W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Agnieszki, Jarosława, Nory , 21 stycznia 2020

Musimy być obecni w samorządach

2013-01-30

Z Jarosławem Porwichem, przewodniczącym Zarządu Regionu Gorzowskiego NSZZ Solidarność, rozmawia Jan Delijewski

medium_news_header_2711.jpg

- Nie cieszą pana nowe miejsca pracy w Gorzowie?

- Każde miejsce pracy bardzo mnie cieszy! Ale domyślam się do czego pan zmierza… Chodzi o te szumnie zapowiadane 100 nowych miejsc pracy w strefie ekonomicznej, o których się jedynie mówi, ale ich nie widać i stąd ten mój sceptycyzm. Bo o nowych miejscach pracy wyłącznie się mówi a tymczasem bezrobocie rośnie. Tylko w styczniu 2013 roku zarejestrowano w Powiatowym Urzędzie Pracy 1800 nowych bezrobotnych osób. Ponadto z gorzowskiego Volkswagena ma być w tym roku zwolnionych ponad 500 pracowników, a z Poczty Polskiej ma odejść 100 osób. I zakładów, gdzie planowane są zwolnienia jest znacznie więcej.

- Dlatego tak słowo kryzys pana przeraża?

- Przeraża, bo rzeczywiście mamy już kryzys, a nie spowolnienie gospodarcze, jak usiłuje się nam wmówić. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują , że bezrobocie w kraju będzie znacznie wyższe niż zakłada rząd, który przewiduje je na poziomie 13%. Tyle to może być już w lutym lub marcu. Mocno się przy tym dziwię, że politycy – szczególnie opozycji – nie widzą i nie mówią o tym , że w woj. lubuskim mamy ponad 60 tysięcy osób bez pracy, z czego ledwie 19,5%, czyli nawet nie jedna piąta otrzymuje zasiłek dla bezrobotnych. Reszta pozostawiona jest na pastwę losu, zdana jest jedynie na siebie.

- Z pracodawcami rozmawia pan o kryzysie?

- Bardzo często się z nimi spotykam i rozmawiam. I najczęściej słyszę, że rząd nie robi nic, żeby było im lżej, żeby mogli łatwiej tworzyć nowe miejsca pracy.

- Dlaczego gorzowianie zarabiają najmniej spośród wszystkich mieszkańców miast wojewódzkich?

- Dobre pytanie, ale nie do mnie. To pytanie do władz województwa i miasta, które powinny kreować pewna politykę w tym zakresie, a tego nie robią. One po prostu tylko są.

- W jaki sposób można to zmienić?

- Nie wiem. Wiem tylko, że pracodawcy narzekają na utrudnienia i bariery. Dlatego m.in. rejestrują swoje firmy np. w Poznaniu a nie w Gorzowie. I Gorzów, oczywiście, na tym traci, bo tam płacą swoje niemałe podatki.

- A szpital to przede wszystkim miejsce pracy czy jednak leczenia ludzi?

- I jedno, i drugie. W gorzowskim szpitalu zatrudnionych jest około 2 tysięcy ludzi. Stanowi więc duży zakład pracy. Z drugiej strony to miejsce, gdzie świadczy się usługi medyczne, które powinny być na jak najwyższym poziomie, bo chodzi o zdrowie i życie pacjentów.

- I nie powinno się przekształcać szpitala publicznego w spółkę prawa handlowego?

- Powinno się zrobić wszystko, żeby utrzymać ten szpital. Natomiast przyjęty harmonogram przekształcenia, jego założenia i sposób realizacji nie dają gwarancji utrzymania tego szpitala. Problem polega na tym, że nie  ma pewności, iż po przekształceniu w tym szpitalu dalej będą leczeni pacjenci. Szpital może upaść z powodu jego niewypłacalności.

- A szpital da się wyleczyć z tego zadłużenia bez przekształcenia w spółkę?

- Tego nie wiem. Wiem za to, że firma doradcza w swoim raporcie napisała, iż przekształcenie szpitala w spółkę wymaga spełnienie dwóch warunków. Po pierwsze spółka w momencie startu powinna być całkowicie oddłużona. Po drugie zaś powinna posiadać kapitał obrotowy w wysokości 15 milionów. Tymczasem w budżecie województwa na ten rok nie zapisano na ten cel ani złotówki. I nic nie mówi się już o całkowitym oddłużeniu placówki, co może oznaczać na starcie szereg nieuregulowanych zobowiązań, które mogą ją pogrążyć. Mamy wiec deklaracje, zapowiedzi i obietnice i żadnych konkretów, co wygląda bardzo niepokojąco.

- Nie wystarcza już panu władza w związku zawodowym?

- Czuję się spełniony jako przewodniczący zarządu regionu i więcej władzy mi nie potrzeba.

- Partie polityczne w wystarczający sposób artykułują potrzeby pracownicze i związkowe?

- W bardzo mocno niewystarczającym stopniu to robią. Dlatego, że to pracownicy w konsekwencji ponoszą wszelkie skutki działań polityków, ich błędów i nietrafionych decyzji. Mamy postępujące zubożenie społeczeństwa i co rządzący z tym robią? Nic, absolutnie nic.

- To dlatego ciągnie pana do polityki?

- Mnie do polityki nie ciągnie, to polityka zmusza nas do zabierania głosu w różnych sprawach.

- Czyli, uprawia pan jednak politykę?

- Tak, ale przecież nie jestem pozbawiony ani czynnych, ani biernych praw wyborczych. Jako związkowiec muszę mniej lub bardziej angażować się w kwestie pracownicze czy społeczne. A to już zahacza o politykę. Skoro widzę zaniedbania po stronie rządzących i zaniechania po stronie opozycji, to o tym trzeba mówić i to właśnie czynię.

- Jak chcecie wpływać na politykę, chociażby miejską czy wojewódzką?

- Nie mogę nie dostrzegać braku działań  lub działań, które kłócą się ze zdrowym rozsądkiem. Tak samo podchodzi do sprawy wielu moich kolegów. Jeżeli nasz głos nie może się przebić do tych, którzy rządzą województwem, powiatem i miastem, to należy zrobić wszystko, aby znaleźć się w gronie tych rządzących. Dlatego będziemy chcieli aktywnie uczestniczyć w wyborach samorządowych, niekoniecznie z własnymi listami, ale chociażby na listach różnych innych komitetów wyborczych.

- Już raz związek poszedł polityczną drogą i niezbyt dobrze się to dla nie skończyło. Nie obawia się pan powtórzenia tego samego błędu?

- Ale my nie chcemy przejmować władzy. Pragniemy jedynie mieć realny wpływ na władzę, na podejmowane decyzje w województwie czy powiecie. Tylko w ten sposób będziemy mogli wymóc na przykład na staroście działania zmierzające do ochrony miejsc pracy lub tworzenie miejsca pracy. Dlatego musimy być obecni w samorządach.

- Dziękuje za rozmowę.