażać życia - stwierdza.

- Ja pracowałem w polskiej kopalni i muszę przyznać, że czeskie są bezpieczniejsze. Są czujniki stacjonarne, elektroniczne.

- Koledzy dzwonili z innych zmian, bo ja chodzę na rano, rano jest tylko przygotowanie ściany, a kopie się na późniejszych zmianach. Kolega zauważył, że niektórzy olewają zasady BHP i plentują czujniki, to znaczy zakrywają, żeby była premia, żeby było wydobycie, żeby były metry. Jeszcze wczoraj tak się działo - mówi górnik.

"Na własne oczy widział, że takie rzeczy się dzieją"

- Rozmawiałem z kolegą i mi mówił, że na własne oczy widział, że takie rzeczy się dzieją. Nie wiem, ile w tym jest prawdy - mówi z kolei pan Tomasz, górnik z Cieszyna, który pracował na porannej zmianie, kilka godzin przed wypadkiem.

- Pracowałem w różnych kopalniach w Czechach, między innymi w metanowej kopalni Paskov, która jest już w likwidacji. Zdarzały się takie praktyki, że puszczało się świeże powietrze, żeby oszukać metanomierz, żeby było wydobycie. Wtedy nic się nie stało, ale teraz się stało - stwierdza.

Górnik zaznacza, że są sytuacje, że "czujniki metanu nie pomogą, jak kombajn dokopie się do szczeliny wypełnionej metanem". - Ta ściana była bardzo metanowa - ocenia.

- Wszystkich znałem, dojeżdżali ze Śląska, z Jastrzębia, z Cieszyna. W Czechach są na pewno lepsze pieniądze niż u nas. W Polsce pod firmą zarabia się 2 tysiące, a tutaj 6 tysięcy - mówi pan Tomasz.

Krzysztof Janoś, Money.pl