W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Kryspiny, Norberta, Sabiny , 5 grudnia 2019

Nie kultywuję aktywnie przyjaźni

2012-06-05

Z mecenasem Stanisławem Żytkowskim rozmawia Jan Delijewski

medium_news_header_400.jpg

- Działacz opozycyjny, szef gorzowskiej podziemnej Solidarności, senator RP, społecznik i wreszcie adwokat. Czy coś z pańskiego życiorysu pominąłem ?

- Dodałbym, ze jeszcze miłośnik pieszych wędrówek. Od 17 lat jestem związany z Klubem Turystyki Pieszej Nasza Chata, gdzie od kilku lata także organizuję i prowadzę piesze wycieczki.

- A tego, to nie wiedziałem. Skąd to zainteresowanie ?

- Tak jakby z wewnętrznej potrzeby. Bardzo lubię rowerowe czy piesze wyprawy, a że w towarzystwie raźniej i ciekawiej, to i trafiłem do Naszej Chaty.

- Przejdźmy do  jubileuszu, który jest pana udziałem, bo to już 25 lat mija odkąd związał się pan z Towarzystwem Pomocy im. św. Brata Alberta, którego w gorzowskim kole jest pan prezesem. Jak to się zaczęło ?

- Zaczynaliśmy w 1987 roku, w czasach komuny, w zupełnie innym świecie, w innych realiach. Z jednej strony było trudniej, gdyż władze nie widziały problemu,  według niej bezdomni to byli w Nowym Jorku, a nie u nas. Z drugiej strony było łatwiej, bo większe było zaangażowanie i aktywność ludzi. Ponadto nie byliśmy tak osaczeni przez gąszcz skomplikowanych przepisów, które utrudniają jakiekolwiek działanie. Przykładem tego niech będzie nasze pierwsze schronisko dla bezdomnych, które po ciężkich bojach uruchomiliśmy przy ul. Jerzego 23. Był to stary budynek, któremu groziła katastrofa budowlana i absolutnie nadawał się tylko do rozbiórki. A jednak się udało. Dzisiaj nie byłoby to możliwe.

- Zaangażowanie się w pomoc dla bezdomnych i zagubionych w życiu, to była ucieczka od czystej polityki  w coś bardziej ludzkiego i wymiernego, czy też jednak polityka ?

- To była nasza polityka. W 1987 roku byłem aktywnym działaczem Solidarności. Nasz program zakładał m.in. budowę społeczeństwa obywatelskiego, a to był jeden z elementów tego budowania i organizowania się społeczeństwa.

- Ta działalność dawała i daje panu satysfakcję?

- Gdyby mi nie dawała, to w tym towarzystwie dawno mnie już  nie byłoby. Miałem jednak pewien okres wyłączenia. Po 1989 roku, kiedy zostałem senatorem i włączyłem się mocno w politykę partyjną, byłem przecież szefem ROAD-u, później była Unia Demokratyczna, Unia Wolności … Aż wycofałem się z czynnego uprawiania polityki.

- Dlaczego wycofał się pan z polityki ?

- Byłem w niej dostatecznie długo i dostatecznie intensywnie w niej działałem, że w końcu uznałem, że nie można zajmować nią w nieskończoność. Zwłaszcza, że nigdy nie kierowały mną pobudki ambicjonalne czy chęć zrobienia kariery politycznej.

- Czyli to polityka raczej pana wciągnęła i wypchnęła, kiedy przyszedł na to czas ?

- Ja uważam, że obowiązkiem każdego obywatela jest być zaangażowanym politycznie. To nie znaczy, ze każdy ma być politykiem i to zawodowym .Kiedy powstawało woj. lubuskie, któremu byłem przeciwny, uznałem, że czas przestać zajmować się  polityką i lepiej  będzie zająć się  praca zawodowa i społeczną. Tym bardziej było to zasadne, że chciałem  pozostać wierny własnym poglądom, nie chciałem ich dopasowywać do wyborów politycznych, do kalkulacji i notowań wyborczych, co wtedy stawało się poniekąd normą.

- Jak pan patrzy na dzisiejszą politykę i polityków, to co pan widzi?

- Jako człowiek zdystansowany i patrzący na wszystko z pewnej perspektywy, także czasowej, jestem daleki od potępiania polityki i polityków, jeżeli o to panu chodzi. Tutaj wszyscy popełniają błąd, z mediami na czele, że nagłaśniają to, co na to absolutnie nie zasługuje i pomijają lub bagatelizują to, co jest naprawdę ważne czy istotne. Bo nic dobrego z tego nie wynika. A politycy są tacy, jacy jesteśmy my sami. Owszem, z wieloma się nie zgadzam, do wielu mam zastrzeżenia, ale nikogo nie potępiam, nie dyskwalifikuję, bo uważam, że nie wolno tego robić w społeczeństwie demokratycznym. Jeżeli głosujemy na tych, którzy obiecują dać nam dużo i  jeszcze więcej, a nie na tych, którzy mówią, że trzeba ciężko pracować, oszczędzać i zaciskać żeby, to do kogo możemy później mieć pretensje ? Do siebie. Dlatego ta ważne jest aby dokonywać przemyślanych, świadomych wyborów.

- Ale jak dokonywać tych wyborów, kiedy wszyscy chcą dla nas lepiej, również w naszym mieście ? I ci z lewa, i ci z prawa, nawet z tzw. centrum, choć nikt nie wie, gdzie ono się znajduje …

- Istotą polityki są podziały i nie ma co się tutaj oszukiwać. Polityka dzisiaj to bardziej  prezentacja wszystkich  chętnych do rządzenia, niż przedstawianie programów, które mogą się różnić w niewielkich  zakresie, gdyż możliwości działania są mocno ograniczone. Mam tu na myśli ograniczenia finansowe i budżetowe, uwarunkowania formalne i zobowiązania, sytuację ekonomiczną i społeczną itd. Każda ekipa rządząca może więc poruszać się tylko w określonych realiach. Natomiast wymiana ekip, ta konkurencyjność między nimi, musi być, bo to napędza rozwój.

- I nie ma pan żadnego zdania, chociażby na temat naszych gorzowskich polityków ?

- Naprawdę jestem daleki od dyskredytowania ludzi, którzy angażują się w politykę. Siedziałem w tym i wiem ile to wymaga wysiłku, pracy i czasu. Aczkolwiek można uprawiać politykę w różnym stylu. Nigdy nie jest tak ,że ktoś działa wyłącznie pro publico bono, ale mniej lub bardziej realizuje także własne ambicje, do czego ma pełne prawo. Jak każdy obywatel.

- Wspomniał pan wcześniej, że był przeciwnikiem powołania woj. lubuskiego. Dlaczego ?

- Byłem w ogóle przeciwnikiem tamtej reformy, tworzenia powiatów i likwidacji tamtych  województw. A jeżeli chodzi o lubuskie, to wiedziałem od początku, że w tak stworzony byt administracyjny  wpisany jest  konflikt, który ze względu na zaszłości i ludzkie słabości nie jest do rozwiązania. I ten konflikt między Zieloną Górą a Gorzowem działa destrukcyjnie na cały region, hamuje jego rozwój.

- I Gorzów na tym przegrywa ?

- Jak w tej sytuacji ma wygrywać, kiedy geograficznie i ludnościowo przewaga jest po drugiej stronie ? To tam są ośrodki decyzyjne, w tym partyjne. Decyduje, jak to w demokracji, większość, a Gorzów jest tu mniejszością. To sprawia, że wiele decyzji czy działań nie ma charakteru merytorycznego, ale uwarunkowana jest geograficznie, czyli podyktowana racjami większości.

- Ma pan przyjaciół wśród członków dzisiejszej Solidarności ?

- Chyba tak, chociaż jestem już  w tym wieku, ze nie kultywuję aktywnie przyjaźni.

- A co pan sądzi o tej współczesnej Solidarności ?

- Według mnie Solidarność powinna mocniej się skupić na działalności na poziomie zakładów pracy i nie powinna toczyć wojny np. o emerytury. Wszyscy zdajemy sobie sprawę  z powagi sytuacji i konieczności wydłużenia czasu dochodzenia do emerytury. A z ta pracą też nie jest tak, ze jej nie ma czy zabraknie przed emeryturą. W każdym razie byłbym tutaj bardziej powściągliwy.

- W ogóle jest pan powściągliwy, zdystansowany i pobłażliwy. Z czego się to bierze ?

- Mimo mojego wieku mam jeszcze dobrą pamięć. Na moich oczach zdecydowanie na lepsze zmieniała się Polska, zmieniał się Gorzów, zmieniało się moje życie. Jestem z tego bardzo zadowolony. Jasne, że nie każdy może być aż tak zadowolony, ale tylko z dystansu można widzieć sprawy i ludzi we właściwych wymiarach.

- Czyli nie żałuje pan swoich życiowych wyborów ?

- Nie. Gdybym miał jeszcze raz ich dokonywać, to zrobiłbym to wszystko jeszcze tak samo, choć z tą różnicą, że w niektórych sprawach poszedłbym głębiej i dalej.


- Dziękuję za rozmowę.