W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Elwiry, Hipolita, Radosławy , 13 sierpnia 2020

Czasami emocje biorą górę

2013-02-06

Z Andrzejem Korskim, byłym wiceprezydentem miasta i byłym wojewodą lubuskim, rozmawia Jan Delijewski

medium_news_header_2797.jpg

- Jest pan byłym wiceprezydentem, byłym wojewodą, byłym politykiem, czyli już tylko kimś byłym. Tak też pan się czuje?

- Poniekąd, tak. Kiedy zaczęła się w 2004 roku ta afera gorzowska, postanowiłem odsunąć się od polityki i wszystkiego, co się z nią wiąże. Doszedłem do wniosku, że cena mojego dobrego imienia warta jest tego, żeby zniknąć z życia publicznego.

- I uważa się pan, oczywiście,  za niewinnego w tzw. aferze budowlanej, związanej z miejskimi inwestycjami drogowymi realizowanymi w latach 1996-2003, która wstrząsnęła wówczas Gorzowem?

- Nie  tylko jestem niewinny, ale uważam się wręcz za poszkodowanego. Zostałem skrzywdzony, zrujnowana została moja kariera zawodowa, straciłem już ponad 8 lat życia, które mogło i powinno wyglądać całkiem inaczej.

 - Ale za niewinność raczej nie dostaje się 3,5 letniego wyroku więzienia?

- W uzasadnieniu ustnym wyroku w sądzie okręgowym, czego nie ma już w pisemnym uzasadnieniu, usłyszałem, że wyrok jest na zapotrzebowanie społeczne. Takie słowa słyszy się w państwach totalitarnych. Dlatego wyrok z takim uzasadnieniem uważam za niesprawiedliwy.

- To na czym polega pańska niewinność?

- Prokuratura postawiła  mi dwa zarzuty. Pierwszy jest taki, że zaakceptowałem tzw. tabele elementów scalonych, czyli dokument na podstawie którego ustala się orientacyjne koszty jednostkowe prac związanych z przygotowaniem fragmentu trasy średnicowej. Zdaniem prokuratury naraziłem w ten sposób miasto na stratę blisko 800 tysięcy złotych. Drugi zarzut mówił o tym, że zaaprobowałem do wypłaty fakturę na kwotę 1.200 tysięcy, gdy zdaniem prokuratury wykonano prace za milion złotych, czym naraziłem miasto na stratę kolejnych 200 tysięcy. Zdanie to podzielił sąd, co znalazło się w uzasadnieniu wyroku. Nie tylko dla mnie jest to totalnie bzdurne i w żadnym normalnie funkcjonującym systemie prawnym nie powinny się ostać te oskarżenia, oparte na błędnych wyliczeniach, na fałszywych stwierdzeniach biegłej powołanej przez prokuraturę, a nie przez sąd, czego się domagałem.

- Pana zdaniem, w tamtych latach wszystko z tymi inwestycjami było w porządku?

- Jestem o tym głęboko przekonany. Mniej więcej do roku 2002 inwestycje były wszechstronnie kontrolowane – przez NIK, przedstawicieli UE, Władza Wdrażająca PHARE CBC. Były sprawdzane i nie znajdowano żadnego naruszenia prawa, żadnych uchybień. A zarzuty wobec mojej osoby dotyczą lat 1996-99.  Zmiana stanowiska co do ich prawidłowości i moje kłopoty zaczęły się wtedy, kiedy wybuchła ta afera gorzowska.

- Nie było wówczas korupcji, nie było zaniedbań i nie było dróg na skróty przy załatwianiu interesów miasta?

- Jestem przekonany, że tego nie było. Przynajmniej ja o tym nic nie wiem. Zresztą, nie postawiono mi zarzutu korupcji.

- I wszystko było robione zgodnie z prawem?

- Z cała pewnością postępowałem zgodnie z prawem, czego – wbrew pozorom – nie kwestionuje nawet orzeczenie sądu, który powiedział mniej więcej tak: działając w zmowie doprowadził do tego, że miasto wydało więcej pieniędzy niż powinno wydać. Jest to bardzo subiektywne stwierdzenie, nie mające i prawnego, i faktycznego uzasadnienia, a będące konsekwencją zaakceptowania opinii biegłej. Tym bardziej subiektywne, że wtedy nie było już czegoś takiego, jak ceny regulowane. To strony negocjowały i ustalały ceny.

- Firmy budowlane, według sądu, musiały sporo stracić, żeby później zyskać. Co straciło, co zyskało miasto?

- Miasto nie tylko  nic nie straciło, a jeszcze zyskało. Dzisiaj mieszkańcom Gorzowa żyje się lepiej m.in. dlatego, że w ten a nie inny sposób prowadzone były tamte inwestycje drogowe, które przy innym podejściu mogły kosztować znacznie drożej, lub nie byłyby w ogóle zrealizowane. Miasto zaoszczędziło choćby 5-6 milionów dzięki mojej decyzji, że nie wybudowaliśmy na Kłodawce tradycyjnego żelbetowego mostku, a postawiliśmy na nowoczesne rozwiązanie w postaci specjalnej rury osłonowej położonej w nurcie rzeki i przykrytej ziemią. Bez tych inwestycji dzisiaj miasto byłoby zakorkowane. I to są wymierne, przeliczalne zyski mieszkańców miasta

- Znana była już wtedy pańska szorstka przyjaźń z prezydentem Tadeuszem Jędrzejczakiem. Co was poróżniło?

- Nic konkretnego, chodziło o pryncypialność zachowań. Ja jestem raczej technokratą, dla którego ważna jest matematyka i logika. Prezydent jest bardziej politykiem, któremu te technokratyczne ograniczenia czasami przeszkadzają w realizacji wizji i koncepcji z politycznym przesłaniem. Często więc się z sobą nie zgadzaliśmy. A pamiętajmy, że w tamtych czasach prezydent nie był jeszcze organem, a tylko jednym z siedmiu członków zarządu miasta. O wszystkim decydowała w głosowaniu większości, a nie wola prezydenta, który był jedynie pierwszym wśród równych.

- Jak pan  ocenia późniejsze działania prezydenta Jędrzejczaka?

- Na pewno jest wytrawnym politykiem, z duża klasą i charyzmą. Nie oznacza to jednak, że we wszystkich kwestiach merytorycznych ma rację. Mam osobistą frajdę, że wiele moich pomysłów było później przez niego realizowanych. Oczywiście można dyskutować o tym, czy niektóre inwestycje należało realizować akurat w takiej kolejności czy skali, ale generalnie miasto pod jego rządami mocno się rozwinęło. Jakim kosztem, to już zupełnie inna sprawa.

- Czyli miasto pod rządami Tadeusza Jędrzejczaka wykorzystuje swoje szanse?

- Raczej tak, choć żeby to w pełni ocenić, trzeba znać kondycję finansową miasta, a tego tak dokładnie nie śledzę.

- A województwo, którego w latach 2001-2004,  był pan wojewodą?

- Myślę, że wykorzystuje swoje szanse i możliwości rozwoju, aczkolwiek  ja byłem przeciwnikiem tamtej reformy administracyjnej. Uważałem i nadal uważam, że należy wzmocnić samorządy lokalne, czyli gminy, miasta. Natomiast powiatów samorządowych
w ogóle nie powinno być, bo w głównej mierze realizują one zadania zlecone z zakresu  administracji rządowej. Są więc całkowicie zbędne. To był błąd z tymi powiatami.

- Nie było błędem powołanie województwa lubuskiego?

- Z perspektywy tych 14 lat i moich doświadczeń wojewody wypada powiedzieć, że nie było błędem. Gdyby nie było tego województwa, to nie byłoby również wielu przedsięwzięć tutaj zrealizowanych. Jako województwo możemy lepiej i szerzej korzystać chociażby z funduszy unijnych.

- Był pan wojewodą, kiedy decydowały się losy naszego członkostwa w Unii Europejskiej. Ma to teraz dla pana jakieś znaczenie?

- Wtedy miało ogromne znaczenie. Włożyliśmy wiele pracy i wysiłku, by przekonać społeczeństwo do pozytywnego udziału w tamtym referendum. Dzisiaj mam satysfakcję, że się udało, że jesteśmy w unii, że dzięki temu szybciej się rozwijamy, że wszyscy na tym korzystamy. Także tu, w lubuskim.

- Zostali  panu z tamtych czasów jacyś koledzy, przyjaciele?

- Pozostali przede wszystkim ci, którym znałem wcześniej. Zaś ci poznani w czasie mojej kariery w administracji samorządowej czy rządowej jakby trochę się zdystansowali.

- To jak się żyje z piętnem człowieka skończonego, oskarżonego i skazanego już nieprawomocnym wyrokiem?

- Niełatwo. Zawaliło się przecież moje życie zawodowe, moja kariera legła w gruzach.
A wraz z tym pojawiły się problemy osobiste, finansowe. Wszystko się pogmatwało, skomplikowało. Musiałem zmienić swoje  plany, odłożyć na bok ambicje, zweryfikować oczekiwania i spróbować przetrwać ten koszmar. To już ponad 8 lat się za mną ciągnie. Straciłem najlepszych 8 lat swojego życia, nie tylko zawodowego. Nie mogę podjąć pracy zgodnie ze swoimi kwalifikacjami, nie mogę zajmować określonych stanowisk jako oskarżony. To wszystko wywołuje ogromny stres i rodzi wielkie emocje.

- Można się przyzwyczaić do życia w takim stresie, z takim obciążeniem?

- Ktoś powiedział, że jeśli nie można zmienić rzeczywistości, to należy się do niej przystosować. Próbuje się więc przystosować, ale czasami emocje biorą górę.

- Co daje panu wiarę i chęć do życia, działania?

- Nadzieja, że w końcu zwycięży rozsądek sądzących i rzeczowa ocena faktów, które miały miejsce.

- Oczywiście w sądzie apelacyjnym liczy pan na uniewinnienie?

- Zdecydowanie, tak. Podstawą wyroku w mojej sprawie była opinia biegłej. Natomiast biegła oparła się na tezach prokuratury i zrobiła opinię pod dyktando prokuratury. Tymczasem ta opinia jest absolutnie niewiarygodna i to z wielu powodów, co wyraźnie było widać podczas rozprawy apelacyjnej. W grę wchodzi także podejrzenie złamania prawa przez biegłą przy tworzeniu tej opinii. A to oznacza, że całe oskarżenie może pójść w rozsypkę. Jestem więc dobrej myśli.

- Dziękuje za rozmowę.