W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Kryspiny, Norberta, Sabiny , 5 grudnia 2019

Można było zarobić realne pieniądze

2012-05-23

Z Waldemarem Strychaninem, prezesem firmy GWM i właścicielem marki STRYWALD, rozmawia Jan Delijewski

medium_news_header_317.jpg

-  Kim pan jest zawodu?
- Z wykształcenia jestem ekonomistą, magistrem ekonomii, ale ukończyłem też kierunek techniczny na Politechnice Łódzkiej.


-  To dlatego początki pańskiej kariery zawodowej sięgają Stilonu?
-  W Stilonie pracowałem w służbach technicznych. Przepracowałem tam 25 tych lat, stąd mam duży sentyment do Stilonu.


-  Porzucił pan Stilon, bo chciał czy musiał ?
-  Pamiętamy ten czas końca lat osiemdziesiątych minionego wieku,  zawirowania polityczne i gospodarcze. Wtedy doszedłem do wniosku, ze trzeba odejść i pójść na swoje. W grudnia 1989 roku złożyłem trzymiesięczne wypowiedzenie i następnie zacząłem budować coś nowego, ale swojego.


- Początki pana działalności gospodarczej, jak pamiętam, sięgają właśnie wczesnych lat 90-tych i związane są z chemią gospodarczą?
-  Od czegoś należało zacząć. Miałem trochę oszczędności i ostatnią pensję. Na własną firmę należało najpierw zarobić. A najłatwiej wtedy można było zarobić w handlu. Brakowało przecież wszystkiego. Ja postawiłem faktycznie na chemię, środki czystości i higieny. Tu  można było zarobić realne pieniądze, przynajmniej tak mi się wówczas wydawało. 


- Były to czasy szalonego kapitalizmu, można było w krótkim czasie z niczego zbić fortunę, by następnie szybko ją stracić. Pan przetrwał i wypłynął na szerokie wody. Jakoś tak samo wyszło czy jednak wykazał się pan, oprócz odwagi i przedsiębiorczości, przezornością?
-  Wszystkiego po trochę, ale miałem także sporo szczęścia. Ruszyłem z tym swoim handlem hurtowym, ale szybko zrozumiałem, że to jednak nie dla mnie. To była wolna amerykanka. Ta młoda polska przedsiębiorczość to było rozpychanie się łokciami, walka, w której wszystkie chwyty były dozwolone Wszystko odbywało się na wariackich papierach - kto był pierwszy ten lepszy; kto dał więcej, ten miał. Bez zasad i reguł normalnego handlu.  A ja byłem nauczony, że najpierw są rozmowy, jakieś negocjacje, później jest umowa i jest realizacja. A tu nic z tego. Zdarzało się, że ci co handlowali na polowych łóżkach czy w tzw. szczękach mieli niższe ceny sprzedaży tego samego towaru niż ja zakupu. Nie wiem jak, ale potrafili, jakoś to załatwić. Poza tym zalewały nasz rynek artykuły z zachodu, sprowadzane często nielegalnie czy półlegalnie, co w sumie sprawiało, że normalny handel w tej branży stawał się nieopłacalny.


- I wtedy postawił pan na handel hurtowy materiałami opatrunkowymi i medycznymi?
-  Mniej więcej tak zrobiłem. Przy czym, z czasem poszerzyliśmy ofertę w zakresie zaopatrzenia szpitali na obszarze kilku województw zachodniej Polski. I tu dostrzegłem pewne elementy normalności, której wcześnie mi brakowało. Dlatego postawiłem mocniej się zaangażować w rozwój w tym kierunku. Dawało mi to satysfakcję i to mnie nakręcało. Ale działałem spokojnie, rozważnie,  z namysłem, bo wiedziałem, że droga na skróty często kończy się klapą, czego doświadczyło wielu innych przedsiębiorców, którzy wypadli z biznesu. Proszę pamiętać, że był to czas Balcerowicza, mnie również dotknęły poważne kłopoty. Walczyłem z nimi i wciąż , ile mogłem, tyle inwestowałem I ciągle inwestowałem, ograniczając swoją konsumpcje do niezbędnego minimum. Wiedziałem, że trzeba mieć wizję, wytrwałość i konsekwencję w działaniu, aczkolwiek należy elastycznie reagować na potrzeby zmieniającego się rynku.


- Skąd wziął się pomysł na apteki?
-  To nie urodziło się od razu, do tego pomysłu dojrzewałem stopniowo. Była to także konsekwencja tego, czym zajmowałem się do tej pory. Miałem już pewne doświadczenia i kontakty z tym środowiskiem. Kiedy zaczęły się  reformy i  wielkie przemiany także w farmacji  zauważyłem, że istniejące apteki z trudem wpisują się w nowa rzeczywistość.  Niby prosperowały, ale nie nadążały za wolnym rynkiem. Było to dla mnie bardzo ciekawe. Posiadanie koncesji na aptekę oznaczało pewien ład, porządek i pewność , że wszystko odbywa się według  określonych zasad. I pod tym względem to było to, o co chodziło mi od początku.


- Pierwszą apteka była ta na ul. Sikorskiego?
-  Pierwsza apteka Strywald powstała rzeczywiście w 1991 roku przy ul. Sikorskiego i  wcale nie była całodobowa. To ona po dziesięciu latach ponownie powstała jakby na nowo i wyglądała inaczej niż wszystkie inne apteki w Gorzowie. Wtedy działając ju całą dobe, jak to ma miejsce dziś. Szybko się rozwijała, zarówno pod względem oferowanego asortymentu, jak i dostępności oraz jakości usług. Strywald wyróżniał się w ten sposób, przez co byłem o krok przed konkurencją. Miałem z tego tytułu wielką satysfakcje, choć czasy były trudne, bo normalnością były zatory płatnicze w sferze budżetowej i bardzo długo czekało się na pieniądze, czasami nawet kilka lat.


-Następne apteki były prosta konsekwencją czy koniecznością?
- To była rzeczywiście naturalna konsekwencja rozwoju firmy. Wiele się już nauczyliśmy, posiadaliśmy niezbędne doświadczenie i wiedzieliśmy jak się poruszać na rynku. To  umożliwiło nam stworzenie własnej sieci aptek  o nazwie Strywald.


- Ja się funkcjonuje na rynku, na którym dominują potężne sieci, za którymi stoi często międzynarodowy kapitał ?
-  Ciężko, ale dajemy radę. Proszę pamiętać, że sieci weszły na nasz rynek, kiedy już trochę okrzepłem. Z drugiej strony rządzą się one innym prawami, działają wolniej, są mniej elastyczne i mniej zwrotne. Tam proces podejmowania decyzji jest znacznie dłuższy niż w takiej rodzinnej korporacji jak moja. Ponadto sieci idą na ilość, ja stawiam na jakość, co klienci cenią sobie coraz bardziej. Dlatego duży nacisk kładziemy na szkolenia, podnoszenie kwalifikacji, zdobywanie wiedzy  i podnoszenie kultury obsługi. Szanujemy ludzi, którzy u nas pracują,  bo to nasz cenny kapitał. Wiele zmian i korzystnych rozwiązań udaje się nam  wprowadzić właśnie dzięki pomysłowości i inwencji naszych pracowników.


-  Niedawno w urzędzie patentowym zarejestrował pan markę „STRYWALD”. W jakim celu pan to uczynił?
- Nasza nazwa, nasza marka jest już w jakiejś mierze rozpoznawalna i zdarzały się historie, że była wykorzystywana bez naszej wiedzy do różnych celów, w tym handlowych. Oczywiście ze szkodą na nas. Dlatego musimy ja chronić.


- To jakie będzie pańskie kolejne przedsięwzięcie, bo nie uwierzę, że powiedział pan w biznesie ostatnie słowo?
- Myślimy o usługach w zakresie rehabilitacji, ale trochę inaczej pomyślanej, obejmującej swym zasięgiem osoby po przeszczepach, które przynajmniej w pierwszym okresie wymagają specjalnej troski i opieki. Jest z tym sporo problemów, ale mam nadzieję, że przy życzliwej postawie władz naszego miasta uda się je pomyślnie rozwiązać.


- Dziękuję za rozmowę.