W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Dominiki, Dominika, Protazego , 4 sierpnia 2020

Nie musimy ścigać się z Zieloną Górą

2013-01-23

Z Agnieszką Moskaluk, dziennikarką i poetką, rozmawia Jan Delijewski

medium_news_header_2655.jpg

- Czuje się pani trochę żoną własnego męża?

- Absolutnie nie uważam, żebym była żoną własnego męża. Nie sadzę też, aby było na odwrót. Oczywiście, jesteśmy małżeństwem prawie 20 lat, ale twórczo, zawodowo każde z nas jest osobnym bytem. Realizujemy się niezależnie od siebie. Obracamy się w różnych sferach, tworzymy na różnych płaszczyznach, choć oboje „robimy w kulturze”. Mąż jednak myśli obrazem, kształtem, przedmiotem, a ja żyję słowem. To są dwie różne przestrzenie.

- Ale Andrzej Moskaluk, pani mąż, stawał się już znanym rzeźbiarzem, kiedy pani jeszcze była nikomu nieznaną Agnieszką Kopaczyńską… Goni pani męża?

- Przepraszam, ale poznałam męża, kiedy robiłam z nim wywiad. Wtedy byłam już po debiucie literackim, miałam za sobą kilka lat pracy w radiu, nie byłam więc nieznaną osobą. Poza tym nie konkurujemy ze sobą, nie muszę więc za nim gonić.

- Takie artystyczne pokrewieństwo dusz dobre bywa w małżeństwie od święta, a w życiowej codzienności?

- W życiowej codzienności jest życiowa codzienność i artystyczna dusza w niczym tu nie przeszkadza. Nawet jak są to dwie pokrewne dusze.

- Pięknoduchostwo czasami jednak w życiu przeszkadza…

- U nas ono nie występuje. Mąż jest rzeźbiarzem, a rzeźbiarz to jest taki ktoś, kto w swoją pracę wkłada 10% talentu i 90% ciężkiej fizycznej pracy. Ja, chociaż poeta, to jednak także twardo stąpam po ziemi.

- Co na to córka, która już jest chyba w tym wieku, że ma w różnych sprawach własny punkt widzenia?

- Zdecydowanie ma własny punkt widzenia na wszystkie sprawy i jest kolejnym autonomicznym bytem w naszej rodzinie, od 16 lat. Ona interesuje się czymś zupełnie innym niż my. Jest ścisłowcem i podąża własną drogą. Ale nawzajem się rozumiemy i wspieramy.

- Przed laty uciekliście z Gorzowa na wieś. Dlaczego?

- Bo tam jest spokój. A te pół godziny jazdy samochodem z miasta na wieś, to dobry czas na wytrzepanie z siebie miasta, spraw zawodowych i innych, z którymi nie chce się wracać do domu.

- Gorzów to dobre miejsce dla młodych ludzi, małżeństw z ambicjami?

- To bardzo skomplikowane miasto. To miasto zupełnie odmienne od wielu innych, które znam i lubię. To miasto – wyzwanie i trudno je lubić.

- Dlaczego?

- Dlatego, że ono nie pozwala się lubić. Trzeba wiele samozaparcia, wiele tolerancji dla niego, żeby w nim żyć i pracować. I nie wiem skąd się to bierze. Zastanawiam się nad tym, odkąd tu mieszkam, czyli od prawie 20 lat. Jedni mówią, że jest tu jakaś czarna dziura, jakaś niemoc, bezsiła. Inni opowiadają o podcinaniu skrzydeł, że tu nic się nie udaje. A przecież jest tu ogromny potencjał, żyją świetni ludzie, miasto się rozwija, ale czegoś jednak brakuje.

- To czego najbardziej w tym mieście brakuje?

- Pozytywnej energii. Tej witalnej, radosnej siły, która napędza wszelkie działania i sprawia, że chce się chcieć. Za dużo za to jest obojętności, niechęci.

- Pochodzi pani z Zielonej Góry, ma pani więc punkt odniesienia i swoje spostrzeżenia. Co takiego posiada Zielona Góra, czego nie ma w Gorzowie?

- Zielona Góra ma właśnie taką energię, której brakuje w Gorzowie. Tam na wszystko patrzy się inaczej. Tę samą szklankę w Zielonej Górze widzą do połowy pełną, w Gorzowie natomiast do połowy pustą. Na tym polega ta zasadnicza różnica.

- Ale z czego ona wynika?

- To kwestia różnych zaszłości, politycznych i administracyjnych naleciałości. Gorzów to ciągle jakby miasto powiatowe, które stało się wojewódzkie i nie może sobie z tym poradzić. Na siłę próbuje swoją wojewódzkość zachować, podkreślać i manifestować. Zielona Góra nie ma tych kompleksów, tam spokojnie robią swoje, zgodnie współdziałając na rzecz realizacji określonych celów. A w Gorzowie mamy z tym problem. Tu ciągle ważniejsze są interesiki, gierki i podchody.

- To dlatego akademia w naszym mieście jest tylko takim króliczkiem, którego wszyscy chcą gonić, ale niekoniecznie już go złapać?

- Fajnie jest mieć akademię, ale na akademię trzeba sobie zapracować.

- Czyli z naszej strony to takie zwyczajne chciejstwo?

- Tak, to jest chciejstwo. Bardzo, bardzo dużo chcemy, dużo mówimy, ale więcej w tym słomianego zapału niż prawdziwej energii, rzeczywistego dążenia do tego celu.

- Kiedyś Gorzów sprzyjał artystom, a teraz?

- Teraz nie zawsze się szanuje. Na pewno nie ma dla nich wsparcia. Proszę popatrzeć na to, co się dzieje wokół MCK i klubu Magnat. Trochę to przykre.

- Nie myślicie, mimo wszystko o ucieczce gdzieś w Polskę, w trochę inne klimaty, możliwości i doświadczenia?

- Nie jesteśmy ludźmi, którzy chcieliby skądkolwiek uciekać dokądkolwiek. Znaleźliśmy tutaj swoje miejsce, swoja niszę i tutaj robimy to, co lubimy i daje nam to satysfakcję

- Co naprawdę was tutaj trzyma?

- Nasza praca i przywiązanie do tego miejsca. Mimo wszystko to bardzo piękne miejsce.

- I za dziesięć lat Gorzów widzi pani ogromny?

- Niekoniecznie ogromny, ale byłoby miło, gdyby było to miasto, które docenia samo siebie i nie chce być czymś innym niż jest i może być. Wcale nie musimy ścigać się z Zieloną Górą, żeby fajnie się rozwijać.

- Dziękuję za rozmowę.