W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Prosto z Polski »
Alfreda, Izydora, Zoriny , 14 grudnia 2019

Jarosław Kaczyński rozbił budżetowy bank.

2019-02-23

Mamy nowy program, trudny - mówił Jarosław Kaczyński. Nowy i trudny program to długa lista obietnic przedwyborczych. Prezes Prawa i Sprawiedliwości zapowiedział m.in. nowości dla rodziców, pracowników oraz małych gmin. W sumie jeszcze w tym roku planuje wydać miliardy złotych.

Największa zmiana? Obietnica świadczenia 500+ już dla każdego - pierwszego dziecka. Koszt? W zasadzie na program rząd musiałby znaleźć dodatkowe 20 mld zł. Na tyle właśnie rozbudowę programu szacowało nie tak dawno Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. W tej chwili budżet co roku wykłada od 20 do 22 mld zł na "500+". Łączny koszt programu wyniósłby ponad 40 mld zł - przy całkowitej rezygnacji z progu dochodowego. Według ostatnich danych, nominalne PKB Polski wynosi ok. 2 bln zł. Oznacza to, że koszt rozszerzenia programu "Rodzina 500+" wnosi niemal dokładnie 1 proc. wartości polskiej gospodarki i 5 proc. wszystkich budżetowych wydatków. Skąd wziąć takie pieniądze?

Żeby uświadomić sobie, jak wielka jest to kwota, wystarczy porównać ją z innymi wydatkami budżetowymi. Choćby tymi przeznaczonymi na wypłatę tzw. świadczeń na rzecz osób fizycznych, czyli emerytur dla sędziów, prokuratorów, żołnierzy i innych służb mundurowych. Te nie są bowiem objęte świadczeniami w ZUS.

Można również zmniejszyć o połowę wydatki na obronność. Polska jako jedno z niewielu państw w NATO wydaje na armię 2 proc. PKB. Gdyby ściąć je do 1 proc. (mniej więcej tyle, bo 1,2 proc. wydają na wojsko Niemcy), to pieniądze na rozszerzenie "Rodziny 500+" by się znalazły.

Mniej więcej równowartość 20 mld zł wydajemy też ze wspólnej kasy na wszelkiego rodzaju inwestycje, a 18 mld wynosi składka do budżetu UE. Z kolei pensje "budżetówki" (urzędnicy, policjanci, nauczyciele itp.) pochłaniają rocznie ponad 30 mld zł.

Warto podkreślić, że Jarosław Kaczyński podał już datę – 1 lipca 2019 roku. To oznacza, że w tegorocznym budżecie musi się znaleźć dodatkowe 20 mld zł.

Prawo i Sprawiedliwość szykuje również pieniądze dla emerytów (Jarosław Kaczyński nie doprecyzował, czy chodzi o emerytów i rencistów, czy tylko o część grupy seniorów).

Według zapowiedzi prezesa PiS, do każdego emeryta jeszcze w tym roku ma trafić dodatkowa, trzynasta emerytura w wysokość 1,1 tys. zł. Co to oznacza dla budżetu? Gigantyczne wydatki.

Jak wynika z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych - w Polsce jest blisko 5,6 mln samych emerytów. Wypłacenie im "trzynastki" to koszt 6 mld 160 mln zł. Gdyby PiS chciał również wypłacić środki rencistom (w wysokości 1,1 tys. zł - czyli minimalnej renty z tytułu niezdolności do pracy), to musiałby z budżetu wycisnąć dodatkowe 2,2 mld zł. Sama obietnica dla seniorów warta jest według szacunków money.pl blisko 8,3 mld zł.

W sumie już tylko dwie obietnice z tegoroczną datą kosztują 28 - 30 mld zł.

Inne obietnice? To m.in. przywrócenie połączeń autobusowych w Polsce. W tym zakresie w zasadzie trudno pokusić się o szacunki, bo wszystko zależy od formy "przywracania".

Jak pisaliśmy w money.pl, według obliczeń Klubu Jagiellońskiego, przeprowadzonych na podstawie danych ze sprawozdań budżetowych samorządów, aż 13,8 mln mieszkańców Polski żyje w gminach, które nie mają zorganizowanego transportu publicznego. Z kolei Polska Akademia Nauk szacowała, że w 2017 r. do 20 proc. sołectw w całej Polsce nie dojeżdżał żaden transport publiczny.

Jak wynika z analizy Instytutu Jagiellońskiego, transport publiczny w tej chwili co roku kosztuje największe miasta około 8 mld zł. 3 mld zł wydaje sama Warszawa na zorganizowanie komunikacji miejskiej. Gdyby przyjąć, że PiS chce rozruszać mały transport w całej Polsce - z budżetu również musiałyby na ten cel trafić miliardy. Ile? Wszystko zależy od szczegółów: czy PiS chciałby reaktowywać państwowego przewoźnika, czy dotować transport prywatny.

Co ciekawe, obietnica przywracania PKS pojawiła się również w kampanii wyborczej w 2015 roku. Ponowiona była podczas kampanii samorządowej.

Prezes PiS obiecał również "niższy PIT dla mało zarabiających". I w tym wypadku nie pojawiły się konkrety propozycji, więc trzeba w zasadzie zgadywać. Według szacunków money.pl ta obietnica może kosztować około 1 mld zł.

Jak liczyliśmy? Założyliśmy, że prezes tą obietnicą uśmiecha się do osób, które zarabiają pensję minimalną. Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego w Polsce około 1,4 - 1,5 mln Polaków otrzymuje wynagrodzenie minimalne (GUS w tym zakresie podaje dane sprzed dwóch lat, jednak założyliśmy, że liczba się nie zmieniła).

Z 2250 zł na poczet podatku dochodowego każdy z nich odprowadza co miesiąc 133 zł. Prezes PiS nie sprecyzował, co oznacza obniżka, ale przyjęliśmy obcięcie stawki PIT o połowę. To by oznaczało, że pensja minimalna wzrośnie z 1633 zł netto do blisko 1,7 tys. zł. Ile na tym straci budżet? Około 1,2 mld zł.

Ostatnia - piąta obietnica dotyczy podatku PIT płaconego przez osoby do 26. roku życia - tu stawka ma być zerowa. Jak wynika z danych BAEL, wśród osób młodych (od 15. do 24. roku życia) zatrudnienie wynosi 35,1 proc. To oznacza, że obietnica dotyka blisko półtora miliona młodych pracowników. Ministerstwo Finansów nie publikuje jednak informacji o strukturze wiekowej płatników PIT – nie ma więc danych, które pomogłyby oszacować, ile budżet otrzymuje od młodych.

I w tym wypadku istotne będą szczegóły: czy ofertą objęci będą tylko pracownicy na umowach o pracę, czy również na umowach cywilnoprawnych. Nie jest jednak tajemnicą, że w młodym wieku poziom dochodów nie jest zbyt wysoki (według statystyk - maksimum osiąga w połowie życia). Gdyby założyć, że każdy z młodych osiąga wynagrodzenie w wysokości pensji minimalnej - 2250 zł - to budżet na tę obietnicę musiałby wyłożyć około 2,4 mld zł. To jednak maksimum, bo spora część młodych nie osiąga takiego wynagrodzenia, a po prostu dorabia mniejsze kwoty.

Licznik obietnic Jarosława Kaczyńskiego spokojnie oscyluje w granicach 30-35 mld zł rocznie. Premier Mateusz Morawiecki w przemówieniu szacował, że PiS zmieści się w 30 mld zł. Oczywiście - PiS zakłada, że spora część środków wróci do budżetu dzięki zwiększonej konsumpcji. Dokładnie ten sam efekt przewidywała partia rządząca przy miliardach wydanych na 500+.

- Wiemy, jak to sfinansować. Poprzez walkę o uszczelnienie podatkowe, rozwój gospodarczy, zmniejszenie kosztów administracji. Dlatego na pewno tego słowa dotrzymamy - deklarował premier Mateusz Morawiecki.