W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Anety, Leokadii, Wiesława , 9 grudnia 2019

Województwo z napięciami i nadziejami

2012-06-20

Z  wojewodą lubuskim Marcinem Jabłońskim rozmawia Jan Delijewski

medium_news_header_620.jpg

- Jak układają się pańskie relacje z marszałek Elżbietą Polak?

- Profesjonalnie …

- Opowieści o waszej szorstkiej przyjaźni są mocno przesadzone?

- Miedzy przyjaźnią a profesjonalizmem jest pewna przestrzeń. Ja stawiam na profesjonalizm i tak się zachowuję. Pani Marszałek ma swoje kompetencje i zadania, ja mam swoje.

- Jest różnica w pańskim postrzeganiu spraw województwa miedzy stanowiskiem marszałka, którym pan był, a wojewody, którym pan jest?

- Postrzeganie jest takie same. Natomiast mam pełną świadomość, że moja odpowiedzialność, zakres kompetencji jest inny. Zgodnie z założeniami ustrojowymi w województwie jest administracja samorządowa i rządowa. Mają z sobą nie rywalizować, ale wzajemnie się uzupełniać. Jako wojewoda odpowiadam za konkretne zadania zapisane w ustawach. Wojewoda nie jest gospodarzem regionu w zakresie planowania przyszłości, rozwoju gospodarczego, tworzenia strategii itd. Wojewoda zajmuje się szeroko rozumianymi kwestiami bezpieczeństwa, nadzorem, kontrolą. Rola wojewody jest bardziej technokratyczna niż kreatywna.

- Jak wyglądają sprawy między Zielona Góra a Gorzowem, z perspektywy wojewody?

- Nie widzę problemu ani teraz, ani nie widziałem wtedy, gdy byłem marszałkiem i pracowałem w Zielonej Górze. Nie ma tu jakiegoś szczególnego zjawiska, czegoś specyficznego, bo tego typu napięcia występują także w innych regionach kraju. Podobnie jest chociażby miedzy Szczecinem a Koszalinem, miedzy Toruniem a Bydgoszczą. W Wielkopolsce także występują różne napięcia miedzy dużymi ośrodkami. Są jakby czymś naturalnym i nic złego z tego powodu się nie dzieje. Są elementem rozwoju regionalnego. Większe ośrodki po prostu  ze sobą rywalizują.

- I nie odbija się to na rozwoju, funkcjonowaniu całego województwa?

- Raczej nie. Niesie za to sporo pozytywnych elementów, bo taka ciągła rywalizacja podnosi aktywność społeczną, zachęca do porównań i działań, poszukiwania nowych rozwiązań. W tych antagonizmach upatruję motywacji do pozytywnej rywalizacji. Zdarzają się zachowania, których pochwalać nie należy, ale czasami tak bywa w publicznej dyskusji, która jeszcze nie wymknęła się z pod kontroli. Trwanie takiego województwa, z takimi napięciami, jest więc bardzo korzystne dla nas wszystkich.

- Da się, w dłuższej perspektywie czasowej,  obronić tą naszą lubuską  dwustolicowość?

- Jeżeli wszystko będzie toczyło się tak dobrze, jak do tej pory, to jestem przekonany, że tak. Chyba, że jakieś szczególne względy ustrojowe sprawią, iż nie będzie to możliwe. Dzisiaj jednak nie widzę takich zagrożeń.

- W czym upatruje pan szanse dla tego regionu?

- Chociażby w tym, że  mamy prawo do samostanowienia. A mamy teraz dobry czas da Polski, dla regionów, najlepszy od dziesięcioleci. Wszędzie zachodzą dynamiczne zmiany, płynie olbrzymi strumień pieniędzy unijnych, które są naszą wielką szansą. To pozwala zredukować różne zapóźnienia i programować przyszłość. Inaczej byłoby, gdybyśmy musieli przepychać się  w Wielkopolsce, na Dolnym Śląsku czy w zachodniopomorskim.

-  A jakie pan widzi zagrożenia?

- Zagrożenia niosą przede wszystkim procesy globalne. To wszystko co dzieje się w strefie euro, kryzys gospodarczy… To wpływa na politykę Unii Europejskiej, na kształt budżetu i tego, ile z niego otrzymamy. A liczymy przecież na miliard euro.

- Chcemy czy nie chcemy, polityczną sprawą stała sie przyszłość gorzowskiego szpitala. Jaka powinna ona być według pana?

- Wymogi obowiązującego prawa są takie, że trzeba znaleźć jakieś ostateczne panaceum na uzdrowienie tej sytuacji. Wymaga to zdecydowanych działań ze strony władz, bo jeśli tak się nie stanie, zagrożone może być bezpieczeństwo zdrowotne mieszkańców, ale i budżet województwa. Do tego dopuścić nie wolno.

- Tym panaceum będzie przekształcenie szpitala w spółkę prawa handlowego?

- Ogólnie jestem zwolennikiem takich przekształceń, bo to jest taka forma organizacyjna, która zwiększa efektywność zarządzania. Inna sprawa, że samo przekształcenie takiego szpitala, z takimi złożonymi problemami, z takimi długami, tu nie wystarczy. Tu trzeba mieć pomysł na to, jak spłacić to zadłużenie, jak taki nowy szpital ma dalej  funkcjonować.

- I nie widzi pan w tym  żadnych zagrożeń dla dla pacjentów?

- To wszystko będzie zależało jak taka operacja zostanie przeprowadzona. Wiem jedno, kiedy byłem marszałkiem, przez dwa lata ten szpital się nie zadłużał. Można więc funkcjonować nie generując strat. Wymaga to jednak pełnej determinacji ze strony dyrekcji szpitala, ale i pomocy ze strony zarządu województwa, marszałka.

- Marek Twardowski jest właściwym człowiekiem do tego zadania?

- Trudno dokonywać w tej chwili takiej oceny. Na pewno ma wiedzę, doświadczenie. Zakładam, ze jest osobą właściwą, ale jak będzie, to zależy od niego.

- Jednym z warunków rozwoju Gorzowa jest powstanie akademii. Wojewoda może w tym pomóc?

- Niewątpliwie szkolnictwo wyższe przesądzi o przyszłości miasta. Wojewoda może pomóc w zakresie pewnych procedur, opiniowania i wspierania starań. Spotkałem się już w tej sprawie z panią rektor PWSZ i zadeklarowałem pełną gotowość współpracy w tym zakresie.

- Na koniec, nieco prywatnie … Dlaczego tak kiepsko kibicował pan we Wrocławiu polskiej drużynie w meczu z Czechami?

- Mocno kibicowałem. Atmosfera była niesamowita. Byłem na tym meczu z siedmioletnim synem, który tak dopingował, że wzbudzał zainteresowanie innych kibiców. Przegrana bolała, strasznie bolała, ale jakoś przeżyłem. Łatwiej było przeżyć tę klęskę mając w pamięci zachowanie irlandzkich kibiców, którzy pokazali, że można być dumnym nawet po sromotnej przegranej. Zresztą, nasi kibice też zachowali się wspaniale, nagrodzili Czechów brawami, nie było żadnych  gwizdów. Zabrakło wyniku sportowego, szkoda, ale piłkarska przyszłość przed nami. Cieszmy się z tego, że mistrzostwa zostały znakomicie zorganizowane, że powstały piękne stadiony, drogi, autostrady. Na stadion we Wrocławiu pojechałem nowymi drogami, autostradą. Podobnie było na meczu otwarcia w Warszawie, gdzie dojechałem autostradą od Świecka do centrum stolicy. To robi wrażenie.

- Dziękuję za rozmowę.